<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919</id><updated>2012-02-16T13:58:09.746Z</updated><title type='text'>listy niedostarczone</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>57</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-3715000217025882943</id><published>2012-02-14T11:38:00.001Z</published><updated>2012-02-14T11:39:42.426Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Z kobietami źle. Ale bez nich jeszcze gorzej. Z drugiej strony... z kobietami jednak dobrze. Ale bez nich jeszcze lepiej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;Czasem wydaje mi się, że jesteśmy w tym samym pomieszczeniu, ale na innej planecie. Ona jest przecież tak subtelna, wrażliwa, elokwentna, kobieca i niesamowicie inteligenta. No cóż... przeciwieństwa się przyciągają. Jeśli Ona byłaby z Wenus a ja z Marsa, to pewnie jakoś byśmy się dogadali... w końcu to tylko kilkaset milionów kilometrów, ale wciąż te same wschody słońca i gwiazdy nad głowami. Co do Niej jestem jednak pewny – to kobieta z innej galaktyki. Z muzyką ma tyle wspólnego co ja z hodowlą kangurów. To chyba pierwsza osobowość z poza branży która zwróciła moją uwagę na tyle, że iskrzy już od dobrych kilku miesięcy. Cieszę się, że nie ma żadnych motyli, że nie ma różowych okularów, że świat nie wydaje się piękniejszy, że nie tęsknimy za sobą i że nie musimy widywać się codziennie. Cieszę się, że jest jedną z nielicznych osób zanurzonych w tym bezbarwnym świecie na tyle, na ile zanurzona być musi. Łapie metro, jedzie do pracy, wraca do domu i... już jej nie ma. Żadnych komunikatorów, Facebooków i innych "portali" na których tłumnie marnuje swój czas "społeczność", telefon, który najczęściej leży rozładowany w kącie i laptop – chociaż z tego akurat korzysta więc piszemy do siebie maile. Dostaje ich dużo od klientów więc jest szansa, że trafi również na mojego. Imponuje mi swoją postawą. Nie robi nic, co jest zbędne. Przez to ma więcej czasu dla siebie, dla swoich zainteresowań. Ostatnio również dla mnie. Nie przedstawiam Jej swoim znajomym, to chyba jeszcze nie czas. Do tej pory było wręcz odwrotnie – zależało mi, aby moja partnerka jak najszybciej poznała ludzi z którymi spędzam najwięcej czasu: muzyczne środowisko, kluby jazzowe, koncerty i jam session, jednym słowem to, co daje mi chwilę wytchnienia i przenosi w inny świat. Ale tym razem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sam siebie nie poznaję. Przecież to nie miało tak wyglądać. Zostajesz muzykiem, grasz ciekawe utwory, poznajesz nowe miejsca, interesujących ludzi. Uczysz się słuchać siebie, grać solo i z kimś. Uczysz się niezależności i współpracy. Poznajesz kobietę która podziela Twoje zainteresowania, bo sama w tym siedzi. Razem dajecie się ponieść muzyce i dreszczykowi adrenaliny przed publicznym występem. Zarzynacie się godzinami na próbach a w drodze do domu gadacie jak nakręceni o tym, co jeszcze można wycisnąć z muzyki. Tak – spotykasz się z takim samym wariatem jakim Ty jesteś. Poświęcasz swój wolny czas, swoje życie temu co kochasz, bawisz się tym i czerpiesz z tego przyjemność. Jeśli dodatkowo jest obok Ciebie ktoś, kto Cię rozumie, to chyba nie można nic więcej pragnąć. Oddając swoje życie do pralni chemicznej powinienem je otrzymać z powrotem śliczne, uprasowane i na wieszaku. Zakładam je później na siebie i cieszę się świeżością mimo, że to wciąż moje życie. Więc dlaczego...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem kusi mnie, aby stać się abnegatą i zamieszkać na ulicy. Wszystko wydaje się o tyle łatwiejsze, o ile mam świadomość powrotu. Powrotu… ha! Tylko do czego? Skoro wszystko co posiadam mieści się wtedy w kieszeni. To byłoby nawet do przyjęcia. Poczułbym się mniej więcej tak, jak Ona. Mimo że mieszka w domu to przychodząc do Niej czuję się obdarty ze wszystkiego, co można kupić za pieniądze. Jedyne, co przypomina mi o XXI wieku to laptop z którego sączy się muzyka. Mimo, że nie ma o niej pojęcia, to szanuję jej bardzo wysublimowany gust. Szafa, trochę ubrań, zielonkawy szlafrok, fioletowa pościel i kilka pluszaków. Niewiele tego. Chyba mógłbym tak mieszkać. W razie czego chowam wszystko do kieszeni i wychodzę na dwór. Zostaję na ulicy kiedy ściany chcą mnie zdusić. Jedyne co jeszcze zostaje nierozstrzygnięte, to opcja gry na pianie. Tak, tego brakowałoby mi bardziej niż jakiegokolwiek towarzystwa...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto z Was kupił kiedyś los? Los na loterię, tak taki zwykły. Próbowaliście kiedyś zagrać? Ja je czasem kupuję. Nie liczę wcale na wygraną, ale lubię trzymać los w ręku i pomyśleć: "Co będzie, jeśli..." Dawno, dawno temu... kiedy byłem jeszcze uczniem szkoły muzycznej, od jednej ze swoich profesorek usłyszałem słowa które pamiętam do dziś. Twierdziła Ona, że większość z nas rozpatruje muzykę w kategoriach "czarny-biały" – i te osoby zdają egzaminy. Stają się później świetnymi zawodowcami, mają wiedzę, doświadczenie, są zaangażowani i oddani swojej profesji. Część osób nie odróżnia czerni od bieli – i niestety nie zdaje, co wcale nie umniejsza ich umiejętnościom i talentowi lecz pokazuje tylko, że nie są One w stanie wpasować się w pewne ramy systemu wymagającego od nich wyuczenia się tych a nie innych zdolności. Jest też ostatnia grupa, najmniej liczna. Osoby te odróżniają wszystkie odcienie szarości i na nich ciąży klątwa. Klątwa sensu wiedzy jako takiej. Czasem trzymając los w ręku myślę o tym, co kiedyś usłyszałem od pani profesor i zastanawiam się... jakiego koloru jest szczęście które czai się pod zdrapką? Dzwonię do Niej... nie odbiera... wysyłam maila... widzimy się za godzinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W naszym przypadku zrównoważenie to tylko przyjemna postać obłędu. Taki właśnie jest ten związek. Jeśli związkiem można to nazwać. Nie rozmawiamy o tym, po prostu jesteśmy i cieszymy się swoim towarzystwem. Dużo rozmawiamy. Nie ma sensu pytać Jej o to, dlaczego nie pojawia się na moich koncertach ani dlaczego ja nie przychodzę na Jej prezentacje. Nie istnieje dla nas nic poza miejscem w którym się znajdujemy. Czuję się jak w szpitalu psychiatrycznym. Ogarniam zmysłami tylko to, co jest najbliżej, w odległości kilku metrów. Jest Ona więc mogę zacząć mówić. Bo Ona nigdy nie zaczyna. Siedzi tylko w ciszy wpatrując się we mnie swymi wielkimi brązowymi oczyma. Zawsze czeka na mnie. A później buzia Jej się nie zamyka. Snuje przypuszczenia, co by było gdyby płomień świecy zgasł za wcześnie. Czy nasz temat rozmowy też by się urwał? Wypalony, wygadany, po prostu skończył się. A jeszcze kilka minut temu ta przyjemnie nam było być w nim zanurzonym po uszy i patrzyć na siebie jak aligatory. I kłapać paszczami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem co powinienem powiedzieć. Są przecież te pieprzone Walentynki. Tak więc wszystko wspaniale mi się układa. Mam niezłą pracę, świetnych znajomych, kochającą rodzinę i wspaniałą dziewczynę. Oprócz tego pełna swoboda i czekający zawsze na mnie wielki fotel z masażem. O czym by tu jeszcze pomarzyć? Problem w tym, że to wcale nie są marzenia... pracować trzeba, ludzi poznaje się chcąc nie chcąc, z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu a moje relacje z Sandrą... takiej burzy mózgów nie doświadczałem jeszcze nigdy w życiu. Mógłbym z Nią rozmawiać bez przerwy ale te cholerne świece... każdy płomień kiedyś się wypala i to dla nas znak, aby zmienić temat i znaleźć kolejną ofiarę którą można ogołocić z godności bycia ofiarą i wniknąć wręcz w strukturę atomową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A co do Ciebie... pewnie nie uwierzysz, ale śniłaś mi się dziś. Znowu. Od pewnego czasu śnisz mi się bardzo często. Nie potrafię tego zrozumieć tym bardziej, że od pewnego czasu w ogóle o Tobie nie myślę. A może tylko udaje że nie myślę. W rzeczywistości tu jak w żadnym innym miejscu na świecie często zastanawiam się co teraz robisz, gdzie jesteś, jak wygląda Twoje życie, czy momenty smutne i niesprawiedliwe zawładnęły Twoim życiem czy wręcz przeciwnie - jesteś najszczęśliwszą istotą na ziemi. Nagromadzone w nocy sny, wieczorny klimat tego miasta nieporównywalny z niczym innym sprawiają, że choć chce się z tego uwolnić to wciąż jestem więźniem swoich myśli. O dziwo nie drażnią mnie one, nie smucą, nie sprawiają bólu, nie powodują zawiści, zazdrości i niemocy ale też nie uskrzydlają mnie, nie uszczęśliwiają, nie dodają sił, nie rozgrzewają. Są mi całkowicie obojętne i tylko przez swą złośliwą częstotliwość pojawiania się w mojej głowie prowokują do wzmożonej czujności. Zdaję sobie sprawę, że dzieli nas pewna odległość a jednocześnie jak nigdy wcześniej pragnę znaleźć się w miejscu w którym obecnie przebywasz. Dziwne uczucie. Nie dające opisać się żadnym ze znanych mi słów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest taka teoria fizyczna zwana mechaniką kwantową. Opisuje ona prawa rządzące ruchami i oddziaływaniem cząstek atomowych. O dziwo wiele z jej założeń przekłada się na świat makroskopowy. Jednym z nich jest efekt połączeń mówiący o szczególnych relacjach i właściwościach cząstek jakoby miały one oddziaływać na siebie i wymieniać informacjami nawet na duże odległości. To fascynująca zależność. Pomijam fakt, jak wiele korzyści może przynieść światu zweryfikowanie tego. Czasem jednak myślę że to, co często wymyka się uczonym od lat jest tuż na wyciągnięcie ręki. Że rozwiązanie jest bliżej niż im się wydaje. Problem jednak w tym, że każda teoria musi być sprawdzona empirycznie, a jak zdefiniować i opisać emocje? Poza subiektywnym odczuciem nie ma przecież żadnej definicji emocji tak, jak nie istnieją definicje kolorów. Tak więc często zastanawiam się, czy aby nie jesteśmy trochę tak jak te połączone ze sobą cząsteczki. Czy teoria ma sens i czy potrafimy raz na jakiż czas po prostu o sobie pomyśleć. Co się wtedy dzieje? Czy myśli przychodzą i odchodzą jak fale, czy ich pojawienie się wywołuje tsunami w naszych głowach? Czy nie pozwala spać czy wręcz przeciwnie - prowadza nas za rękę do krainy Morfeusza i pozwalają rozkoszować się sobą i naszym towarzystwem zupełnie tak, jakby nic się w realnym świecie nie wydarzyło? Nasze istnienie nie jest nawet mrugnięciem oka w kosmicznych skalach. A nasze związki, relacje? W tym kontekście nawet powiedzenie "Jesteś dla mnie całym światem" jest tylko niewinnym kłamstwem które pragnie dotrzeć do spragnionych uszu. Dziwne jest to, że z góry skazane na oszustwo metafory zawsze rozpalają nasze serca a my dajemy im się ponieść bo przecież... jak tu nie być romantykiem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Unikajcie piwa. W piwie są żeńskie hormony. Jak się za dużo wypije, to zaczyna się mówić bezładnie i nie umie się prowadzić samochodu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-3715000217025882943?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/3715000217025882943/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2012/02/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3715000217025882943'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3715000217025882943'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2012/02/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-2089907170811639269</id><published>2011-11-25T10:25:00.001Z</published><updated>2011-11-25T19:22:53.672Z</updated><title type='text'>Chapter 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 2... Piękno ciała przemija z wiekiem, piękno duszy wręcz odwrotnie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do vanilla:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Pocztę dostarczam tutaj. Z nieznanych mi powodów doręczanie słów bezpośrednio do adresata zawsze kończyło się bólem, porażką, awanturami i rozczarowaniem. Tu przynajmniej jest bezpiecznie bo przypomina to darmową gazetkę – po prostu bierzesz i czytasz. Jeśli nie zainteresuje Cię nagłówek, to po prostu wyrzucasz i idziesz dalej. Pisanie w ciszę ma swoje zalety.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nikt Cię nie wyprzedził, bo nie było żadnego wyścigu. No niby nie tańczę... sam nie wiem jak to się stało ale nie przypominało do końca tańca więc czuję się rozgrzeszony.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Agunia:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A te trzymania do samej ziemi to akurat łatwizna. W Przemyślu się nauczyłem i to jedyny chwyt który umiem zastosowań na kobiecie nie raniąc jej :-) Ja też wiem, że to szczęście nadejdzie tylko nie wiem, czy je dostrzegę. Jesteście szalenie dziwnymi stworzeniami, a obcowanie z Wami przypomina mi zajęcia z matematyki – wiele z tego co robicie, mówicie i pokazujecie jest niesamowicie piękne, ale kiedy tylko biorę ołówek do ręki i staram się zrozumieć DLACZEGO jest tak a nie inaczej... prędzej opanuję replikację DNA komórek eukariotycznych, ich oddzielania OCZYWIŚCIE przy użyciu wirówki obracającej się w lewo z prędkością 2,563 obrotów na sekundę. W 7 różnych językach.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do only:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie udało się :-( Nie dotrwaliśmy tak jak oboje byśmy sobie tego życzyli. Ale bardzo się cieszę, że się odezwałaś i zdążyliśmy choć trochę porozmawiać. FB nie trzeba lubić, trzeba z niego tylko korzystać zwłaszcza kiedy nie ma innego wyjścia. Cieszę się, że Stolica Ci służy, ale wciąż liczę na jarosławski epizod jak "za dawnych dobrych czasów" kiedy to nawet wafelki jedliśmy przez słomkę. Ja też się za Tobą stęskniłem...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A może On tego nie chce. Może to przypomina Mu, że z roku na rok robi się starszy. I o ile kilka lat temu był to powód do dumy i świętowania, tak w pewnym momencie przestaje być to zabawne. Jedyną gorszą rzeczą od niepamiętania o Jego urodzinach jest... pamiętanie o Jego urodzinach. Zachowujmy się więc naturalnie jakby nic nigdy się nie wydarzyło. Proszę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niespodzianka. Żadnego 100 lat. Żadnych urodzin. Żadnego świętowania. Dopiero wtedy to będą wesołe urodziny. I co z tego, że kończę 28 lat? Tylko 2 lata dzielą mnie od 30-tki. Kiedy miałem 15 lat, patrzyłem na 30-latków i myślałem "zdychaj". Większość ludzi boi się spojrzeć prawdzie w oczy, ale ja robię to codziennie w ramach treningu. Dlatego nie może być mowy o żadnej depresji choć miesiąc w którym się urodziłem nie nastraja do optymizmu. Czytałem kiedyś artykuł o pewnym afrykańskim plemieniu, gdzie faceci po 30-tce mogą jeszcze uprawiać sex a nawet jeść bez pomocy innych. Może ja również będę miał tyle szczęścia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak naprawdę to miałem plan. Przez całe życie miałem plan. W wieku 30 lat miałem być najszczęśliwszym tatusiem na świecie i chodzić ze swoim dzieckiem na spacery. Ale też pracowałbym. Pewnie dużo, bo ciężko mi znaleźć kompromis pomiędzy czymś co się kocha, a kimś kogo się kocha. Dlatego często przychodziłbym wieczorami do domu, przytulał się do żony i zasypiał z uśmiechem na ustach. Wspaniałe życie prywatne i zawodowe. Niekoniecznie z wielkim bogactwem na koncie, ale z wielkim w sercu. Zamiast tego chodzę do łóżka z klawiaturą, w dzień odbieram po kilkanaście telefonów od debili sądzących, że pogodę w Londynie można zmienić według ich harmonogramu, a wieczorami od pół roku kończę swoją stronę internetową choć tak naprawdę wcale jeszcze jej nie zacząłem i nagrywam kiepskie i nikomu niepotrzebne pioseneczki na pianie które nie jest nawet tym wymarzonym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jeśli powiem, że kocham ten dzień? Czy to coś zmieni? Co przez to osiągnę? Czy pozbędę się problemów? Moje problemy zawsze muszą być większe niż problemy innych bo są moje. I nawet jeśli uważacie je za największe bzdury i wyimaginowane błahostki, one wciąż są moje. Dobrze mi z nimi bo tu nie chodzi o problemy same w sobie ani o to, czy mnożenie ich i rozwiązywanie jest normalne. Nie to jest istotą sprawy. Tutaj chodzi o niespodziewane wejście. Jak co roku. Oto ja, nowy człowiek któremu przyjdzie się zmierzyć z Wami, z samym sobą i całym tym syfem dzisiejszego dnia, tygodnia, świata. Tadaam. Życzcie mi szczęścia. To prawie jak gra komputerowa, z jednym małym wyjątkiem – w tej grze nie ma opcji zapisu jej aktualnego stanu. Tak więc napierasz i myślisz, że nie umrzesz za wcześnie, bo co będziesz robić później? Nie sądzicie, że to jakiś rodzaj niepoczytalności? Ale nie w jej dosłownym rozumieniu. To coś znacznie potężniejszego. To samotność. Przez całą tą grę biegamy samotnie mijając innych graczy lub rozwalając wrogów. Nic więcej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy wiecie, na czym polega największy obłęd naszych czasów? Na przekonaniu, że ukończymy grę, że dotrzemy do Ziemi Obiecanej, że miłość przyjdzie sama bez żadnego wysiłku z naszej strony. W końcu zjawi się ten właściwy "ktoś", wystarczy tylko poczekać. Przycupnąć, schować się bezpiecznie i patrzyć jak inni gracze biegają w mniej lub bardziej skoordynowanym kierunku. Kto to wymyślił? Ile znacie takich par? O ilu znajomych możecie powiedzieć, że trafili na swoją drugą połówkę za pierwszym razem? Zwykle usłyszycie o tym, że ta właściwa według nich osoba odeszła. Możesz być tym najlepszym wyborem dla kogoś, tylko czy ten ktoś będzie najlepszym wyborem dla Ciebie? Spytajcie kogokolwiek, o czym najmocniej marzy. W ogromnej większości dostaniecie jedną odpowiedź – o miłości. Zgadzamy się z tym. Szczęście osobiste jest dla nas ważniejsze niż kariera, a jednak... dlaczego poświęcamy długie godziny i dni siedząc w biurach? Nikt się nie troszczy o życie osobiste tak, jak być może chciałby się troszczyć. Siadamy więc z założonymi rękoma sądząc, że szczęście samo przyjdzie. Ale czasem nie przychodzi... ta jedyna osoba może się w naszym życiu nigdy nie pokazać więc może zamiast czekać i łudzić się... może zamiast siedzieć i patrzyć na innych, zacznijmy grać. Wykażmy minimum asertywności, bo najczęściej żałujemy tego czego nie zrobiliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc może zamiast składać wciąż te same życzenia tylko dlatego, że przypomniał o tym Facebook... spędźmy ze sobą trochę czasu... usiądźmy razem i napijmy się gorącej kawy... Na pewno będziemy świetnie się bawić...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Pamiętajcie o rocznicach, zapomnijcie o wieku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-2089907170811639269?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/2089907170811639269/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/11/chapter-2.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/2089907170811639269'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/2089907170811639269'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/11/chapter-2.html' title='Chapter 2'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-8911552767824602439</id><published>2011-11-03T12:53:00.000Z</published><updated>2011-11-03T13:28:57.946Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Każdy jest sam, ale we dwoje łatwiej to znieść.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Olifia):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Dziewczynko nigdy nie będziesz za duża na coś co sprawia Ci przyjemność. Ale gra a gra to dwa przeciwne bieguny umiejętności. Ty jesteś gdzieś pomiędzy ale przeraża Cię wybór pomiędzy przyjemnością płynącą z grania, a nakładem pracy jaki trzeba włożyć w naukę. Zostań przy pisaniu tekstów i gitarze – na tym polu sprawdzasz się świetnie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Miłość i przyjaźń to dwie najbliższe przyjaciółki które serdecznie się nienawidzą. Jedna taka znajomość na milion owocuje związkiem doskonałym kiedy partnerzy są dla siebie kochankami i przyjaciółmi. W zdecydowanej większości przypadków musimy jednak wybrać, co jest dla nas ważniejsze. W przeciwnym razie najbliższa przyjaciółka stanie się naszym najgorszym wrogiem i zabierze wszystko co do tej pory budowaliśmy. Tak jak w tym przypadku...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I pojechała. Tak po prostu. Spakowała się i wyjechała. Nie każdemu może się tu łatwo ułożyć. Czasem trzeba wycierpieć swoje, czasem trzeba się postarać bardziej niż bardzo. Czasem trzeba być cierpliwym, może nawet łatwowiernym i w oczekiwaniu na finansową niezależność zapłacić frycowe. Decyzję o przyjeździe podejmowała przez kilka miesięcy. Aby odłożyć pieniądze na londyński "raj" buszowała w holenderskich truskawkach przez kilka miesięcy. Cóż z tego, skoro to co przywiozła z ledwością wystarczyłoby Jej na opłacenie pokoju. Tak, nie jest tu łatwo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jej przyjazd był jak pierwszy taniec. Jako osoby, jako partnerzy, jako postacie prawie się nie znaliśmy a jednak oboje wiedzieliśmy, że ten taniec ma kluczowe znaczenie. Na początku się nie przytulamy, chcemy mieć możliwość manewru. Taniec to gra wstępna. Najpierw tajemniczy uśmiech, później śmiech który daje jej do zrozumienia że jesteśmy interesujący i zabawni. Powoli zaczęliśmy oswajać się swoim towarzystwem po części z braku wyboru ale nie tylko. Mało rozmawialiśmy ale... rozmowa? Tak, rozmowa. Jakakolwiek. Mimo, że ja nie słucham tego co mówi Ona, a Ona nie słucha mnie, wyczuwam kiedy zaczynają Ją dręczyć kilka pytań: Czy Ona mi się podoba? Czy Ona spodoba się mojej mamie? Nieskromnie to zabrzmi, ale matki moich byłych na ogół mnie lubiły. Nie były przesadnie otwarte i zapatrzone w przyszłego zięcia jak w obrazek, ale starałem się mieć z nimi jak najlepszy kontakt. W tym przypadku Ona była niejako skazana na moją łaskę bo przecież mieszkała u mnie więc starała się podobać tak bardzo jak mogła. Czy tego chciała czy nie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc przyjechała – jak większość – z głową pełną planów. Szczerych nadziei, wątłych obietnic i skuszona perspektywą nowego (lepszego?) życia. Mówiła mi o tym od kilku miesięcy ale szczerze mówiąc nie wierzyłem w Jej zamiary do czasu kiedy nie musiałem odebrać Jej z lotniska. Spędziła tu miesiąc. Nie mogę powiedzieć że poznała życie, pracę i warunki na jakich tu jesteśmy ale cieszę się, że zdobyła doświadczenie które pomoże podjąć Jej inne życiowe decyzje. Tak to prawda – nie wszystko rozegrało się po Jej (i po mojej) myśli. Sądziłem, że lepiej zna angielski, sądziłem, że zostanie przyjęta do miejsca gdzie i ja pracuję. Sądziłem, że przy odrobinie szczęścia uda nam się znaleźć wraz z innymi mieszkanko i wspólnie zamieszkać. Swoim świeżym i pełnym animuszu spojrzeniem sprowokowała mnie do rozmyślań i niejednokrotnie również do dyskusji nad zmianami. Spędzaliśmy czasem noc układając jakiś misterny, nikomu w gruncie rzeczy niepotrzebny plan. I jak to w większości takich produkcji bywa, nagle cały misterny plan runął w piz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie każdemu jest tu dane zostać. Niektórzy mają po prostu więcej szczęścia, a inni muszą wydać więcej pieniędzy, odwiedzić więcej miejsc i wykazać się morderczą pracą tylko po to, aby tą rzeczywistą pracę tu znaleźć. W ciągu tego miesiąca na nowo zwiedziłem Londyn, objechałem go wzdłuż i wszerz. I o ile z początku nie do końca zależało mi żeby pomóc tak jak pomagałem później, o tyle w kolejnych dniach, tygodniach, coraz bardziej chciałem aby Ona – tak jak i ja – odpoczęła od przemyskiego życia, przemyskich ludzików, przemyskiej mentalności i przemyskich problemów (których notabene miała całkiem sporo). Może właśnie to popchnęło Ją do tak desperackiego kroku, zaufania całkiem obcemu facetowi, zdania się na jego łaskę i przyjazdu tutaj. Do końca mi tego nie wyjaśniła i pewnie nigdy się nie dowiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten wspólny miesiąc niesamowicie mnie wzmocnił. Tak, wzmocnił. Ale nie tylko. Choć miejsca nie mam dużo, to jakoś sobie radziliśmy i sądzę, że było nam całkiem dobrze. Po raz pierwszy od długiego czasu mogłem odezwać się do drugiego człowieka. Wybiegałem z pracy z uśmiechem od ucha do ucha wiedząc, że w domu czeka na mnie ktoś więcej niż tylko wirtualny znajomy z Fakebuca i echo pustego pokoju. Dzięki Niej przypomniałem sobie, jak wiele radości niesie gotowanie choćby najprostszych dań dla drugiej osoby. Czasem spanie do południa, czasem śniadanie lub gorąca kawa do łóżka, horrorowe maratony, które w obecności kogoś obok przestają straszyć i wywołują śmiech.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, brakowało mi tego. Choć nie jest Ona w gronie osób najbliższych memu sercu to mimo wszystko odczuwałem w nim radość i siłę wiedząc, że Ona czeka. Długo myślałem nad przyczyną tego stanu. Czyżby aż tak brakowało mi obecności i towarzystwa drugiego człowieka? Czyżbym aż tak tego pragnął, że każdy najmniejszy nawet gest podarowany mi przez Nią odbijał się szerokim echem po moim sercu? A może przypomniały mi się stare dobre przemyskie czasy? A może to po prostu świadomość odmiany, powrotu DO DOMU czyli nie do pokoju tylko DO KOGOŚ? Wspólne posiłki, seanse filmowe, wyrównane oddechy kiedy śpimy czy całodniowe szukanie szczęścia? Po tych wyprawach z reguły odechciewało nam się wszystkiego. Bez ani jednej konkretnej odpowiedzi oboje stawaliśmy się bardziej sfrustrowani i rozdrażnieni. I choć starałem się podtrzymać Ją na duchu to w głębi wiedziałem, że Jej pobyt tutaj może okazać się trudniejszy niż myślałem. Zwykle wtedy łagodziliśmy swój smutek wielkim waniliowym shakiem, a w domu dobrą kolacją i kolejnym horrorem na którym śmialiśmy się jak dzieci. Do czasu, aż dwa dni temu po prostu coś w Niej obumarło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I pojechała. Muszę to zrozumieć. Kiedy bezowocnie szuka się choćby podstawowego źródła utrzymania przychodzi taki moment, że nie ma się już na to siły. Jeśli jeszcze ma się gdzie mieszkać, pozostaje tylko decyzja jechać – nie jechać. Jeśli natomiast było się niezależnym, to pozostaje życie z oszczędności i szaleńcze szukanie nowego zajęcia. Lecz co, jeśli wszystkie pieniądze się skończą a pracy wciąż brak? Myślę, że tego właśnie się obawiała. Nie tyle samej pracy, ale samej perspektywy szukania gdyby coś poszło nie tak. Odkryła, że nie zawsze można po prostu zmienić swoje życie, po prostu przyjechać i po prostu pracować. Czasem zupełnie inne argumenty przemawiają za tym aby zostać lub za tym, aby wyjechać. Ja natomiast odkryłem, że bliskość drugiego człowieka wciąż jest dla mnie czymś niezmiernie ważnym. Że potrzebuję kogoś, z kim można spędzać czas. Nie w pracy, nie poza pracą, tylko W ŻYCIU. Zastanawiam się, czy można się zakochać. Właśnie zakochać. Bo tak, bo tego chcę, bo tego mi brakuje, bo to takie miłe uczucie. Zastanawiam się, czy w obliczu wszechistniejących motyli w brzuchu, spontaniczności i pełnego szaleńczych czynów stanu zakochania, można osiągnąć to samo tylko dlatego, że się tego chce. Lub przynajmniej czegoś bardzo zbliżonego chociaż... czy można tu mówić o czymś zastępczym? Interesują nas przecież tylko oryginały te najdroższe i najlepsze bo w końcu jesteśmy w Londynie, zarabiamy kupę szmalu więc delektowanie się podróbkami jest jak lizanie wielkich plastikowych lodów na zakopiańskich Krupówkach. Nie twierdzę, że się zakochałem ale twierdzę, że mógłbym. Ten miesiąc był tego doskonałym przykładem. Przy odpowiedniej osobie przychodzi to z dziecinną łatwością. Prawdę mówiąc przez brak takiej osoby mógłbym się równie szybko zakochać w pudełku od zapałek, jak i w budowlanej taczce. Ciężko to przyznać, ale prawie wszystkie moje Ex były jak bohater książki "Henderson, król deszczu". Teraz sądzę, że całkiem podświadomie identyfikowały się z Hendersonem który chodził i mówił "chcę, chcę, chcę". Miały do tego fascynującą osobowość i jestem przekonany, że jeśli kiedyś ktoś opublikowałby ich autobiografię, ustawiłbym się w kolejce po autograf. Ale jako partnerki? Nie chciałem i nie chcę się wiązać z kimś, kto do końca życia będzie czegoś chciał. Dzień w którym przestałyby chcieć dniem ich śmierci. I śmierci naszego związku. Dlatego kiedy dochodziłem do tego punktu, sam wolałem dokonać amputacji. Oczywiście każda z Nich przebolała moją stratę bo to takie... takie prawdziwe. Przecież ludzie się schodzą i rozchodzą. Nie mówię, że jestem pępkiem świata i po mnie już z nikim nie będą szczęśliwe. Prawdę mówiąc jestem przekonany, że od naszego rozstania zaznały więcej szczęścia niż cała rzesza ludzi. Mam również cichą nadzieję, że osiągnęły zadowolenie. Z siebie, z życia, z partnera. Wszystkie były i są dalej cudownymi Kobietami, a rozstałem się z nimi, bo nie chcę mieć do końca życia poczucia niższości. Górna półka jest zawsze najbardziej interesująca ale należy sięgać do niej tylko wtedy kiedy ma się pewność, że sprosta się oczekiwaniom. Nie tylko na początku, ale przez cały czas. Czy to znaczy, że każda następna z którą będę, powinna czuć się "niżej sytuowana", łatwiejsza, czy nie aż tak doskonała jak poprzednie? Na pewno nie, bo każda z Nich jest niepowtarzalna jak liść czy ziarno piasku na ludzkiej plaży. Chcę tylko budzić się ze świadomością, że dobrze byłoby mieć kogoś przynajmniej na jakiś czas. Dłuższy lub krótszy... choć ta pierwsza opcja zdecydowanie bardziej mi odpowiada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale z drugiej strony... wielkie łóżko tylko dla mnie... bezsenne noce spędzone przy pianie i... i to chyba tyle... jak mawiała poetka:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, jestem szczęśliwy,&lt;br /&gt;i brak mi tylko dzwoneczka u szyi,&lt;br /&gt;który by brzęczał nad Tobą, gdy śpisz. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;To banalne, ale... uczcie się języków obcych.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-8911552767824602439?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/8911552767824602439/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/11/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8911552767824602439'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8911552767824602439'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/11/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-8371098238312463889</id><published>2011-09-26T11:02:00.001+01:00</published><updated>2011-09-26T11:10:24.452+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Świat jest tak wielki, że wszystkie błędy znajdują w nim swoje miejsce.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A ileż radości przy jej przebijaniu. Nie pozostaje nic. Kompletnie nic. I znów zmieniamy się w dzieci.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Miło znów Cie tu "widzieć" Sławku. Jak możesz się przekonać, formuła Listów trochę się zmieniła. Nie ma się co oszukiwać – ludzie są jacy są, a darowanie im wolności i respektowanie ich decyzji to najpiękniejsze co możemy im ofiarować. Cieszę się, że Wam się udało. To również dowód na to, że na wszystko potrzeba czasu a pewne fakty należy przemyśleć w samotności. Wasze rozstanie właśnie temu służyło. Doszliście do takich a nie innych wniosków będąc osobno a nie razem. Trzymam więc za Was kciuki.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ludzie odchodzą, miejsca pozostają. Wybierz się ze mną, to zrozumiesz. Nie ma sensu o tym pisać.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Komar:) :&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Co bardziej boli – kiedy ktoś odchodzi, czy kiedy kogoś tracisz? Oddajesz swoje serce ludziom którzy na to zasłużyli. Będąc przy Tobie umożliwiają Ci życie, oddychanie, czucie. Kiedy znikają – zabierają cząstkę tego co im podarowałeś. Dlatego tak to boli. Dlatego bronisz nie siebie, nie ich, a tego co was łączy. Myślę, że częściej zależy nam na uczuciach które dane osoby w nas wzbudzają niż na samych osobach.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chociaż raz mógłbym odwiedzić Polskę, wynudzić się, ponarzekać że nic się nie dzieje i wyczekiwać powrotu. Chociaż raz mógłbym lecieć do domu z grymasem na ustach i nerwowo odliczać dni do momentu, kiedy znów będę mógł lecieć do mojego angielskiego Eldorado. Ale nie. Nie da się. Bo nie. I już. Bo zawsze kiedy na horyzoncie pojawia się opcja przyjazdu czy to do Żagania czy do Przemyśla, odczuwam ten sam fascynujący niepokój i radość. W przeciwieństwie do perspektywy powrotu. Jak zawsze, tak też tym razem 10 wakacyjnych dni minęło jak kilka godzin. Intensywne kilka godzin. Pamiętam jak jeszcze niedawno nie mogłem zasnąć w oczekiwaniu na metro, autobus, samolot. Później 90 minut lotu ciągnące się w nieskończoność i w końcu upragnione lądowanie we Wrocławiu. Wielkie plany, dziesiątki spotkań, harmonogramy i jak zawsze - wszystko dograne do ostatniej minuty. Nie sądzicie, że byłyby to nudne wakacje? Pewnie tak. Złudzeń pozbawił mnie już pierwszy telefon. Następne tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że wszystko co jeszcze przed wylotem ułożyłem spójnie w swojej łatwowiernej główce jest mi absolutnie nieprzydatne. Jak się później okaże - wyjdzie mi to na lepsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tej pory mam w uszach piosenki, które razem śpiewaliśmy. Słuchając ich po raz po raz na przemian uśmiecham się do siebie i pozwalam kilku łzom spłynąć po policzkach. Czasem jest tak, że kilka dźwięków których nigdy wcześniej się nie słyszało potrafi oczarować do głębi i przyczynić się do zakończenia pewnej epoki w życiu tego kto ich słucha. Paradoksalnie im bardziej błahy jest utwór, tym skuteczniej potrafi oddziaływać na duszę. Dodawszy do tego wykonywanie go z osobami które od dawna ma się w sercu w miejscu, gdzie spędziło się prawie 10 lat życia, można wyobrazić sobie siłę i skalę oddziaływania kilku z pozoru niewinnych nutek. Siła muzyki wciąż mnie zachwyca i przeraża jednocześnie. Potrafi przyciągać w najmniej oczekiwanym momencie. Na pewno duży wpływ na to miałaś Ty. Bez Twoich pomysłów, zaangażowania, stoickiego spokoju aż do ostatnich sekund przed naszymi koncertami, a nade wszystko głosem (tak głosem) potrafiłaś wlać w moje serce dźwięki które już zawsze będą kojarzyć mi się z minionym czasem. Z tymi wakacjami. Z próbami. Z wrażliwością, której wciąż mi przy Tobie za mało. Zawsze staram się nauczyć i wynieść maksimum uczuć i przeżyć jakie towarzyszą mi podczas godzin spędzonych wspólnie przy pianie. Zawsze boję się, że będą to nasze ostatnie spotkania, a Ty (nie wiedzieć czemu) zawsze chcesz więcej. Nawet teraz. Mieszkając w Stolicy masz przecież setki możliwości i miliony muzyków z którymi grasz i grać jeszcze możesz a mimo to wciąż wracasz do surowego i wybrakowanego klimatu piana, którego chimeryczny dźwięk podczas naszego pierwszego koncertu zawiódł na całej linii. Cóż takiego jest w tej muzyce, cóż jest w Tobie, cóż we mnie i przede wszystkim cóż jest w tym miejscu, do którego nas tak ciągnie? Każdego dnia czekam na to, co nigdy już nie nastąpi. Nie lubię rozczarowań, nie lubię pożegnań. Wolę więc oszukiwać samego siebie, ślepo wierzyć że przyjeżdżając do tego samego miasta spotkam ludzi takimi, jakich widziałem ich ostatnim razem kiedy opuszczałem Polskę. Tu w Londynie czas jest jakby zatrzymany i przyspieszony jednocześnie. Wpadam w tą wielką i niesamowicie szybką angielską machinę nie czując prędkości z jaką pędzę przez życie. Dopiero wracając DO DOMU uświadamiam sobie, że moja chrześnica niedługo pójdzie do przedszkola, że moja mama jest babcią, a babcia - prababcią. A Ty co czujesz kiedy tu przyjeżdżasz? Czy życie w Stolicy jest choć trochę podobne do tego w Żaganiu czy też pędzi na łeb na szyję?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest taka Kobieta. Ktoś niedawno powiedział "O Agnieszce wiem najmniej". Ja również. Wydaje się, że skoro widzimy się częściej niż z Malvi (jeśli o jakiejkolwiek częstotliwości można tu mówić), to nie powinienem mieć problemów z odczytaniem z Jej oczu, jak upływa poznański rozdział Jej życiorysu. A jednak... jak zwykle za mało czasu, aby powiedzieć sobie o wszystkim. Zgodni jesteśmy co do tego, że ofiarowaliśmy sobie piękne wspomnienia i niezapomniane 10 dni. Widzieliśmy się codziennie a wciąż było nam mało. I nigdy nie było pomiędzy nami ciszy. No chyba że na spacerze. Ale to było przecież zamierzone, bo przy dzikich tłumach turystów i... i... jak się mówi na ludzi, którzy przyjechali do sanatorium? Sanitariusze? Sanatoryjczycy? Sanatoriusze? Eh, uciekł mi wyraz... nieważne. W każdym razie przedzierając się przez dzikie tłumy kropel deszczu bębniących w parasolkę dostrzegliśmy jego. Tak jego. Bogdana idącego w naszą stronę z kwiatami. Z tymi wielkimi krzaczorami, które później wąchałaś. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz tyle się śmiałem. Aleja rododendronów, teatr, wieża (nie pamiętam jak się to wszystko dokładnie nazywało, byłem zbyt oszołomiony sytuacją). Nie chciało się wracać tylko wciąż słuchać lektorskiego głosu Bogdana i stać godzinami pod tą parasolką. Cieszę się że przyjechałaś, cieszę się że wspólnie osuszyliśmy tyle Desperadosów, że "&lt;i&gt;po 7 latach znów spotkaliśmy się na tej samej scenie w tym samym składzie&lt;/i&gt;" i "&lt;i&gt;znów wędrujemy&lt;/i&gt;". Eh, i to trzymanie do samej ziemi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Malvi, Aga... chcę Wam podziękować za wspaniałe wakacje, za każdą wspólną chwilę, za próby i siłę którą dzięki Wam czułem. Bardzo żałuje, że mamy tak mało pamiątek, zdjęć, filmów z naszego spotkania i koncertów. Podziękujmy za to wszyscy ładnie Romanowi: DZIĘ-KU-JE-MY. Wiem, że rozstając się z Wami na pewno na długi czas, ciężko będzie mi nie myśleć o wspólnym graniu i śpiewaniu. Brakuje mi Was tutaj bardziej niż możecie to sobie wyobrazić począwszy od naszego pierwszego spotkania, muzycznych szaleństw, poprzez wycieczki do Zielonej Góry, strzałów ostrzegawczych w tył głowy z łuku, polowania na sushi, poszukiwania zagubionego telefonu i HBO, pizzę w Lamoro z genialną obsługą, tańców z trzymaniem, spacerów po Szczawnie, wąchaniem krzaków, filozoficznych wywodów o cyckach Jagiełły, aż po szkliste oczka Malvi podczas koncertu w Drugiej Stronie Lustra, wizytę w PLAY (polecam telefony na abonament z pakietem internetowym...), wypad do Żar z Agą i Gutkiem oraz wiele, wiele lepszych chwil. Było doooOOOooobrze, było pięęęĘĘĘęęęknie... kocham Was bardzo dziewczyny za te wszystkie wspomnienia za te które jeszcze przeżyjemy. I choć teraz moje serduszko zmalrzlo (o tak, o tak) to na pewno jeszcze będzie miało okazję cieszyć się Waszą obecnością. Ja wiedziałem, że z Wami to nigdy nie będzie nudno i normalnie ale tym razem przerosło to moje oczekiwania. Ja chcę jeszcze raz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wąchać krzaki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I jechać do Szczawna. Tam jest pięknie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podziękowania również dla wszystkich którzy zamienili moje ostatnie kilka dni w niezapomniane wakacje. Auri już w pierwszy dzień przybiegła, żeby się ze mną spotkać. Niesamowite prawda? Teraz wiadomo dlaczego dostała Grand Prix. Oprócz tego oczywista oczywistość: Halinka, Kasia, Sandra (a jednak nam nie wyszło...), Mixer, Maciek, videokonferencje z Robertem, Gutek i wszystkie inne życzliwe osoby, które miałem okazję poznać podczas tych wakacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż, pozostała jeszcze jedna osoba (a dokładniej mówiąc – stworzenie – przez małe "s" lub "ss"). Winny jestem temu stworzeniu równie wielkie podziękowania jak i przeprosiny. Bardzo żałuję, że nie udało nam się spotkać na dłużej, pośmiać się z naszych głupkowatych wywodów, obgadać większej ilości osób i zamieszać w zielonogórskim światku. W ramach zadośćuczynienia przywiozłem nawet świeżą krew w postaci Malvi, ale Komar oczywiście tylko spojrzał, zwinął trąbkę i olał sprawę. Jak zwykle, kiedy człowiek (tak człowiek) chce zrobić coś miłego dla kogoś innego. Komarku mimo to chcę Ci bardzo podziękować za ocalenie mojego tyłka. Dzięki Tobie mogliśmy zagrać koncert bez obawy o to, że coś pójdzie nie tak. Cieszę się, że mogłem Cię zobaczyć nawet przez te kilka minut, że jak zwykle postarzałaś się przez papierosy i kawę, że przeze mnie nie mogłaś spać dwie noce, że jak zwykle Twoje argumenty kompletnie do mnie nie przemówiły i nie udało Ci się mnie przelecieć a to z racji tego, że NASZE GATUNKI SIĘ NIE KRZYŻUJĄ. Gra na komarkowym pianie była dla mnie prawdziwą przyjemnością aczkolwiek dało się wyczuć niewielkie bzyknięcie przy dotknięciu każdego klawisza. Dzięki temu niesamowitemu instrumentowi musiałem nauczyć się całego materiału od początku w 15 minut i to w tonacjach których nie życzyłbym najgorszemu wrogowi a to wszystko przez wrodzony brak możliwości transpozycji tegoż instrumentu. Oto cały Komar – z jednej strony wypuszcza mydło a kiedy chcesz podnieść – i tak Cię bzyknie. W każdym razie dziękuję. Dziewczyny też. Chyba. Na pewno. Bardzo DZIĘ-KU-JE-MY.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Uczcie się gry na skrzypcach – radości tyle samo, a o ileż łatwiej je przenieść.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-8371098238312463889?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/8371098238312463889/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/09/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8371098238312463889'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8371098238312463889'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/09/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-460459043029944447</id><published>2011-07-01T23:12:00.001+01:00</published><updated>2011-09-26T10:16:29.028+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Bogactwo szczęścia nie daje, ale szczęście daje bogactwo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do TaMała:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Codziennie komplikujemy sobie życie tak, że kiedy ktoś podaje nam swe serce na tacy, patrzymy na niego podejrzliwie jak na głupka. Dziś nie ma nic za darmo, nawet żeby w mordę dostać trzeba mieć kasę. "Jeśli się kocha, to nie ma rzeczy niemożliwych" – tylko skąd w dobie jałowych relacji i pędu do ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO CO NAJLEPSZE wiesz, że miłość to miłość a nie kolejny marketingowy wybieg?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Olifia:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nadwrażliwi są najbardziej samotni wśród ludzi. A czym jest miłość... dla mnie? Tak, to jest to o czym pisałem kiedyś. Dalej w to wierzę, dalej wierzę że może trafić się osoba dla której stanę się nadwrażliwym bez samotności. Trzeba wierzyć w miłość, bo to jedno wielkie bezgraniczne poświęcenie. I choć niektórzy wciąż prowokują mnie do zachowania dystansu to ja boję się, że w najmniej oczekiwanym momencie obudzi się we mnie ćma która kolejnym samobójczym lotem popędzi wprost w środek płomienia...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A co według Ciebie jest szczęściem? I gdybym odbił piłeczkę i zapytał Ciebie czy jesteś szczęśliwa, odpowiedziałabyś mi bez wahania?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Rozdział napisany. Dojrzewał trochę w listowej poczekalni ale w końcu ujrzał światło dzienne. Byłem w Polsce, ale tylko na Podkarpaciu. Wizytę w domu planuję na koniec września więc rezerwuj sobie termin. Chyba, że znów będziesz zaliczać jakąś zagraniczną wycieczkę...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A kiedy zdrada jest zdradą?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6 dni. Tyle tylko potrzeba, bym mógł wypocząć w tym magicznym mieście. Muszę przyznać, że czuję się wspaniale wśród tylu wyjątkowych osób. Niestety coraz mniej ich pozostaje. Wyjeżdżają. Rozpoczynają lub zmieniają studia, podejmują decyzje o życiu za granicą na stale bądź tylko "na chwilę" aby wrócić i choć bezpieczni są tam, wolą znów zatopić się w polską rzeczywistość. Rzeczywistość która jest jaka jest. Mimo to ten kraj ma coś w sobie, to miasto również.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego wciąż chcę i chcę tu przyjeżdżać? Dlaczego chcę żyć wciąż z tymi samymi ludźmi, patrzyć jak dzień w dzień robią to samo zupełnie jakby czas się dla nich zatrzymał? Chłopaki wciąż nagłaśniają koncerty, Mariusz biega z kamerą, Ania pomaga ludziom, Ewa gra na skrzypcach, Karolina śpiewa, Paweł robi strony, Ewelina tańczy a Justyna pracuje. Jednocześnie te osoby każdego dnia podejmują decyzje które mogą być najważniejszymi w ich życiu. Tym razem jedna z moich najbliższych znajomych z pracy postanowiła obrócić swoje życie o 180 stopni. Fredzia pożegnała się z 30-letnią pracą w jednej firmie i 20-letnim prowadzeniem zespołu tanecznego. Dzieci które kiedyś u Niej tańczyły są dziś dorosłymi ludźmi mającymi swoje dzieci nierzadko prowadzając je dumnie na te same zajęcia na które kiedyś sami chodzili. Rekordzistki na pierwsze treningi przyszły jako małe dzieci, a dziś po 12 latach ćwiczeń nie wyobrażają sobie dnia bez tańca. Bez Fredzi. Bez wizyty w Centrum Kulturalnym. A Fredzia jak to Fredzia. Nieważne, że pomysłów ma jeszcze tysiące a układów miliony, po prostu wyjeżdża. Wylatuje. Do Kanady. Na rok. Też tak mówiłem... tylko na chwilę, na kilka miesięcy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A Ona "zawiesza" działalność zespołu choć jest pewnie, że dla najstarszej grupy byłby o ostatni rok tańca przed pójściem na studia. Mają wiec żal. Uzasadniony ale skierowany do niewłaściwej osoby. Nie tak dawno byłem przecież w bardzo podobnej sytuacji. Wiem jak ciężką decyzję musiała podjąć Fredzia. Widziałem jak dużo łez smutku pomieszanych ze łzami szczęścia i nadziei pojawiło się tego wieczoru. I choć odbył się koncert prezentujący 20-letni dorobek zespołu, choć był toast, kwiaty, prezenty i gratulacje, to nikt nie chciał pogodzić się z myślą, że za kilka dni kolejna osoba opuści tą magiczną krainę. Co z tego, że cały zespół świetnie bawił się na dyskotece? Już dawno głos nie drżał mi tak i nie zamierał w krtani podczas odczytywania kolejnych nazwisk i wręczania dyplomów tancerkom. Anita-8 lat w zespole, Aleksandra-10 lat w zespole, Kinga- 12 lat w zespole... przy każdym nazwisku czas uścisków i przytulania niemiłosiernie się wydłużał, oczy coraz bardziej czerwieniały. "Dziewczyny nie beczeć" – żartuje Fredzia choć sama ma oczy mokre od łez. Pieczołowicie nakładany makijaż spływa wraz z pierwszymi łzami, starannie dobrane ubrania nasiąkają mieszanką perfum. I choć większość  z nich wygląda już jak dorosłe kobiety, to w tym jednym momencie w każdej z nich budzi się dziecko, mała dziewczynka która przez te wszystkie lata przybiegała do Pani Fredzi z każdym problemem. Siedzę z boku, wyczytuję kolejne nazwiska i podaję dyplomy. Nikt oprócz mnie nie mówi, chyba nie ma sensu bo to za trudne dla większości z nich. Każdy za to łapczywie połyka każdą sekundę spędzoną w ramionach drugiej mamy i zazdrośnie spogląda na tych, którzy dopiero będą mieli to szczęście przytulić się na pożegnanie. Przyciszam muzykę, z pomiędzy nut daje się słyszeć ciche łkanie, podciąganie nosem... pewnie jakieś dziecko płacze w kącie. Ale najmłodsi są przecież z rodzicami. Zamiast nich kilka dziewczyn. Zapewne z najstarszej grupy. Pamiętam je dobrze z prób, wiecznie uśmiechnięte, żartujące ze wszystkiego, biegające po całej sali i ćwiczące wszystko tylko nie to czego chce Fredzia. Teraz stoją wtulone jedna w drugą jak pingwiny i po cichu płaczą. Kto by pomyślał, że to dla nich aż tak ważne? Próbują się do mnie uśmiechać tak jak zawsze kiedy się widzimy. Skutek marny, ale czego można się spodziewać kiedy cisza jest tak słona od łez jak Morze Martwe? Przedłużyłem całą imprezę o godzinę dając im czas na spędzenie choćby kilku chwil więcej w towarzystwie ich instruktorki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na drugi dzień telefon - Fredzia zabiera najbliższych na pizzę. Tym razem z dala od zespołu i rodziców. Tylko Fredzia, Szczepan, Dorotka, Janusz i ja. Na chwile powróciła ta sama koleżanka z pracy, niewybredne żarty, sprośne kawały i filozoficzne dysputy na błahe tematy zagościły ponownie rozśmieszając wszystkich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobranoc. Dobranoc. Cisza. Niby nic, tylko cholerna świadomość, że to ostatni raz. Czy to tylko ja tak panicznie się tego boje? Czy tylko we mnie wzbiera nieopisana złość i niemoc kiedy wiem, że po raz ostatni widzę to miasto, że po raz ostatni widzę się z dziewczyną, że po raz ostatni wyrywam każdą sekundę wszystkim bliskim do których przyjeżdżam? Czy tylko ja mam ochotę eksplodować od środka i zamiast po raz kolejny przeżywać rozstanie, zabrać wszystkich bliskich do nowego lepszego świata? Za każdym razem gdy wjeżdżam do tego miasta, mam ochotę krzyknąć "WRÓCIŁEM" zamiast "PRZYJECHAŁEM". Mimo że wciąż jestem tam tylko gościem, od dawna czuje się jak u siebie. Od samego początku, od pierwszego przyjazdu. Jak każdy mam tam swoich wrogów (lub przynajmniej osoby które nie życzą mi najlepiej) ale co ważniejsze – mam również swoich przyjaciół. W sumie to dobrze, bo osobom na których mi zależy poświęcam maksimum czasu i uwagi nie przejmując się szczątkowymi znajomościami. Jest tych osób coraz mniej, z niektórymi mimo najszczerszych chęci wciąż ciężko się spotkać ale wierzę głęboko, że jeszcze przyjdzie na to czas. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wakacje choć krótkie to były bardzo udane. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili mi swój cenny czas i obiecuję, że jeszcze się zobaczymy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Wymagać więcej od siebie a mniej od innych – to bogactwo...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-460459043029944447?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/460459043029944447/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/07/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/460459043029944447'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/460459043029944447'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/07/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-8281420749674853556</id><published>2011-04-16T00:56:00.001+01:00</published><updated>2011-04-18T22:34:04.803+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Życie jest jak prostytutka – da Ci wszystko pod warunkiem, że zapłacisz odpowiednią kwotę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Olifia:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie droga Olifko, ja się nie zakochuję. Ja mogę już tylko adorować.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję ale składałem następnego posta z demotywatorowych "cytatów" marnie dobranych przez marnych "użytkowników" lub zerżniętych z Internetu. Jeśli sądzisz, że nie mam co robić tylko grzebać w gównach w poszukiwaniu mądrych słów to jesteś w błędzie. Co się zaś tyczy moich headów i footów (nie ma tego chyba w Demotywatorach więc dodam, że chodzi o nagłówki – czyli o Paradoksy i stopki – czyli o Zadania Domowe), to są to W OGROMNEJ WIĘKSZOŚCI cytaty. Przyznaję się do tego, bo nie mogę mierzyć się z prawdziwymi ludźmi pióra i słowa a jedynie w sposób bardzo prosty opisać to, co mnie dręczy. Potrafię również czytać (i to ze zrozumieniem) czego dowodem jest właśnie ów cytat z książki Williama Whartona "Tato" (polecam). A jeśli ktokolwiek użył tych słów do opisu kolejnego dennego obrazka to mogę tylko współczuć. Autorowi słów, autorowi obrazka, i Tobie – która sugerując się kolejnym "portalem społecznościowym" sądzisz, że cała wiedza i mądrość jest ukryta właśnie tam. Skąd wiesz, kto podaje Ci te obrazki wraz z opisami?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;8 Czerwiec, Stalowe Magnolie, Kraków…  AGAIN… i wszystko jasne.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdziwieni? Dlaczego? Przecież nie pierwszy raz piszę tak nieskładnie, niespójnie, tylko sobie znanym językiem, prostym i niezrozumiałym zarazem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Że co? Że tak długo? Że przecież minęły 3 miesiące? Przecież to niczemu nie przeszkadza. Przecież można pisać kiedy się chce, kiedy odczuwa się potrzebę napisania właśnie tego, a nie żadnego innego dnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I o czym można pisać? I ile można rozmawiać z samym sobą? Okazuje się, że czasem można pisać w nieskończoność a rozmawiać bez wytchnienia. Są momenty że chciałoby się tylko pomilczeć, są i takie kiedy chcę powiedzieć naraz tysiąc słów i podzielić się ze sobą wszystkim, o czym akurat myślę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Późny wieczór. Do hotelowej restauracji wchodzi para. Jego poznaję od razu – stały klient. Ona jakby kogoś mi przypominała, ale ten ubiór... fryzura... i nawet dekolt już tak nie razi. Mimo wszystko po chwili zdałem sobie sprawę, że to ta sama kobieta. Prostytutka po którą dzwoni zawsze, kiedy ma ochotę gdzieś wyjść albo kiedy wcale nie chce mu się wychodzić z pokoju. Wciąż ta sama. Wiem, że oboje lubią Beatlesów więc z piana wydobywają się pierwsze smooth jazzowe dźwięki "Yesterday". Witamy się skinieniem głów. Zjedli szybko. Nie zamówili nawet deseru ale to normalne kiedy są razem. Licznik bije, a Ona rano będzie musiała opuścić hotel. Dobrze więc wykorzystać ten czas racząc się Jej ciałem niż jedzeniem. Myśli o tym, co czują Ci ludzie całkowicie mnie pochłonęły. On – bogaty, samotny pieprzący machinalnie Ją – liczącą już w głowie utarg z całej nocy i obserwującą widok za oknem. Później pewnie szybki papieros i rozliczenie. Zrobiło mi się ich szkoda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z tego co zaszło wiem tylko, że nie wiem co zaszło. Nie popieram prostytucji, ale szkoda pieniędzy podatników na jej zwalczanie. Jaka to różnica, czy dziewczyna żąda przed sexem pierścionka z brylantem, czy pieniędzy? Tak jest wszędzie, sex to waluta. Nie chcemy tego popierać argumentacją moralną, ale kto z Was przyzna się, że nigdy nie wykorzystywał walorów swej płci żeby coś osiągnąć? To prawie jak zdrada, tylko w imię czego? Traktujemy to często, jak by było bez znaczenia, ale tak nie jest. Nie ośmielę się stwierdzić, że każdy zdradza bo zostałbym zlinczowany. Wiem jednak, że ludzie wciąż wyrządzają krzywdę najbliższym i zamiast poszukać odpowiedniego rozwiązania, często idą do łóżka z kimś tylko po to, aby szybciej przeskoczyć na wyższy szczebelek drabiny społecznościowej aby coś udowodnić sobie, Jej, Jemu, komuś... choć z założenia zdrada nie powinna wyjść poza drzwi sypialni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy kobiety zdradzają tak samo jak mężczyźni? Dobre pytanie i wydaje mi się, że odkąd istnieje nowożytna nauka, staramy się zrozumieć, znaleźć punkty wspólne lub dzielące nas różnice mające ostatecznie zasądzić o tym, czy jesteśmy z jednej planety, czy z różnych. Niektórzy twierdzą, że seksualizm kobiety jest inny od męskiego niezależnie od tego, co piszą w Cosmopolitan, Vouge i innych "poradnikach życia dla szarej, bezmózgiej i  tym samym dającej się łatwo wodzić za nos kobiety". Podobno te różnice zostały nawet udowodnione naukowo. To co nas – mężczyzn – ogłupia dynda nam wesoło pomiędzy nogami. To co ogłupia kobiety jest schowane głębiej i ma ten niewdzięczny zaszczyt bycia "pompką krwi". Jeśli kobieta traktuje sex w kategoriach psychicznych, uczuciowych, to poza ciałem oddaje także duszę (a przynajmniej jej część). Stąd już tylko krok do stwierdzenia, że zdrada kobiety jest gorsza, bo ma podłoże nie tylko cielesne, ale i duchowe. To funkcja mózgu. U mężczyzn natomiast jest to w większości sprawa anatomii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedawno zostałem poproszony o wyjście z jedną z klientek na drinka. Mieliśmy wspólne zainteresowania muzyczne więc nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że "zostałem wybrany" na tego, który zwabi ją i jej portfel do hotelu. Już sama myśl o spędzeniu z nią czasu i wynajdowaniu tematów rozmów spowodowała, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Mam z nią pić żeby przekonać ją do pozostawienia jak największej ilości pieniędzy dokładnie w tym a nie żadnym innym hotelu. Brzmi to jak interesowna randka i nie jest ważne to, czy akurat teraz z kimś jestem czy nie. Czasem czuję, że zdradzam miłość jako taką. Zamiast jednak o muzyce, wywiązała się między nami rozmowa na temat nawiązywania kontaktów. Oboje byliśmy nieco spięci i zażenowani niecodzienną sytuacją więc nawet tak zdawałoby się trudny temat nie był czymś nadzwyczajnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak przetrwać w tym wielkim mieście, jak kogoś poznać, jak pogodzić życie prywatne z życiem zawodowym? Niełatwo być na tym świecie pracującym kawalerem. Kilkunastogodzinny dzień pracy, lżejszej bądź cięższej potrafi skutecznie zniechęcić do jakichkolwiek wieczornych wypadów. Trudno tu kogoś poznać, bo ludzie nie przyjeżdżają tu na wakacje. Oczywiście raz na jakiś czas można pójść do pubu, postawić nowo poznanej kobiecie drinka i pod pretekstem rozkwitającej sympatii zaciągnąć ją do łóżka. Ale to raczej nie w moim stylu. Nie potrafię oszukać kogoś niezależnie od tego, jak miłe będą tego skutki. Idąc za przytoczoną na początku historią można stwierdzić, że chyba lepiej wynająć sobie towarzystwo – żadnych kłamstw, oszustw, ryzyka, że czyjeś czułe serce fałszywie coś odczyta. Nawet jeśli robię coś niezgodnego z prawem według tych osób, to moralnie czuję się w porządku. Grając według jasnych zasad trudniej o przegraną. Jak na ironię zostanę pewnie zmieszany z błotem, bo staram się szanować Kobiety. Żadnej nie potrafiłbym okłamać. Dlatego nigdy nie będę się tego wstydził.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego tak mi zależy? Bo muszę uwierzyć, ze to się sprawdza. Miłość, pary, partnerstwo. To, że ludzie się schodzą i nie rozchodzą. Muszę w to wierzyć kiedy idę spać, chociaż idę spać sam. Może to dlatego, że miłość jest sztuką kompromisów. Ludzie celowo stawiają się w konfliktowych sytuacjach, mówią że badają grunt. Wciąż jednak nie wiem w czym tkwi tajemnica i wciąż nie potrafię się zbliżyć do jej odkrycia. A może wcale nie chcę jej poznać bo... bo co wtedy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Skoro jedyne możliwe pragnienie to pragnienie niemożliwego, to spróbujcie zapragnąć szczęścia...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-8281420749674853556?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/8281420749674853556/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/04/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8281420749674853556'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8281420749674853556'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/04/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-1186573399259885846</id><published>2011-02-04T14:55:00.000Z</published><updated>2011-02-04T15:08:55.698Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Aby dostać kredyt, musisz udowodnić bankowi, że go nie potrzebujesz. Podobnie jest z miłością.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Facetom także zdarzają się wpadki. Nawet tak niedorzeczne, jak mówienie ludzkim głosem raz do roku. Pocieszające jest to, że do następnej światłej prelekcji poczekasz już tylko 323 dni.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Być szczęśliwym.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jestem pewien, jak to się zaczęło. Dziwne, bo podobno świat wywraca się wtedy do góry nogami. Podobno widzi się wszystko w różowych barwach, podobno w brzuchu tysiące motyli łaskocze od środka, podobno zapominamy jak się chodzi, ale przypominamy sobie, jak się lata. Fruwam więc kilka centymetrów ponad chodnikami wznoszony jedną tylko fantastyczną myślą. Myślą o Tej, która właśnie dotknęła mojego serca. Kiedy się ma 14 lat, wszystko wydaje się takie trudne. Jak na ironię tysiące błędów które popełniałem uchodziło mi płazem, bo popełniałem je pierwszy raz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętam, że jedliśmy lody. Pamiętam, że nagle na czubku Jej nosa wylądowała mała lodowa plamka. Wtedy spojrzała na mnie tak inaczej. Tak, jak by chciała powiedzieć "Przepraszam". Ale za co? Byliśmy dziećmi, przynajmniej tak nam się wydawało bo rodzice wciąż nam to powtarzali. Więc jak grzeczne dziecko siedziałem, tak obok niej zezując i wpatrując się w ten lodowy nosek. "Pomożesz?" – zapytała. Cóż mogłem zrobić? Nie byliśmy przyzwyczajeni do odmawiania sobie czegokolwiek w swoim towarzystwie. Znaliśmy się od czasów podstawówki, a im dłuższy staż przybierała nasza znajomość, tym stawaliśmy się bardziej nierozłączni. Zrobiłem wtedy jednak coś, czego do dziś nie potrafię do końca zrozumieć. Zbliżyłem się, do tej lodowej plamki i... powąchałem ją... powąchałem Jej nos. I tyle. To nie było głupie. Tak samo robią psy. W ten sposób zdobywają pewność, wiec sami rozumiecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie, niczego wtedy  nie poczuliśmy więc pocałunek był taki... a może to przez to, że nasze języki się nie spotkały dokładnie w połowie drogi... nie, to ten pierwszy pocałunek. Na początku było to dość nieporadne, ale fizjologia szybko pomogła. Na tyle, na ile pomóc wtedy mogła. Był taki miękki, jej dolna warga ledwo dotykała mojej górnej. Magiczne przeżycie. Oddałbym życie, by móc to jeszcze raz przeżyć. Nie było nastrojowej atmosfery, filmowego błysku w zębach, ani omdleń spowodowanych nadmiernym wsysaniem się w czyjeś usta. Nikt nie ucierpiał, nikt nie dostał w twarz, nikt się nie rozpłakał. To się po prostu stało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz pierwszy raz już nie był taki magiczny. O mało co nie skręciłem sobie szyi chcąc za wszelką cenę udowodnić nam obojgu, że wiem więcej niż można się po mnie spodziewać. To ujmuje stresu dziewczynie, ale dodaje go facetowi. Było w tym więcej cielesnego orgiami niż prawdziwego kochania się, ale czego można było oczekiwać? Do tej pory myślę, że sex jest trudniejszy niż prowadzenie wahadłowca kosmicznego, a mimo to za sterami usiadło tylko kilku wybrańców podczas gdy sex uprawia każdy. Jakiś czas później... wszystko co dobre szybko się kończy nawet jeśli szybko oznacza kilka miesięcy lub lat wspólnego szczęścia. Więc skończyło się. I wszystko być może byłoby dobrze gdybyśmy pozostali w stanie zerwania. Gdyby Ona pojechała tam, gdzie jechać miała, a ja pozostałbym tu, gdzie zostać miałem. Najwyraźniej nasze zerwanie pozostawiło w Niej jakieś emocje. Żal, złość... nadzieję. Tak nadzieję. I właśnie dlatego... jest dobrze, tylko ja wciąż ciężko znoszę zmiany. Nie zamierzałem jednak spędzić reszty życia w oczekiwaniu na coś, co z góry skazane było na porażkę. Mimo, że czuliśmy się jak ulepieni z jednej gliny, to teraz sądzę, że dzieciństwo rządzi się swoimi prawami. Nie twierdzę, że te prawa są złe, ale są po prostu inne. Dorośli mają ten przebrzydły zwyczaj utrudniania sobie życia oraz doszukiwania się dwuznaczności we wszelkich możliwych opiniach. Pod tym względem dzieciństwo jest proste jak kij od szczotki. Dzieci zawsze grają w otwarte karty. Dorośli nie potrafią nawet przetasować talii bez podglądania...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak trafiłem tutaj. Ja - ofiara własnych wyborów. Szczęśliwy w nieszczęściu bycia już tym "dorosłym", tym od którego się wymaga. Staram się spełniać te wymogi lepiej lub gorzej. A to dopiero początek. Dziś będzie lepszy dzień. Czuję to. Czasami budzę się rano i wiem, że wszystkie sprawy potoczną się... mniej fatalnie. Kiedy mówię coś bez przekonania, robię to bardziej przekonująco niż mógłbym sądzić. To niewinne poranne kłamstwo sprawia, że z mniejszą niechęcią wstaję z łóżka. Mimo, że robię to co lubię. A przynajmniej tak mi się wydaje. Chwytam się każdej pracy, jaka jest tylko możliwa po to, żeby robić coś w ogóle. Po to, żeby z dnia na dzień uczyć się nowych słów, nowego sposobu radzenia sobie ze sobą i swoim życiem na tej dziwnej planecie. I tylko wieczorami, kiedy zaczynam grać...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;... wierzę, że miłość i muzyka są do siebie bardzo podobne – nieskończenie romantyczne z założenia, lecz ich nieumiejętne zastosowanie w praktyce grozi trwałym kalectwem. Ale ja mimo wszystko lubię muzykę i lubię się w niej poruszać. Niejednokrotnie po omacku. Kiedy wpadam w dołek jedyna czynność, którą jestem w stanie wykonać to usiąść do piana, zamknąć oczy i pozwolić swoim palcom pobiegać po klawiszach. Jakimś cudem podnosi mnie to na duchu. Czy będę tu kochał? Tak, a przynajmniej mam nadzieję. Mam nadzieję zakochać się do tego stopnia, że kiedy jedno wyjdzie do pracy, drugie połączy się sercem tylko po to, aby posłuchać życiodajnego oddechu. Choć doświadczenie nauczyło mnie, że najczęściej miłość nie przynosi zysków, to niebezpieczny fundament. Że liczy się to, co masz w głowie. Że reszta przyjdzie sama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A może tak na prawdę wcale nie chcę być super szczęśliwy czy zadowolony bo co wtedy? Bawi mnie dążenie, poszukiwanie. To jest przyjemne. Im bardziej jest się zagubionym, tym więcej można oczekiwać. Na tym więcej można liczyć. Coś takiego. Być może świetnie mi się żyje, a ja nawet o tym nie wiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nie czekajcie, aż minie burza. Nauczcie się tańczyć w deszczu.&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-1186573399259885846?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/1186573399259885846/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/02/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/1186573399259885846'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/1186573399259885846'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2011/02/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-282327995903665520</id><published>2010-12-24T19:33:00.000Z</published><updated>2010-12-24T19:45:42.775Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Wigilia – pierwsza rodzinna kolacja od zeszłego roku.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Słowa są tym co nas łączy i dzieli zarazem. Jeśli chcesz nimi żonglować, najpierw naucz się stać bez patrzenia na stopy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A za sekundy szczęścia płacimy tym, jakim człowiekiem nie jesteśmy? Życie to nie jest gra pozorów choć pozornie na takie wygląda. Głęboko jednak wierzę, że zarówno Ty, jak i ja potrafimy bez większego trudu zgłębić drugą naturę człowieka. Życzę, abyś zrobiła z tego użytek bo jesteś dobrą dziewczyną, tylko nieco przestraszoną umiejętnością przeszywania na wylot jednym spojrzeniem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Ty wiesz kto:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Tak wiem kim jesteś. I wiem również, że doskonale wiesz, co Autor miał na myśli. Zaś co do oryginalności – oryginalność istnieje do momentu, w którym jej istoty nie zrozumie więcej niż jedna osoba.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do TaMała:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nawet odgrzewane jedzenie ratuje nas przed śmiercią głodową. A odgrzewane znajomości niekiedy ratują nas przed śmiercią uczuciową. Uważaj jednak na to, co wkładasz do mikrofalówki i na jak długo pozostawiasz ją włączoną..."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Ta która pamięta:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Też nad tym ostatnio myślałem. Zacznę od dziś. Zadowolona?"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Teraz będę kroił warzywa do świątecznej sałatki. Wigilię spędzę sam w domu, co – nie ukrywam – jest doświadczeniem ciekawym ale niegodnym polecenia nikomu kto ma choć odrobinę ciepłych uczuć w sercu. A ja do takich osób niestety należę."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Życzenia odsyłam z wzajemnością. Jak na ironię odpowiadam na Twój komentarz w tak ważnym dla wielu z nas dniu, ale nie oszczędzę sobie. Nie chcę publikować Nowego Testamentu, ale zważ na to, że nie wymyśliłem nic w rodzaju: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;zamierzam stworzyć mężczyznę i kobietę z grzechem pierworodnym. Następnie zamierzam zapłodnić inną kobietę samym sobą tak, abym mógł się narodzić nie wzbudzając podejrzeń. Będąc człowiekiem zabiję się w ramach ofiary dla samego siebie, aby ocalić Cię od grzechu na który Cię początkowo skazałem. TADA!!!&lt;/span&gt; Z góry wszystkich przepraszam choć wiem, że logika tej wypowiedzi bije na głowę. Chcesz czytać to, czy to co czytałaś? A może nic? Więc z łaski swojej odejdź od komputera i złóż świąteczne życzenia najbliższym."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na palcach jednej ręki policzę osoby bez których żadne Święta nie są szczęśliwe. Nie miejcie mi tego za złe. Gdybym choć przez chwilę mógł być takim Brucem Wszechmogącym, do mojego stołu zasiadłoby 5 osób. Osób, które od długiego czasu wnoszą coś do mojego życia, które mi pomagają, przy których czuję się jak w rodzinie. I nie umniejszam wcale wagi innych moich znajomości, ale chcę ten najważniejszy dla mnie czas spędzić z osobami dla mnie wyjątkowymi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kocham Boże Narodzenie. Gdy przychodzi Gwiazdka, znikają wszystkie kłopoty. Ludzie się uśmiechają, nawet ja się uśmiecham. Wspólnie z rodziną ubieram choinkę. Kiedyś moja babcia powiedziała, że ten kto zawiesza gwiazdę na szczycie choinki, sięga po własną gwiazdkę z nieba. W dzieciństwie najważniejszy dla mnie był oczywiście Święty Mikołaj. Perspektywa otrzymania prezentów jest zawsze kusząca i o ile w dzieciństwie chodziło o to, żeby dostać ich jak najwięcej, tak teraz liczą się uczucia towarzyszące obdarowanym przez nas osobom. Wolno nam wierzyć w coś co nie istnieje. Jeszcze kilka lat temu było podobnie i choć wiedziałem, że rzeczywistość  jest zupełnie inna, nie chciałem się tego wyrzec. Wtedy to ktoś tak zupełnie dla żartu powiedział mi, że Mikołaj dobiera się do elfów. Niby nic, głupi żart, ale w tym momencie zachwiał się mój zachwyt nad tą szczególną postacią. A czym mogą być Święta bez poczucia, że w nocy ten grubas zostawi nam prezenty pod choinką?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałbym mieć pewność, że każdy z Was jest w tym ważnym dniu szczęśliwy. Że każdy budzi się z poczuciem swojej wyjątkowości i ważności dla bliskich osób. Chciałbym, aby każdy przy świątecznie nakrytym stole zamknął na chwilę oczy i podziękował za wszystko, co przyniósł mijający rok. Joseph Cronin napisał w jednej ze swojej powieści, że „szczery uśmiech kosztuje mniej od elektryczności, a daje więcej światła”. Sprawcie więc, by Wasze Święta były pełne jasności i pogody ducha. Sprawcie, by mimo pewnej powtarzalności były jedyne w swoim rodzaju. Spędzone z osobami, dla których biją Wasze serca. Niech każdy z Was znajdzie również 5 minut które spędzi sam ze sobą rozmawiając i dziękując za szczęście którego doświadczyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdemu, komu wyrządziłem krzywdę należą się szczere słowa przeprosin. Każdemu, komu dałem szczęście – chcę dać go więcej jeśli tylko będę miał taką możliwość. Każdy, kto z mojego powodu płakał w kończącym się roku, w przyszłym na pewno się do mnie uśmiechnie. A każdy, kto choć raz pomyślał o mnie ciepło, otrzyma moją wdzięczność. Wiem, że ten rozdział jest totalnie nielogiczny, ale czy wszystko musi być? Ten rozdział jest moim pragnieniem... pragnieniem które spełnić się może tylko jeden raz w roku. Pragnieniem odkupienia win z przeszłości i zaznania szczęścia w przyszłości. Ilu z Was nie chciałoby znaleźć pod choinką spełnienia się tego życzenia?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Święta, Święta, Święta. Sprawcie, by nikt nie powiedział Wam "Smacznego", tylko "Zdrowych i pogodnych"...&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-282327995903665520?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/282327995903665520/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2010/12/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/282327995903665520'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/282327995903665520'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2010/12/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-912553117777454576</id><published>2010-11-03T00:53:00.000Z</published><updated>2010-11-03T01:11:27.325Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Za sekundy szczęścia płacimy latami samotności.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Olifia):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ja nie tylko je zadaję, ale sam również je odrabiam. To pozwala mi na wyciąganie wniosków z przeszłości. I choć nie zawsze są one trafne, to na pewno przybliżają mnie do prawdy bardziej niż mentalne wagary.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Łzy szczęścia lub łzy smutku… Czy lepiej wzbudzać w ludziach skrajne emocje, czy nie wzbudzać w nikim żadnych?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do TaMała:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Coś takiego. Przypominam sobie, lecz z fotografii zrezygnowałem już dawno temu. Nie sądziłem, że będziesz o mnie pamiętała. Tym bardziej jest mi miło, że tu zajrzałaś. Pozdrawiam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiem, że sporo wyjaśniliśmy sobie podczas mojego tegorocznego pobytu w Żaganiu, ale powiem to jeszcze raz – przy całym szacunku do Ciebie nigdy nie sądziłem, że w taki sposób wjedziesz mi na ambicję… zawsze byłaś raczej pozytywnie nastawiona do tego co robię lub piszę, a od tego komentarza wieje chłodem. Przyznam, że byłem zaskoczony bo o wylewność u Ciebie raczej trudno. Dobrze, że wyjaśniliśmy sobie to w sierpniu. Dziękuję, że poświęciłaś mi chwilę mimo, że "pizza była zimna..."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie ma co, tym razem zrobiłem sobie prawdziwe wakacje. Listy zaczęły powoli umierać śmiercią naturalną i tylko cichy odzew kilku osób sprawił, że na nowo zacząłem myśleć o tym skrawku swojej prywatności. Często jest tak, że choć chciałoby napisać się wiele, ciężko ubrać w słowa własne myśli. Im częściej próbujemy to zrobić, tym gorzej nam to wychodzi. W końcu irytuje nas to na tyle, że dajemy za wygraną i odchodzimy od pisania. Na taką właśnie niemoc cierpiałem ostatnimi czasy i mimo, że w moim życiu wydarzyło się dużo fantastycznych historii, nie miałem wystarczająco dużo siły aby przekazać je tak, jak chciałbym. Cóż więc się zmieniło, że chcę zrobić to teraz? Powiem szczerze, że niewiele. Czuję jednak, że im bardziej odkładam w czasie kolejne rozdziały Listów, tym mniej wiarygodne one będą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie ukrywam, że ten rozdział jest najdłużej powstającą częścią Listów. Zacząłem go pisać jeszcze w okresie wakacyjnym. Setki razy przerabiałem, kasowałem i dopisywałem kolejne akapity tylko po to, aby i tak nie być z niego zadowolonym. Tak jak zawsze. Jest on w dalszym ciągu nie ukończony i najpewniej już tak zostanie bo mimo wszystko czas i okoliczności w jakich się rodził były zgoła inne od tego, co jest teraz. Zdecydowałem się podzielić go jednak na kilka pomniejszych części i w ten sposób publikować – jeśli to co robię ma cokolwiek związanego z publikacją. Tak więc mimo, że część z Was już o wakacjach zapomniała, ja pokuszę się o notkę z cyklu "przeżyjmy to jeszcze raz" zacznijmy od początku:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjazd o miejsca które się kocha zawsze uskrzydla. Zawsze wywołuje sprzeczne mogłoby się wydawać emocje. Z jednej strony cieszymy się, chcemy jak najszybciej znaleźć się już swoim Raju, chłonąć go całym sobą, być w nim i zatopić się w każdej sekundzie którą w nim spędzamy. Z drugiej jednak strony dręczy nas myśl, że to wszystko to tylko ulotna chwila, moment który za jakiś czas zostanie nam odebrany. Czy tego chcemy czy nie, zostaniemy bezlitośnie wyrwani ze swojego snu na jawie i wsadzeni na powrót do zwyczajnej rzeczywistości, zwyczajnej pracy, zwyczajnych snów. Jestem przekonany, że taki prywatny Raj ma każdy z Was. Moim Rajem są dwa miasta które kształtowały moje życie mniej lub bardziej udane, ale dzięki którym zawdzięczam całą mnogość uczuć, przeżyć, historii, znajomości, wspomnień, i doświadczeń. Jednym z nich jest moje rodzinne miasto Żagań, drugim – nie mniej ważnym – Przemyśl. Od kiedy wyjechałem za granicę, usilnie pragnąłem odwiedzić te dwa miasta najprędzej, jak tylko będę mógł. Taka okazja nadarzyła mi się pod koniec sierpnia. Po 5 miesiącach nieobecności w Polsce niczego nie pragnąłem bardziej, jak tylko odwiedzić te miasta i spotkać się ze znajomymi. Po kilkunastogodzinnej podróży zawitałem do Żagania o 5 rano pierwsze kilka godzin spędziłem z rodziną. Kiedy zaś ranek stał się dniem, zniknąłem z domu. Milion spraw, które chciałem jak najszybciej załatwić, ludzie z którymi chciałem się jak najprędzej spotkać zupełnie wytrąciły mnie ze zmęczenia spowodowanego długą podróżą. Jeszcze w ten sam dzień zacząłem nagrywać podkłady o które byłem proszony zaledwie kilka dni wcześniej. Do tego próby, próby, próby, krótkie warsztaty wokalne, próby, próby, próby... krótki lecz fantastyczny czas spędzony w towarzystwie osób, które choć mają już tak jak ja swoje życie, problemy i przyjemności, to jakimś dziwnym trafem zjeżdżają do Żagania zawsze wtedy kiedy ja. To daje mi wielką nadzieję, że choć dzielą nas setki kilometrów to wciąż jesteśmy dla siebie kimś wyjątkowym. Wciąż szanujemy siebie nawzajem i naszą znajomość. A że muzycy z nas niewyżyci i każdą wolną chwilę najchętniej spędzalibyśmy przy pianie i mikrofonach, to nie dziwi fakt że zawsze przynajmniej raz musimy nawiedzić biedną panią Halinkę i pojęczeć na całe gardło. Czasami wystarczy tylko kilka słów w stylu: "Czy można prosić wokal w odsłuchy...?" i już wiadomo, o co chodzi. Na takich wspomnieniach w gronie najbliższych mi osób upłynęło dni kilka aczkolwiek wspomnieć wypada o bardzo ważnej przyczynie, dla której zdecydowałem się na wakacje właśnie w tym momencie – otóż jedna z moich najbliższych przyjaciółek i zaraz wokalistka z którą znam się już... (nie wypada nawet pisać) w końcu przybiła swojego wieloletniego faceta do krzyża – czyli wyszła za mąż. Powiem szczerze, że ta wiadomość w ogóle mnie nie zdziwiła, bo Aga z Maćkiem małżeństwem byli od kiedy się poznali. A może nawet wcześniej. Niestety nikt im o tym nie powiedział i dlatego tak się ze sobą męczyli biedactwa przez prawie 10 lat. Aż w końcu po licznych zdradach Maćka z panną Gitarą i równie licznych zdradach Agnieszki z panem Mikrofonem, zdecydowali się na "chwilowe" zawieszenie broni i na podpisanie cyrografu. Pamiętasz Aga mojego maila, którego wystosowałem Ci, kiedy traciłaś pewność co do Was? Przed przyjazdem na Wasze wesele przeczytałem go jeszcze raz i cieszę się, że tym razem miałem rację. Że nie myliłem się co do Was, choć obserwując Was przez tyle lat raczej trudno byłoby źle wyrokować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wraz  z Malwiną zostaliśmy poproszeni o przygotowanie pierwszego tańca Pary Młodej. Kim jest Malwina? Jest to nikt inny jak dziewczyna, która wraz z Agnieszką była muzą i natchnieniem dla mnie i Przemka podczas mojego pierwszego wyjazdu do Hrubieszowa. Chciałoby się zaśpiewać "Bądź moim natchnieniem" ale powstrzymam się z racji tego, że od śpiewania mam Was dziewczyny, a ja raczej wolę wciskać te bezbronne klawisze i pastwić się nad dźwiękami. Nigdy nie sądziłem, że ciągłe słuchanie "Angel Gabriel" i przesiadywanie 4 osób do 3 rano w pokoju o wymiarach domku dla lalek zamieni się w taką przyjaźń i przetrwa przez tyle lat. Jedno ze sławniejszych hasło Malvis: "Czy mogę prosić wokal w odsłuchy, ponieważ jest tylko na sali?" przeszło do historii podobnie jak całkowite zmiany repertuaru  lub układu głosów na 15 minut przed występem. I choć pani Halinka przybierała wtedy kolor blado-biały, to jakimś cudem nigdy jej nie zawiedliśmy. Tym razem jednak o występ zostaliśmy poproszeni przez "Jedną z nas" (aluzje same cisną się na usta...) więc po dziesiątkach propozycji piosenek wybraliśmy jedną która i nam i Parze Młodej wydała się najlepsza na tą okazję. I nie było ważne, że z kibordzika można wycisnąć tylko 5 dźwięków naraz (więc zagranie jakiegokolwiek ładniejszego akordu graniczyło z cudem), to nic że odsłuchów nie było chyba wcale (przynajmniej ja nie miałem, jak zwykle...), to nic że zrobiliśmy tylko jedną próbę ze sobą i z Parą Młodą. Ważne, że włożyliśmy w to serce, że byliśmy tam z Nimi, dla Nich, przy Nich. Ważne, że znów robiliśmy coś razem i sprawiało nam to szczególną frajdę. Chciałoby się rzec "poczułem się jak ktoś zupełnie wyjątkowy". I pewnie nie tylko ja. Miło patrzyć, jak osoby z którymi spędza się tyle lat dorastają, dorośleją, chwytają szczęście za rogi i nie pozwalają mu uciec. I choć wiem, że Malvis napracowała się dużo więcej przy organizacji tego wesela, to ja również jestem szczęśliwy i dumny że miałem zaszczyt uczestniczyć tak ważnym wydarzeniu. Mam cichą nadzieję, że skoro Aga ma już za sobą ten trudny krok, to teraz chyba czas na Malvisa... bo tak to się już przyjęło, że dziewczynom należy się pierwszeństwo... więc ja sobie jeszcze poczekam i liczę na to, że któregoś pięknego dnia dostanę telefon od Agi: "Musimy zagrać Malwinie na ślubie"... Liczę na Ciebie Malvis i życzę powodzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lubuski epizod wakacyjny zakończył się po zaledwie 4 dniach. Za cudownie spędzony wspólnie czas chciałbym podziękować Gutkowi, Mixerowi, Mateuszowi, Tomkowi, Łukaszowi, Robertowi i oczywiście Maćkowi. Poza tym Aurelce, Ani, Dominice, Izie, Gosi, Sandrze, Ani, Klaudi (Żabce – Gutek wiesz, Gutek wiesz...) no i oczywiście Malwince i Agnieszce – dziękuję za każdą wspólnie spędzoną chwilę dziewczyny i mam nadzieję, że szybko spotkamy się ponownie. Teraz czas spakować się i ruszyć na Podkarpacie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Jeśli sądzicie, że Kobiety to słaba płeć, to spróbujcie w nocy przeciągnąć kołdrę na swoją stronę łóżka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-912553117777454576?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/912553117777454576/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2010/11/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/912553117777454576'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/912553117777454576'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2010/11/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-2572818759579344783</id><published>2010-05-17T10:33:00.000+01:00</published><updated>2010-05-17T11:00:15.599+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Wasza ulubiona piosenka po rozstaniu będzie brzmieć zupełnie inaczej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Przed snem wypij miód z wódką, sokiem cytrynowym, piwem i pieprzem. Najlepszy na przeziębienie i pofazowane sny. Mi pomógł i w tym i w tym.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (P.):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Uwierz, że nic tak łatwo nie przechodzi mi przez usta jak CZEŚĆ. Zwłaszcza kierowane do Ciebie. Oczekuję jednak, że przynajmniej spojrzysz mi w oczy zamiast odwracać wzrok i celowo mnie unikać. Bo bywały takie sytuacje... a żeby Cię już do końca uspokoić... mieszkanie od dawna jest czyste i opłacone więc nie Twoją sprawą jest to, co się tam dzieje. Pozdrawiam&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Daruj sobie. Nie potrzebuje advocatus diaboli. W końcu to tylko moja Ex więc wiem jak w takich sytuacjach postępować. Jeśli chcesz się wypisać to proszę – tylko na temat postu albo jeśli chcesz sprowokować sensowną dyskusję. Nie oczerniaj natomiast innych, bo tego sobie tutaj nie życzę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Przemek:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Patrz wyżej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;To bez różnicy czy ktoś wie czy nie. Ale fakt – nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby się domyślić...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Krytyka bywa różna. Istnieje cieniutka linia pomiędzy pochlebianiem a ośmieszaniem. Wiem, że nieraz ją przekraczam tak samo jak autorzy komentrzy. Każdy wchodzi tu na własną odpowiedzialność. I nie odpisuję każdemu z tą myślą by dogryźć i zmieszać z błotem. Staram się raczej dostosować stylem wypowiedzi do kontekstu komentarza nawet, jeśli z pozoru błahe słowa nie okazują drugiego dna wypowiedzi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;No i tu mamy właśnie przykład drugiego dna wypowiedzi... dziękuję za fenomenalny przykład. Gdyby nie Wasze komentarze i moje odpowiedzi, byłoby po prostu nudno. Cóż... nie każdego muszą ciekawić losy Listonosza i każdy ma prawo wypowiedzieć się tak jak chce. Dziękuję za szczerą wypowiedź i pozdrawiam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Hm... czasem krótkie stwierdzenie jest treściwsze niż wykwinta wypowiedź z której mało wynika. Twój komentarz też się do takich zalicza.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Może przyjemnie się to czyta, ale niezbyt przyjemnie się pisze. Czyli sprawdza się tu zasada, że aby ktoś był szczęśliwy, ktoś inny musi cierpieć. Równowaga w przyrodzie zostaje zachowana.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Masz rację. Ale pomiędzy kimś dobrym pomagającym innym, a dupkiem dającym się wykorzystywać jest niewielka różnica. Mam wrażenie, że w pewnym momencie ją przekroczyłem, a pewna osoba otworzyła mi oczy na to, że daję sobą manipulować. Mogę każdemu pomóc i dać z siebie dużo, ale nie pozwolę sobą manipulować. Być może to jest przyczyną tego, że niektórzy tak zwani "przyjaciele" odwrócili się ode mnie. Nie dbam o to i chyba to jest właśnie różnica między starym a nowym Listonoszem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;No... właśnie... patrz wyżej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Żądają to mają. Przepraszam za opóźnienie, nie wiem jednak czy ten post spełni kogokolwiek oczekiwania co do formy i treści.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Olifia:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Listy chorują na samotność :-)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Malwi:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Pani tutaj? Jak super :-) Słyszałem to i owo o Pani serduszku i muszę powiedzieć, że niesamowicie mnie to cieszy. Rozdział przemyski już zamknięty, teraz otwieram rozdział angielski ale brakuje mi naszego śpiewania. Uwierz mi, że nie tylko Ty się wyrobiłaś Moja Droga, bo ja też nie próżnowałem. I myślę... nie... wiem, że to będzie dobry rok!!!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nice artcicle. I agree, but it’s depend on You only what You’re understanding by "EMO" description. It doesn’t matter what are You thinkin’ about their hairstyle, clothes, music or whatever the story is. I wrote what I’m thinkin’ about that subculture in EMO-post so I don’t want to recur once again... regards.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jest taka reklama... facet jedzie samochodem i zderza się z domem, demoluje ścianę i wjeżdża kobiecie do łazienki... a ona proponuje mu 25% zniżki za uszkodzenia. Skąd wiesz, na której krze znajdziesz życie, które stanie się kiedyś Twoim?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do TaMała:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jestem tam, gdzie sobie o mnie pomyślisz. Ale jakim cudem znalazłaś moje Listy?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może zbesztacie mnie za to, że ten post powstał za późno, że jest nieaktualny i nudny jak rozmoknięte mydło. Że nie ma w nim nic do pośmiania się, nie ma wulgaryzmów, nie ma piętnowania (pseudo)subkultur czy innych ostrych tekstów. Ale... czy każdy musi taki być?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzie jestem? Dobre pytanie. Wydaje mi się, że mimo swoich natrętnych 27 lat wciąż na początku. Niemożliwe? A jednak. Pod względem zawodowym nie posunąłem się ani kroku do przodu. Nie płaczę z tego powodu, bo po części sam jestem sobie winien. Są i dobre strony tej sytuacji – człowieka zawsze ogarnia przyjemne podniecenie i zdwojona wiara we własne siły, kiedy może zapomnieć o przeszłości i zacząć zapisywać swoją tabula rase od początku. Pod względem (jak by to tak rozkosznie nazwać...) intelektualno-eksperymentalnym jestem za to dalej, niż mógłbym się spodziewać. Prawie 3 lata spędzone w Przemyślu zrobiły swoje. Kiedy tam przyjeżdżałem, miałem tylko jedną znajomą osobę. Tylko jedną i nikogo więcej. Czas ciągnął mi się w nieskończoność kiedy chciałem wciąż poznawać nowych ludzi. Po dwóch tygodniach chciałem mieć już tuzin kolegów i koleżanek z którymi mógłbym wyjść gdzieś po pracy żeby choć jeden dzień się z Nią nie widzieć. Teraz wiem, że na wszystko potrzeba czasu a prędzej czy później ludzie sami zaczną Cię odnajdywać. Kiedy pod koniec lutego wyprowadzałem się z Przemyśla, po Patrycji nie było już śladu. Prawdę mówiąc cieszyłem się trochę na myśl, że zostawiam tamten wyimaginowany "wspólny i idealny" świat. I na tym koniec. To jedyny (zdaje się) pozytyw. I poczucie spełnienia kolejnego danego Jej słowa (kiedyś obiecałem Jej, że kiedy skończy szkołę, wyjedziemy razem za granicę). Nie to jest jednak najważniejsze. Nie sądziłem, że dla tak wielu osób stałem się osobą tak bliską, że nie będą chciały przez długi czas pogodzić się z moją decyzją o wyjeździe. Przyznam, nie było to proste i nawet będąc już w samochodzie zastanawiałem się, czy dobrze robię. Ostatnie dwa tygodnie to praca od 8 do 16, a później jedno spotkanie do 18, drugie do 20 i trzecie do 22. Nie chciałem o nikim zapomnieć, chciałem każdemu poświęcić jak najwięcej swojego czasu i sprawić, by te ostatnie chwile utkwiły głęboko w naszej pamięci. Na dwa dni przed swoim wyjazdem zagrałem po raz ostatni na wernisażu w Centrum. Zagrałem swoje kompozycje, do których słowa napisała przecudowna dziewczyna. Graliśmy to dziesiątki razy na próbach, ale tym razem grając to na żywo przed publicznością i dedykując wszystkim te utwory, chciałem w ten sposób pożegnać się i podziękować z głębi serca wszystkim, którzy mi pomogli, zawsze pocieszyli dobrym słowem i wiarą w moje siły. Jak nigdy wcześniej na wernisażu pojawiły się prawie wszystkie osoby, z którymi pracowałem a także te, z którymi już wcześniej połączyła mnie muzyka. To było dla mnie podwójnie ważne. Wokalistka z którą współpracowałem przez ostatni rok – również fantastyczna dziewczyna – udowodniła mi, że czasem wcale nie potrzeba wiele, by czerpać radość z życia i zostać trwale zapamiętanym na długie lata. Nigdy nie zapomnę Twojego głosu Karolka, dziękuję za Twój optymizm na próbach, poświęcenie, zaangażowanie zarówno przy pracy w zespole, jak i później – przy naszych nowych projektach. Dziękuję za cierpliwość, kiedy nieraz musiałaś czekać aż znajdę chwilę na próbę z Tobą, za nieprzespane noce w studiu i za sałatkę. Wiesz, że zawsze na próbach piłaś colę? Wokalistka i napoje gazowane... cudownie... że już nie wspomnę o wspólnym piwie... a teraz jak piję colę to przypomina mi się, jak Cię za to opieprzałem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ewa. Przez ostatnie kilka miesięcy zbyt ważna dla mnie osoba, aby pominąć Ją w rachunku sumienia. Od samego początku dobrze wiedziała, że nasza znajomość nie rokuje na lata ale nie dawała tego po sobie tego poznać. Dzielna dziewczyna. Może tak jak ja ślepo wierzyła, że jednak mój dyrektor miło mnie zaskoczy i zagłuszała tą myślą swój zdrowy rozsądek. Też starałem się w to wierzyć, ale wiecie jak to jest. Kiedy za każdym razem kupujecie mleko w kartonie nie ma co się łudzić, że pewnego dnia znajdziecie tam piwo. Zbyt dobrze wiedziałem, czym śmierdzi każda nowa umowa więc moje rozmowy z dyrektorem były raczej formalnością. Dwa razy odkładałem swoją decyzję o wyjeździe tkwiąc dalej w tym samym niepewnym punkcie. Moi znajomi kończyli szkołę, inni kończyli studia, jeszcze inni zakładali rodziny a ja wciąż ślepo wierzyłem w dobroć swojego przełożonego. Przez ostanie kilka miesięcy starałem się przekonać Ewę, że następna umowa będzie decydująca również dla nas. Że w życiu też czasem rządzi zasada "do trzech razy sztuka" i tym razem chyba moja cierpliwość się skończyła. Sentymentem, miłością i szczęściem lodówki nie napełnię. Niestety. Nie mówiłem Jej o tym, że z miesiąca na miesiąc jest u mnie coraz gorzej finansowo. Zamiast tego spędzałem w pracy po 14 godzin łudząc się, że dyrektor jednak zauważy moje poświęcenie i modląc się, żeby Ona to wytrzymała. No ale cóż... "widocznie tak miało być"... wiedziałem, że na pewno będę wyjeżdżał więc aby być przynajmniej do końca w porządku wobec Niej, powiedziałem Jej o tym i musieliśmy się rozstać. Zacząłem pakować swoje myśli i rzeczy. Zrobiłem listę czynności, które chcę jeszcze zrobić i osób, które chcę odwiedzić. Nie chciałem Jej oszukiwać i umawiać się z innymi więc to chyba było najbardziej rozsądne wyjście. Sanok, Krosno, Jarosław, Rzeszów, Kraków... wszędzie miałem kogoś bliskiego, kogo znałem jeszcze zanim pojawiłem się na Podkarpaciu. Z każdym chciałem spędzić jak najwięcej czasu jednocześnie myśląc już i goniąc na następne spotkanie. Zabrakło mi tylko jednej bardzo ważnej dla mnie osoby... Ustrzyki niestety pominąłem i bardzo tego żałuję ale mam nadzieję, że kiedyś to nadrobimy prawda Aguś?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W przeddzień wyjazdu rano jeszcze pobiegłem do pracy pożegnać się ze swoim działem i zrobić ostatnie porządki na swoim biurku. A tam niespodzianka... każdy kupił mi mały upominek i nie szczędził miłych słów. Były żarty, wspomnienia i łzy, ale cóż poradzić? Nigdy nie sądziłem, że w ciągu 3 lat można tak zżyć się z obcymi przecież ludźmi. Ostatnie spotkania – z Ewą, bo za nic nie wyjechałbym z miasta nie pożegnawszy się z Nią... z "Kasią", gdzie akurat każde nasze spotkanie było tym ostatnim... zwłaszcza wtedy, kiedy wyrwałem Ją z próby... i oczywiście jak na rasowego pracoholika przystało wieczorem pobiegłem do Centrum. Pożegnania z Kobietami to jedno, ale raz na jakiś czas wypada pożegnać się z facetami "po męsku". I wcale nie chodziło o to żeby obalić jak najwięcej alkoholu, bo takowego wcale dużo nie było. Ważniejsze było to, aby ostatni raz posiedzieć z kolegami z pracy, pośmiać się i życzyć sobie nawzajem powodzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień wyjazdu. Samochód wypakowany po brzegi, jeszcze krótka wizyta w Centrum i pożegnanie z Panią Basią – bardzo ekscentryczną Panią Teatrolog, która mimo swojego wieku i dziwnego podejścia do świata, jest jednym z najlepszych specjalistów, jakich poznałem w życiu. Mały upominek i liścik "Panie Tomku, niech Pan do nas wróci". Wiecie sami, że niełatwo jest zdobyć zaufanie, przyjaźń i poważanie u starszych osób... w dodatku samotnych... a ja na pożegnanie dostaję kilka słów tak ciepłych, że do teraz znam je na pamięć. Ostatni rzut oka na firmę i miasto w którym spędziłem ostatnie 3 lata, przez które narodziły się Listy, które dało mi więcej doświadczenia, bólu, radości i wiary w ludzi, niż cokolwiek innego. Szybka i niezapowiedziana wizyta w domu Patrycji. "Cześć, chciałem się pożegnać, wyjeżdżam z Przemyśla". I tyle. Szczerze mówiąc miałem już tego wszystkiego powoli dość, bo ostatnie dni bardzo mnie wymęczyły. Jakiekolwiek przeciąganie dyskusji nie miało sensu. Nienawidzę się żegnać a nagle trzeba było zostawić wszystko, co budowałem z takim trudem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz? Całkiem nowe życie. O wiele bezpieczniejsze, lepsze, stabilniejsze finansowo. Ale za to samotne, niepewne i chłodne uczuciowo. Zupełne przeciwieństwo Przemyśla. Wcale się z tego nie cieszę. W sumie jest prawie tak samo jak w Przemyślu na początku mojej przygody. Tym razem jednak wiem, że na wszystko jest czas i prędzej czy później tu też znajdę ludzi wśród których poczuję się lepiej. Żałuję, że wyjechałem z Przemyśla ale wiem, że to było konieczne. Czasem trzeba wybrać mniejsze zło i wiem, że to była właśnie taka sytuacja. Wiem również, że kiedyś do Przemyśla wrócę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz... witamy w Londynie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Historią jest każdy z nas... żyjcie tak, aby po Waszym odejściu ktoś uronił łzę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-2572818759579344783?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/2572818759579344783/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2010/05/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/2572818759579344783'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/2572818759579344783'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2010/05/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-3216667218880006091</id><published>2009-10-25T23:16:00.000Z</published><updated>2009-10-25T23:32:56.264Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Jeśli zbyt długo patrzysz w ciemność, ciemność zaczyna patrzyć na Ciebie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Polacy uwielbiają wieprzowinę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Brak mi słów. Szkoda, że Ty też nie dorzuciłeś jakiegoś cytatu. Zrobiłoby się jeszcze smutniej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;I to nas właśnie różni. Ty boisz się pisać o tym co widzisz, ja boję się tego nie robić. A masz przecież dobry styl.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Pudels:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jak ja lubię takie wysmakowane komentarze...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Idąc tym tropem, to EMO-watych zespołów nie ma wcale, EMO-watych ludzi również. Nie ma także EMO-kultury, EMO-ubrań i EMO-dotkryny nakazującej robić te wszystkie chore rzeczy. Pomyśl choć przez chwilę: gdyby nie było EMO, byłoby smutno... prawda?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Kasiula:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Skoro ludzie umieją wejść na moją stronę, to zapewne umieją też wklepać w Google hasło HAPPYSAD i poczytać. Daruj sobie więc takie komentarze i napisz coś od siebie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A wiesz czym się różno wiadro gówna od EMO?&lt;br /&gt;Wiadrem...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Domyślam się, że ta dyskusja nieprędko się zakończy więc nieznanym wszystkim EMO gestem skwituję tą wypowiedź: HA... HA... HA... to nie jest tak, że jakiś zespół jest lub nie jest EMO. Różnice mogą być tak nieznaczne, że każdy z nas subiektywnie może ocenić, czy w jego mniemaniu coś należy do tej kategorii, czy też nie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nieźle... Tokio Hotel gra rocka. Rammstein gra rocka. Messuggah gra rocka. Hendrix grał rocka. Dlaczego? Bo są gitary, a to jak powszechnie wiadomo jest nieodłącznym atrybutem rocka. A więc... Maryla Rodowicz też gra rocka. Przecież to takie logiczne. Masz trochę racji – każdy woli uchodzić za muzycznego zwierzaka i hardcorowa, ale nie każdemu się to udaje. Szczególnie komicznie wygląda to, gdy ma się kilkanaście lat, wygląda się jak kiepska podróba straszydła na Haloween, a doświadczenie muzyczne na poziomie "pana uprzejmego spod monopolowego".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie bądź neutralna. Tacy ludzie się nie liczą. Nie istnieją. Wiesz... ta dzisiejsza młodzież...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;No tak... spodziewacie się pewnie, że zrównam teraz z ziemią EMO-autora tego komentarza. I powiem Wam – mam na to wielką ochotę, ale nie zrobię tego, bo zdaję sobie sprawę, że to nic nie zmieni. Moje zdanie każdy zna więc co da mi powtarzanie się? Nie jestem idealny. Mam prawdopodobnie więcej wad niż wszyscy Ci, którzy odwiedzają moją stronę, a mimo to żyję i nie użalam się nad sobą. A co do emocji... polecam muzykę Mozarta, Beethovena i Chopina.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jakiś pojazd to chyba temu komuś ukradli, bo musiał zapewne odreagować pisząc tak wylewny komentarz...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ktoś tu czyta moje posty z większą uwagą, niż mógłbym przypuszczać.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Niedawno kolejna osoba powiedziała mi, że czeka na Nowy Testament. Bądź więc tu mądry, słuchaj ludzi i buduj domki. Jeśli denerwuje Cię mój styl pisania, to mam dla Ciebie 2 rady: 1 – zamknij tą stronę i nigdy więcej tu nie zaglądaj; 2 – czytaj kolejne rozdziały, bierz Sulpiryd i popijaj herbatką z melisy. To powinno przynieść ukojenie. Z pozdrowieniami...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę nikogo urzekać. Za to chcę się dowiedzieć, kto bardziej się "wkręcił" – ja (bo ciągle piszę), czy Ty (bo wciąż tu zaglądasz)? Czerpię z pisania jakiś dziwny rodzaj przyjemności, a tematyka jest tak różnorodna jak życie. Nie chcę być monotematyczny, ale niedługo napiszę coś "od serca i o sercu" bo mam wrażenie, że w tej kwestii zajdą duże zmiany. Nie chcę być również Palikotem słowa, który przebija się do przodu tylko tym, że wzbudza kontrowersje, a od wszelkich rankingów i czołówek "blogopisastwa" staram się trzymać się jak najdalej. Życzę zdrowia...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Czy szef może strajkować? Przecież już jest szefem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziękuję. Wiecie... nie spodziewałem się tylu różnych komentarzy. Prawdę mówiąc sądziłem, że temat EMO jest już wypalony na tyle, iż jakakolwiek wzmianka będzie potraktowana bardzo powierzchownie. Celowo milczałem przez dłuższy czas. Chciałem przeczytać jak najwięcej różnorodnych opinii na temat, który wciąż okazuje się być punktem spornym u ludzi w każdym wieku. Na pewien czas dość "kontrowersji". Ten rozdział powinien nosić tytuł "Opowieści dziwnej treści". Od kilku dni zastanawiam się, czy zamieścić go na stronie. Może nie jest on tak zabawny i "urzekający" jak EMO, ale ciekawi mnie Wasz sposób interpretacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Latam. Niestety. Przez tą kurewską umiejętność nawet nie potrafię zabić się jak człowiek. Umiem tylko odbijać się od wszystkiego, jak w jakimś pieprzonym fliperze. Skaczę z coraz większej wysokości i co? Zatrzymuję się kilka metrów nad ziemią unosząc się w powietrzu i szlag mnie trafia. Krępuję sobie ręce, nogi, zasłaniam oczy. Oszukując zmysły jesteśmy bardziej bezbronni niż ślimak na autostradzie. Próbuję ponownie. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Szlag by to trafił. Proszę kogoś, aby mi pomógł. Drażnię się z grupą podpitych kozaczków, którzy nie wiem dlaczego, nie mają ochoty nikogo bić. Nie szukają zaczepki. Głupi czy normalni? Każdy z nich ma w ręce plastikowy widelec, jakby dopiero co wyszli z plastikowej imprezy, z plastikowym żarciem i plastikowymi panienkami. Hasło imprezy: "Podobają Ci się moje piersi?" I teraz każda głupia cipa chodzi w bluzce wydekoltowanej po samą cipę, jakby to miało zrekompensować jej żałośnie mały iloraz inteligencji. Goście ze starannie wydepilowanymi klatami i makijażem sutków chcą zapewnić sobie lepszy start niż ten, na jaki stać było ich rodziców. Szukają sponsora. Żałośnie szukają sponsora podchodząc do każdego i proponując rzeczy, o spełnienie których nie pokusiłby się nawet skazaniec siedzący na krześle elektrycznym w zamian za darowanie mu życia. Ich iloraz inteligencji... nie... tym razem pomówmy o iloczynach. Ich iloczyn inteligencji jest tak mały, że nie sposób go zapisać za pomocą liczb całkowitych. Alkoholowa biba, alkoholowe jedzenie, alkoholowy alkohol. Ktoś kogoś rżnie, ktoś wpieprza niezdrową kiełbasę. Kropka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeka. Jej brzegiem wraca kilka par, gryząc zaciekle plastikowe sztućce i gmerając w pustych puszkach, jakby mieli nadzieję, że zaraz dokonają jakiegoś cudu i napełnią je na powrót alkoholem. Ktoś podchodzi do mnie. Jakaś dziewczyna. Znam ją doskonale, ale nie patrzę jej w oczy. Nie muszę. Zapach jej perfum mówi o wiele więcej niż jakiekolwiek mętne spojrzenie. "Podobają Ci się moje piersi?" – próbuje zapytać, próbuje być śmieszna, próbuje zacząć rozmowę, jak gdyby bała się, że cisza zaraz ją pożre. Co ją obchodzi moje zdanie? Jeśli powiem "tak", utwierdzi się w przekonaniu swojej chorej atrakcyjności i dostanie jeszcze jeden mizerny dowód na to, że kolejny facet patrzy na nią jak na obiekt seksualny, że każdy widzi tylko jej wielki dekolt i całą resztę przyklejoną do niego mniej lub bardziej udanie. Jeśli powiem "nie", to obrazi się i oddali, a rozmowa zakończy się jeszcze przed swoim początkiem. To dość ciekawe rozwiązanie, bo w tym momencie jakakolwiek rozmowa ze mną na temat czyjegoś ciała jest tak jałowa, jak lód na biegunie – wszędzie go pełno i nikt nie wie, co z nim zrobić. Zastanawiam się chwilę. Chwilę się zastanawiam... przed oczami przelatuje mi cały świat, jak ślimakowi w jego ślimaczym świecie. W końcu decyduję się na odpowiedź. Myślę nad odpowiednim doborem słów i mówię: "Kaczka ma lepsze", po czym wyjmuję z kieszeni mój plastikowy widelec, wchodzę po kolana do rzeki i jednym celnym ruchem nabijam na niego pierwszą lepszą kaczkę. "Widzisz?" Odwracam się z dumą i uśmiechniętą mordą trzymając pierdoloną kaczkę, która z całych sił próbuje się oswobodzić. Na twarzy dziewczyny tylko wątły uśmiech. Kto wymyśla takie pojebane imprezy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Zgubiłeś się? Czego tu szukasz?" Patrzę tak, aby nie spojrzeć i nie zobaczyć zbyt wiele bo wcale nie mam ochoty patrzyć. Robię to z przyzwyczajenia. Przypominam sobie nagle o grzeczności więc z resztek szacunku dla grzeczności odpowiadam: "Nie. Jestem niewidomy i chyba pomyliłem pomieszczenia. Proszę mnie nie wyprowadzać z równowagi, bo odzyskam wzrok i wtedy komuś wpierdolę". W odpowiedzi słyszę przyjemny śmiech. Wymuszony. Z kieszeni wyjmuję plastikowy widelec i zaczynam torować sobie drogę jak białą laską używaną przez niewidomych. Mam cały czas otwarte oczy, ale dziwnym trafem każdy wierzy, że mrugający oczami gość z brudnym grillowym widelcem przed sobą, jest nagle pełnoprawnym obywatelem świata ciemności. Nagle każdy staje  się miły. Każdy chce pomóc. Każdy ustępuje miejsca w autobusie. "Ludzie! Na Boga! Ja mam nogi. Ja mogę stać. Ja nie mam tylko oczu. Po cholerę mi oczy do siedzenia albo do stania? Siedź sobie i wypchaj się swoją KULTURĄ, bo to żałosne. Panie kierowco! Proszę zawrócić autobus, z tymi małpami jedziemy do ZOO!" Być kulturalnym, a być litościwym to dwie zupełnie różne postawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A więc jestem. Ślepy. Zagubiony. Za cały mój świat służy mały plastikowy widelec którym ubiłem kiedyś kaczkę, a który dziwnym trafem może zmieniać się w to, czego akurat potrzebuję. Nie potrzebuję wiele więc mój widelec nie ma ze mną źle. Jestem napalony na życie. Dni w kalendarzu zaznaczam w przyspieszonym tempie. Śpię szybko, bo po co spać wolno? Zanim zbyłem Ewelinę tekstem o kaczce powiedziała mi, że jestem sprinterem. I że to niezdrowe. Skąd ta głupia cipa wie, co jest zdrowe? Chodzenie na imprezy, picie, palenie, pierdolenie się, nie przesypianie nocy... to ma być zdrowe? Pełnoziarnisty chlebek pieczony z dodatkiem glutaminianu sodu? 100% sok z pomarańczy zawartością soku max 30%? Lekcje aerobiku w zapoconej sali bez klimatyzacji? To jest zdrowe? Życie to bieg na 100 metrów. Są tacy, co chcieliby być na mecie szybciej niż inni, wiec dajmy im biec i nie wchodźmy na bieżnię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Epizod z kaczką nie odstraszył jej. Niestety. Nie pozbyłem się jej a mam ochotę pozbyć się nawet ciszy. Wciąż idzie obok. Mówi mi: "Nie jesteś sprinterem. Sprinter nie mieszkałby na biegunie". Patrzę na nią niechętnie i zapisuję jakąś datę w kalendarzu. Ktoś powiedział coś mądrego i warto to uwiecznić. Rzadko można to dziś usłyszeć. Dużo się o tym mówi, ale nikt nie wie, co to właściwie jest. Lubię rozmawiać z kimś, kto swoimi argumentami potrafi sprawić, że zawaham się z kolejnym atakiem. Ciągle łudzę się, że odczepi się ode mnie po tym porównaniu do kaczki, ale nie. Najwidoczniej woli umierać długo i boleśnie w moim towarzystwie, niż szybko i przyjemnie w towarzystwie zaklinaczy puszek. Idziemy w ciszy. "To nie jest miejsce dla Ciebie" – powiedziała. Idziemy w ciszy. "Jadłam wczoraj fioletowy makaron". Idziemy w ciszy. Odpowiedzieć czy nie odpowiedzieć? Co odpowiedzieć? Znów przypominam sobie o grzeczności i o tym, że jeśli ktoś mówi to należy odpowiedzieć. Jakkolwiek. Cokolwiek. Więc odpowiadam: "Trzeba być ignorantem żeby twierdzić, że jakieś miejsce należy do kogoś. To tak samo absurdalne, jak jedzenie fioletowego makaronu. W czym on różni się od zwykłego? To się kurwa je, a nie ogląda. Obraz się ogląda. Makaron się je. Wszystko ma jakiś cel. Celem makaronu jest być zjedzonym, celem obrazu jest być oglądanym, a celem miejsca jest być odwiedzanym. Jeśli zaczniesz mieszać pojęcia, wyprowadzisz się z tego świata szybciej niż ja". Patrzy na mnie swoimi wielkimi brązowymi oczami, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi, a jednocześnie nie kryjąc zaskoczenia i pierwszych łez pyta: "A Ty się wyprowadzasz?" Idziemy w ciszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oglądamy kaczki spacerując wzdłuż brzegu. "Niedługo" – mówię, ciskając z całej siły kawałkiem chleba do wody i znajdując masochistyczną przyjemność w obserwowaniu, jak głodne ptaki rzucają się na jedzenie. "Za kilka godzin już mnie tu nie będzie. Przecież to nie miejsce dla mnie. Tu wszystko jest inne. Nie potrafię się dopasować. Nie umiem wejść w tempo życia, nie dostrzegam tego, co warte dostrzeżenia. Skupiam się na tym, co według mnie jest ważne, a okazuje się, że bez tego można całkiem normalnie żyć. Natomiast to co pomijam, okazuje się tak ważne, że nie można bez tego przetrwać. Kim więc jestem, skoro nie potrafię podjąć tak fundamentalnych decyzji? Męczy mnie przebywanie z ludźmi, przerabianie na nowo wszystkich punktów dobrej lub gorszej znajomości. To takie aroganckie. Wiedzieć, do czego się zmierza wypowiadając każde kolejne słowo i widząc, jaką wywołuje ono reakcję. To takie aroganckie manipulować ludźmi". Ona tylko patrzy i usilnie stara się mnie zrozumieć. Próbuje grać osobę, do której trafia mój bełkot i która widzi to wszystko podobnie. W rzece zamiast wody płynie litość. Jest spalona na samym starcie, ale nie robi to na mnie wrażenia. Przywykłem do tego. Mówię dalej: "Widzę to, czego większość ludzi nie chce widzieć, bo nie jest im to potrzebne. A ja bez tego nie mogę żyć. Brakuje mi czystych, nieskrępowanych uczuć. Tęsknię za powietrzem. Nudzi mnie za to rozmowa o pierdołach i o wzniosłych czynach ludzi wielkich, nudzi mnie mówienie dzień dobry, robienie jedzenia, spotykanie się z kobietami. Rzygać mi się chce na myśl o tym, że muszę uprawiać sex, żeby nie wyszło na to, że jestem jakiś pojebany. Robię więc wszystkie te czynności machinalnie aby tylko nie wzbudzić podejrzeń tych, z którymi obcuję codziennie, ale męczy mnie to. Sprawiam przyjemność wszystkim okazując swoją KULTURĘ, swoje zainteresowanie, swoje podniecenie. Nie mam na to najmniejszej ochoty. Rozumiesz?" – głupio zadaję pytanie łudząc się, że może nagle kogoś kurwa olśni i albo ja stanę się tak normalny jak ona, albo ona tak popieprzona jak ja. Patrzę na jej piersi. Są ładniejsze niż kaczka nabita na widelec. Aha! Jestem przekorny. Znalazłem jakąś zaletę, jeśli można to tak nazwać. Podnoszę głowę i patrzę jej w oczy. Nie wytrzymuje długo mojego spojrzenia i zmieszana odwraca wzrok. Zdążyłem jednak wyczytać ból, jaki jej zadaję. Idzie w ciszy. Sama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O czym ja do cholery rozmawiam z dziewczyną, którą widziałem ostatni raz 2 lata temu? Skąd nagle stała mi się tak bliska, jak konfesjonał grzesznikowi? Dlaczego czytam jej swój testament? Znajomość, znajomość, znajomość... kolejna i kolejna. Bez względu na to, jak wiele ich zawrzemy, o ile więcej jeszcze zostanie do zawarcia. Co to wnosi do naszego życia? Jesteśmy jak te pieprzone numerki na naszej-klasie. Jesteśmy jakimś głupim symbolem nie wiadomo czego. A ja marzę tylko o tym, żeby spojrzeć życiu w twarz... żeby móc zawsze bez obaw patrzyć życiu w twarz. Dopóki się nie przekonam jakie ono jest i do czego ono jest. Do samego końca, aż wyda mi się, że je poznałem i zrozumiałem. Wtedy zacznę korzystać z niego i pokocham je takie, jakim jest tylko po to, by później... odłożyć je i zamknąć szufladę. Czy to tak wiele?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odchodzę. Budzę się. Zaspane oczy bezowocnie szukają pierwszych promieni życiodajnego słońca. Za kilka milionów lat za jego sprawą będziemy spieprzać z tej planety jak poparzeni (dosłownie), ale teraz cieszymy się jego pozornym bezpieczeństwem i stabilnością. Budzę się i marzę o powrocie tam, skąd uciekłem. Może jeszcze załapię się na ostatni pociąg na biegun. Zamykam oczy. Idę w ciszy. Sam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odchodzę. Budzę się. Słońca nie ma. Tylko ciemne chmury i bębniący o parapet deszcz. Śnieg. Lub cokolwiek innego, co umie wydawać odgłos bębnienia o parapet i zaprząta moją uwagę. Wstaję, biorę prysznic, robię śniadanie, patrzę za okno... nie ma jak w domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nie odwracajcie się do ludzi plecami. Plecy po których nas klepią kończą się tyłkiem, w który możemy dostać kopa.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-3216667218880006091?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/3216667218880006091/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/10/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (17)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3216667218880006091'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3216667218880006091'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/10/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>17</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-6128982953007370834</id><published>2009-09-17T15:49:00.000+01:00</published><updated>2009-09-18T07:54:11.117+01:00</updated><title type='text'>Chapter 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 2... Rozmiary skaleczenia żyletką podczas golenia, są wprost proporcjonalne do doniosłości wydarzenia, które jest powodem tego golenia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem czy będzie to dobre, ale na pewno wywoła kolejne dyskusje i spory. Obserwuj...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Fanka:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Podaj maila.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Właśnie to robię. Coś poważniejszego? Jeśli cokolwiek wokół mnie będzie poważne, to i ja zacznę poważniej pisać. Póki co moje życie przypomina cyrk. A ja jestem w nim głównym clownem. Sama rozumiesz, że ciężko w takich okolicznościach napisać coś od serca.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Mało kto czytał Torę czy Koran. Za to prawie każdy zna Biblię lub przynajmniej niektóre fragmenty. Ciężko byłoby pisać o czymś, o czym większość ludzi nie ma pojęcia. Najpierw trzeba zaznajomić się z oryginałem, a później można pokusić się o próbę własnej interpretacji.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;To pytanie, czy stwierdzenie? Sądzę, że jesteś jedną z nielicznych osób, która nie powinna zadawać mi takich pytań, bo sama doskonale wiesz. Niezależnie od odpowiedzi,nauczysz mnie tej drugiej opcji?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Brak zaufania to również samobójstwo. Które bardziej boli?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Bardzo się cieszę, za moja twórczość tak bardzo Cię uwrażliwia. Pamiętaj, że nie piszę tego dla Ciebie a moim celem nie jest Twoje zaufanie do mnie. Dobrze jednak, że w jakiś sposób uodparnia Cię to na życie i uczy odróżniać fikcję od rzeczywistości. Tylko skąd w tak młodym wieku masz pewność, że fikcja naprawdę jest fikcją?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ty zawsze umiesz podnieść poziom adrenaliny. Robisz się nerwowa... czyżby jesienna depresja działała na Ciebie pobudzająco? Trochę dystansu. Dlaczego niektóre komentarze tak Cię rażą podczas gdy mnie jedynie rozśmieszają?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dajmy spokój biednej religii. Skupmy się na czymś bardziej przyziemnym. Skupmy się na tym co widać każdego dnia, każdej godziny, na każdej ulicy w każdym mieście. Skupmy się na tym, co robią z siebie osoby zapatrzone ślepo i głupio w subkultury z których tak naprawdę nic nie rozumieją. Skupmy się na przekleństwie dzisiejszych czasów – EMO. Nie powiem że to muzyka, bo z oryginalnym EMO nie ma to już nic wspólnego. Zważywszy jednak na to, że codziennie mijam co najmniej kilkanaście młodych osób wystrojonych i wypacynkowanych jak Maryna na wykopki, to nie mogę odmówić sobie przyjemności zabrania głosu w dyskusji na ten temat. Zwłaszcza, że coraz bardziej przybiera on na sile. Wiem, że ostro oberwie mi się za ten rozdział, ale nie jest to Gazeta Wyborcza z ogólnopolskim nakładem więc cenzury przeddrukarskiej przechodzić nie musi. Dlatego jeśli cokolwiek komuś się tu nie spodoba, może śmiało obsmarować mnie i mój "idealny" (lub "fikcyjny") świat w komentarzu. Na pewno z nieukrywaną przyjemnością dostosuję się stylem odpowiedzi do tychże komentarzy. Pomyślałem, poszukałem, podumałem i... przedstawiam 10 najbardziej irytujących mnie rzeczy we współczesnej kulturze tak zwanych EMO. Tylko się nie popłaczmy, bo i tak nikt nas nie zrozumie... zaczynamy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;10. Dziewczęce spodnie&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Panienki niech sobie noszą – to ich tyłki poza tym w większości całkiem nieźle wyglądają. Ale kolesie? Musieli pewnie myśleć tak: "Co zrobić, żeby uchodzić za geja, a nie obciągać innym fiutów? Wiem! Nałożę na dupsko spodnie mojej młodszej siostry!" Dlatego chodzi to coś w spodniach o typowo damskim kroju, płacąc za nie ponad 200 PeElEn i jeszcze wkręcają wszystkim, że to najbardziej zajebiste jajkościski pod chmurą burzową, chociaż i tak mogłyby być fajniejsze. Weźcie dwa kawałki rynny i wsadźcie w nie nogi, albo owińcie się taśmą izolacyjną – to podobno najmodniejsze EMO-rurki w tym sezonie i dzięki nim będziecie oryginalni, niezależni i niezrozumiali w końcu przecież ten świat jest taki do dupyyyyyy... i nikt mnie nie rozumieeeee... buuuuu...!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;9. Okulary&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nawet jeśli masz sokoli wzrok, MUSISZ mieć pikle z zajebiście grubą, najlepiej czarną oprawką. Inaczej nawet najgłupszego EMO nie nabierzesz na to, że jesteś intelektualnie rozdarty. Masz być kurwa poetą tak? A poeta nosi okulary tak? No to nakładaj na gały bryle kaliber 44.5 dioptrii i zamknij piździaw, bo inaczej... zrobi mi się tak przykro... no weeeeeeeeeź... buuuuuu...!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;8. Wytrzeszcz oczu srającego kota&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Na każdym teledysku współczesnego EMO wokalista ma obowiązek co najmniej 3 razy na kawałek pierdolnąć okiem w stronę widza tak, że o siatkówce w sekundę wiemy więcej niż cała nasza reprezentacja. Do tego dodajmy rozdziawioną japę i "szaloną" minę pod tytułem "jestem hardcorem". Ma być totalny odjazd ale my wiemy, że tak naprawdę koleś ma marchewkę w dupie. Niekoniecznie szatkowaną. Niekoniecznie z groszkiem. A taka marchewka boooooli... jak życieeeee... buuuuuuu...!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;7. Grzywka na jedno oko&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Za to będą się te pomyleńce w piekle smażyć. Czy tylko ja jestem jakiś dziwny, że absolutnie nie podoba mi się moda na robienie z siebie transseksualnych osobników, którzy wyglądają jak punk z oklapniętym podczas ulewy irokezem? Ludzie – ja z taką fryzurą nie trafiłbym sikiem do klopa – jak wam się udaje? Dobra rada dla normalnych: pamiętajcie – jak chcecie bić się z EMO, uderzajcie go z tej strony, gdzie ma grzywkę – nie zauważy. W ekstremalnych wypadkach walcie nogą albo płytką chodnikową – ręka może nie przebić się przez warstwę farby i lakieru. A taki lakier kosztujeeeeeee... wszystko w życiu kosztujeeeeee... i nigdy nie będę miał tego, co inniiiiiii... buuuuuuu...!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;6. Muzycy pod prądem&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Fryzurki jak na gey-parade, ubranka rodem z podrabianego francuskiego boutique dla snobów, a udają, że są z nich sceniczne rock-zwierzęta. Nieważne, że muza jest lekka jak piórko i klejąca niczym zużyta wazelina – zespół musi skakać tak, jakby do dupy ktoś im podpiął 220 V stałej fazy. Skaczą, miotają się po scenie, normalnie krezole do potęgi. I tylko głupawe wrzaski w stylu: "Boże, BRAWO MAJKEL! Jak Ty szalejesz! Buźka! Zagraj to jeszcze raz, mój ty zwierzaczku". Oczywiście nie ma prawa brzmieć to wszystko za mocno, bo nikt nie puści tego w radio, ale nadrobimy to inaczej – skaczmy, skaczemy! Zespół skacze, to i my będziemy skakać, tak? Małpiątka. Nawet pomimo tego, że nogiiii boląąąąąą... i sznurówka mi się rozwiązałaaaaa... dlaczegooo właśnie miiiiii... buuuuu...!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;5. Paski (najczęściej fioletopodobne) na ciuchach&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wybaczcie, nie znam się na modzie i sam nie ubieram się jak faceci z pierwszych stron magazynów o modzie, ale wydaje mi się, że minimum jakiegoś gustu jednak posiadam. Dlatego sądzę, że chyba od czasu wszechobecnych spodni – rybaczek nie mieliśmy tak feciarskiego i dennego (pomijając oszpecanie) elementu garderoby. Najkoszmarniej wyglądają rajstopy w paski na nogach każdej panienki powyżej 12 roku życia oraz rękawiczka przekładana tylko przez kciuk. Gadżety rodem z taniego japońskiego anime-porno skutecznie odstraszają każdego faceta, który ma choć dwie szare komórki lub jest aż tak zdesperowany. Za to skutecznie przyciągają osy i uczucie litości. Dodatkowa zjebka należy się całej modzie EMO za amoralne łączenie elementów: bluza w paski – różowa czaszka – cekiny, albo napis "I want to die" na tle serca przebitego różą. Kurwa, litości... bo ja takich nie maaaaaam... a chcęęęęęęę... buuuuuuuu...!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;4. Cięcie się&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Każdy szanujący się EMO musi wyrazić swój nieustający dół i melancholię poprzez próby samobójcze, lub chociaż pocięcie się w celu pokazania i powiedzenia światu: "Tak właśnie cierpię, bo mam dość tego gówna". No ba, ale samobójstwo kurewsko boli i można nawet przypadkiem zginąć na śmierć. Cięcie też przyjemne nie jest. Co tu zrobić? A może dałoby radę w salonie u specjalisty? Mówię wam, niedługo u dziargacza będą trzy oferty: Tatuowanie, Kolczykowanie, Cięcie Na Pokaz (wszystko bezboleśnie). I za jakieś 50 PeElEn będziemy mogli pochwalić się piękną, rozległą blizną w stylu EMO. A tak na boku – jak bardzo najebane w deklu trzeba mieć, żeby chwalić się zadawaniem sobie ran? Jak miałem 15 lat, to takie numery robili tylko recydywiści z Dworcowej, którzy chcieli na ławce zdobyć względy 40-letnich kurew, żeby dały im za darmo. Tylko oni przypalali się kiepami. A takich, co bardzo chcą sobie zrobić krzywdę, to się brało w kaftanik albo po prostu – olewało żółtym moczem falistym – niech robią co chcą, ale nikogo poza nimi samymi to nie kręci. Płaczu nie będzie. Kropka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;3. Pomalowane oczy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Prawdziwe, oryginalne EMO-gałki muszą mieć czarną, grubą obwódkę. Czemu? Nie wiem. Jesteście tak zdołowani, że wiecznie chcecie wyglądać jak pobici? Kochacie sowy? Bierzecie łapówki od firm kosmetycznych? Niespodzianka – nie wyglądacie jak mroczne demony na depresji, ale jak tani mongolski kabaret w burdelu. Równie gustownie, równie ostentacyjnie i równie szczerze. Aż tak musicie małpować to, co wymyślił jakiś cwany manager kapeli Made In USA, żeby lepiej opchnąć wieśniacką płytę? Naprawdę myślicie, że kredka pod oczami decyduje o wartościach, jakie w sobie nosicie? No to ja was zaskoczę i powiem – nie. Dziwne, prawda? Ale mam w dupie to, że depczę czyjś światopogląd! I mam w dupie to, że nagle wszyscy się obrażą i stwierdzą, że nie jestem tolerancyjny i "ńe rozómjem dźśejszei młodźerzy". Mam to w dupie, w dupie, w dupie, dupieeeeeee...! Aaaaaaaa...! Jak booolii... bu? Aha, mam płakać... no to... buuuuuuuuu!!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;2. Planowa depresja&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale według mnie istota EMO to między innymi poczucie wiecznego niezrozumienia, odrzucenia, zagubienia, depresji i melancholii. Muzyka metalowa ma na takie problemy sposób - "rozpierdol to", punkowa - "napierdol się", hip-hop - "pierdol to i walcz", a EMO? Chyba najprędzej - "stój i płacz jak blada cipa, którą przecież jesteś". To ma być sposób na życie? Coraz bardziej pogrążać się w depresji, którą sami sobie wymyślacie? Po co zamykać się w sobie, jednocześnie na pokaz demonstrując swój ból i alienację? Sorry, ale jak do cholery można naraz być odrzuconym przez społeczeństwo i stanowić jedną z największych "subkultur" współczesnych czasów? Wy chyba zamieniliście sobie miejscami głowy z dupami. A może ja tu czegoś nie rozumiem? Przepraszam, za coraz bardziej wulgarny język, ale wkurwia mnie to i śmieszy zarazem, bo doskonale widać, że wasza depresja przebiega planowo, według jakiegoś EMO-grafika. Problemy wybieracie ze sztywno ustalonej listy, a najbardziej boli was gdy nikt nie zauważa waszego cierpienia. Nikt nie nazywa was autsajderami, tylko prosto w oczy mówi: "rusz dupę i zrób coś ze sobą, bo przypominasz roztopione masło, które płacze, bo słońce za mocno świeci". I w oczy raziiiiiii... okulary mi ukradliiiiiiii... w autobusieeeeeee... a nie pomalowałem dziś oczuuuuu... świat jest złyyyyyy... buuuuuuu....!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;1. Problem zasadniczy – to wszystko to tylko marne gówno na pokaz&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;No właśnie! Przejdźmy do meritum. Chyba nawet najbardziej tępy kacap nie da się nabrać na to, że ta cała wasza szopka jest naprawdę. EMO z lat współczesnych ma tyle wspólnego z oryginalnym nurtem z lat 80-tych, co cycki Dody z naturą. To tylko głupia nastoletnia moda, w dodatku potwornie zuniformizowana. Jesteś EMO? To nie masz prawa się wychylić poza kanon – muszą być okulary, rurki, trampki, kraciasty deseń, rękawiczki przez kciuk, głupawy makijaż i tysiące innych wyemancypowanych pierdół. Musi być melancholia i depresyjne wiersze. I zero jakichkolwiek dyskusji – dyskusja nie pozwala spokojnie pocierpieć i popierdolić oklepane EMO-kowe pseudo-intelektualizmy. Może i to byłoby nawet dobre, bo każdy czasem potrzebuje chwili refleksji i spędzenia trochę czasu sam ze sobą, tylko czemu to wszystko musi być takie cipowate? Kolesie wyglądają jak serki, a panienki jak sieroty. A poza tym trudno odróżnić jednych od drugich i ciągle się zastanawiam, jak oni to robią. Morał z tej analizy nasuwa się tylko jeden: gdy bycie poza szablonami staje się szablonem, można dostać pomieszania zmysłów. W tym momencie nie dziwi mnie wasz ubiór, muzyka, wygląd i teksty. Pewnie sam bym zbzikował. Ludzie tak zwanego "undergroundu" odpowiedzcie mi na jedno pytanie: Czym jest Underground opierający się na stereotypie? Bo przecież na tym opiera się "nowoczesne" EMO. Toż to oznacza zagładę istoty Podziemia! Przestańcie pozować na rozdartych, cierpiących, jedynych myślących, wszystkowiedzących i nie potrafiących odnaleźć się w tym złym świecie alieno-seksualnych melancholików, bo (jak zwykła kiedyś mawiać pewna dziewczyna) jesteście po prostu BEZNADZIEJNI, żałośni i podrabiani – każdy wam to powie! Nie tylko ja. Ufff... ulżyło mi. Przynajmniej więc jedna osoba coś na tym zyskała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Zaszczepcie się przeciw głupocie. Stop EMO-kokom.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-6128982953007370834?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/6128982953007370834/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/09/chapter-2.html#comment-form' title='Komentarze (16)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/6128982953007370834'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/6128982953007370834'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/09/chapter-2.html' title='Chapter 2'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>16</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-6883829469016897049</id><published>2009-09-07T09:45:00.000+01:00</published><updated>2009-09-07T10:14:30.966+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Wszystko dobre, co jest złe.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Sama umowa nie jest tak ważna, jak warunki na jakich zostaje sporządzona. Przestrzeganie ich gwarantuje zadowolenie obu stron. U nas wszystko musi być na papierku, w Azji ważniejsze jest słowo mówione. Nikt nie przejmuje się pisemnymi zapewnieniami. Co kraj to obyczaj. W każdym razie nie wierzę zarówno w słów mówione jak i pisane więc forma jakiejkolwiek umowy jest dla mnie żałosną próbą zyskania zaufania.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A dbasz o to podpisując umowę z operatorem komórkowym? A z bankierem? Z pracodawcą? Jakakolwiek forma umowy jest już (przynajmniej wstępną) akceptacją warunków na jakich została sporządzona. Na pewno znasz jeden z najsłynniejszych cytatów Exupéry'ego: "Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu" - przy zawieraniu umów te słowa zyskują całkiem nowego znaczenia. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wybacz, ale z Tobą na nic się nie umawiałem. Nie wymagaj, nie oczekuj i nie spodziewaj się po mnie spełnienia warunków, które Ty sama sobie określiłaś i nie miałaś nawet na tyle odwagi, aby mnie o nich poinformować.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW:&lt;br /&gt;Bóg stworzył człowieka. Człowiek zachowuje się jak świntuch. Bóg jest rozczarowany, ale przynajmniej się nie nudzi. Teraz wiecie tyle ile po przeczytaniu 10 poprzednich rozdziałów. Jeśli je rzeczywiście czytaliście, straciliście niepotrzebnie czas. Dla pocieszenia – zawsze możecie opuścić ten rozdział ale nie radzę, bo to ostatni. Przeczytajcie więc co dziesiątą linijkę ze wszystkich rozdziałów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lea urodziła Jakubowi syna, którego nazwała Ruben, co znaczy: "Lepiej by było, gdybyś myślał o tym, co robisz". Potem znów urodziła syna i nazwała go Symeon, co znaczy: "Musiałeś być rzeczywiście zalany w trupa, żeby się ze mną przespać". I nagle urodziła trzeciego syna i nazwała go Lewik, co znaczy: "Nie udawaj, że śpisz, i tak Ci się nie uda", ponieważ tego wieczoru Lea zgwałciła pijanego Jakuba. Przez cały ten czas Rachela nie miała dzieci, pomimo iż Jakub przykładał się do dzieła. Rachela rzekła więc: "Oto moja służąca, Bilha. Ona położy się na mnie, a Ty z nią będziesz robił co trzeba, cały czas patrząc mi w oczy". Ponieważ Bilha miała rude włosy, a Jakub jeszcze nie miał przyjemności z rudą myślał, że musi to być dość interesujące. I tak się stało, ale nie bez kłopotów, bo Bilha była ruchliwa i strasznie się kręciła. Rachela nie mogła więc utrzymać rytmu jako bardziej marzycielska i sentymentalna z natury, a nawet można by rzec leniwa. Spadła w końcu z łóżka i nikt tego nie spostrzegł. Nikt też nie słyszał jej głośnego krzyku, ponieważ tamtych dwoje krzyczało jeszcze głośniej dobrze się przy tym bawiąc. Bilha oczywiście urodziła syna Jakubowi. Rachela wzięła dziecko i nazwała je Dan, co znaczy: "Na wszystko można sobie pozwolić, gdy człowieka na to stać" i poszła dumna pokazywać nowo narodzonego syna. Jednak inne kobiety szydziły za jej plecami i między sobą nazywały dziecko "Jasieczek" ponieważ wiedziały, że Rachela przez te wszystkie miesiące wypychała spódnicę jaśkiem, a Bilha, służąca Racheli, znów poczęła i urodziła Jakubowi syna. Rachela nazwała go Neftali, co znaczy: "Z pewnymi zastrzeżeniami", bowiem nie przypominała sobie, by kładła po raz  drugi służącą między siebie a Jakuba. Lea widząc to wszystko, wzięła swą służącą Zilpę i zrobiła z Jakubem i Zilpą dokładnie to samo, co Rachela z Jakubem i Bilhą. Zilpa poczęła dla niej i urodziła syna. Tego syna Lea nazwała Gad, co znaczy: "Czy widziałeś kiedykolwiek coś podobnego?" A potem Lea przy pomocy Zilpy urodziła Jakubowi jeszcze jednego syna. Nazwała go Aser, czyli: "Teraz już możesz iść się ubrać". Mam nadzieję, że nadążacie nie tyle za mną, co za Jakubem, gdyż ten miał w łóżku pełne ręce roboty, a rodzina stale się powiększała. Ostatniego syna Lea urodziła (ku wielkiemu zdziwieniu Jakuba) w wieku 85 lat, którego nazwała Issachar, czyli: "Jak zwyciężyłam przekwitanie". A potem całkiem przypadkiem urodziła jeszcze jednego syna nazwanego Abulon co znaczy: "To jest już przegięcie". Racheli żółkła na twarzy ze złości, nos jej się wydłużał i jęczała: "Cóż ja ci takiego uczyniłam Panie, że jestem bezpłodna?" Bóg słyszał ją i myślał: "W rzeczy samej, cóż mi ona takiego uczyniła?" Ponieważ sobie nie przypominał, westchnął: "A niech jej będzie..." i spełnił życzenie Racheli. Stała się płodna i urodziła jedynego syna. Nazwała go Józef, co znaczy: "Józef".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnego dnia Jakub poszedł do Szlabana i powiedział: "Wracam do siebie" i zabrał wujowi większość jego stad. Dobry Szlaban długo myślał nad zgodnością rachunku Jakuba, a po trzech dniach skoczył na nogi wołając: "Zrozumiałem! Ale z niego fiut! Zmusił mnie do długiego główkowania, już od trzech dni myślę, a on przez ten czas ucieka z moimi stadami!" Natychmiast zwołał braci i zaczął ścigać Jakuba. Dopadł go na wyżynie Gilead. Targał nim wielki gniew z powodu owiec, ale także z powodu złotych posążków, które Rachela zabrała odchodząc. Rachela nie chciała oddać posążków troszkę dlatego, że były ze szczerego złota. Szlaban zaczął więc wszędzie grzebać by je znaleźć, ale Rachela umieściła je pod siodłem wielbłąda i sama na nich usiadła. Kiedy ojciec chciał zajrzeć pod nią, powiedziała mu czerwieniąc się ze wstydu: "Nie bierz mi tego za złe, ale mogę wstać, gdyż mam kobiecą przypadłość". Ponieważ w owych czasach podpasek higienicznych jeszcze nie wymyślono, kobiety w dniach nieczystych wkładały sobie między nogi wielbłąda. Szlaban długo szukał i niczego nie znalazł. Wtedy Jakub zażądał: "No, a przeprosiny?" A Szlaban na to: "Coooo?..." Jakub: "JAJCO! Powtarzam, winien mi jesteś przeprosiny. Potraktować mnie jak złodzieja, mnie, który wiernie Ci służył 21 lat! No nie!" Na co Szlaban: "Gówno, nie przeprosiny! Takiego wała!" I potwierdził to znanym już wtedy międzynarodowym gestem, który Jakub dobrze rozumiał. Jakub: "Jak Ci spuszczę łomot, to Cię na granicy do domu nie wpuszczą!" Szlaban: "Ty głupi gówniarzu! Jesteśmy silniejsi od Ciebie ciamajdo". Ale Jakub dzielnie odparł: "Ja mam za sobą Stwórcę". Szlaban: "Moje bożki są silniejsze od Twego Stwórcy, a w dodatku nikt nigdy Go nie widział. Ja wierzę w to, co widzę. Nie mam zaufania do nowoczesnych bogów. Moi bogowie są ze złota, złoto to pewna lokata kapitału". Jakub: "Twoi bogowie są ze złota, aleś ich zgubił. A może kot bawiąc się zapędził ich gdzieś pod meble albo osrał ich przez przypadek? Rezultat jest ten sam - nie masz bogów. Mojego Boga nie da się zgubić. A Ty zostałeś sam, by walczyć ze mną i moim Bogiem. Pokazuję Ci język, pluję na Ciebie, sikam Ci na nogi i robię kupę pod pachy, uważam Cię za rogacza i pedała, twierdzę, że Twoja matka była dziwką zadającą się ze zdechłymi psami, i matka Twojej matki, a także matka matki matki... O nie, ta nie! To była moja prababka..." Szlaban pomyślał, że straciwszy bogów nie należy wdawać się w walkę i poczuł się z góry pobity. Pomyślał: "Ci współcześni bogowie, którzy są jedyni, nieśmiertelni i wszechobecni są dużo bardziej praktyczni. Trzeba iść z duchem czasu! W dodatku nie ciążą w plecaku i nie można ich ukraść". Postanowił więc poprosić Jakuba, by pożyczył mu swego Boga na próbę po czym wrócił do siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak dobrze pamiętacie, podczas gdy Jakubowi przytrafiały się wszystkie te przygody, Ezaw pozostał w kraju rodzinnym i szukał brata w celu jego ubicia. Głośnym krzykiem wyrażał chęć zemsty, aż piorun, słysząc ten krzyk, przerażony chował się za plecami matki - chmury gradowej, nieśmiała kura za jednym zamachem złożyła wszystkie jajka swego życia nie tracąc czasu na ubieranie ich w skorupki, struś na pustyni ogłupiały od wrzasku nie mógł odróżnić przodu od tyłu i chował w piasek zadek zamiast głowy, niemowlęta żałując, iż wyszły z brzucha matki, przepychały się, by wleźć tam z powrotem, a nawet ludzie w kwiecie wieku i rozkwicie męskich bród zaczęli robić to samo. Niestety zawsze coś wystawało: noga, kapelusz, fajka, albo krowa na łańcuchu. Serce matki jest niezmierzone, ale wszystko inne niestety ma granice rozciągliwości... Tymczasem poprzez gniew zaczęła się do niego odzywać natura. Jej głos dotarł do jego uszu, trafił do głowy i spełzł ku przyrodzeniu. I przyrodzenie też go usłyszało. Uniosło się ku górze pełne arogancji i ognia płonącego na myśl o innych potyczkach niż te dyktowane zemstą. Wówczas Ezaw poślubił Adę, córkę Elona, potem Oholibamę, córkę Chiwity, potem Izmaelitkę, a w końcu Mahalat, jej siostrę. Wszystkie powiły mu dzieci, choć za pierwszym razem kopulowały bez wielkiej werwy z powodu jego wyglądu. Szybko jednak przywykły i potomstwo Ezawa rozpleniło się po ziemi. Ma to w sumie małe znaczenie, gdyż Stwórca wybrał potomstwo Jakuba, a nie Ezawa, ale ten ostatni nic o tym nie wiedział. Jakub zaś podążał swoją drogą a Aniołowie Pańscy zbiegali się zewsząd. Latali mu wokół głowy co wyraźnie działało mu na nerwy i było przyczyną czerwonej karnacji na całym ciele. W połączeniu ze śnieżnobiałą szatą wypraną zaledwie 4 miesiące temu, dawało to dość niecodzienny efekt, ale widać było, iż jest wybrańcem Stwórcy. Wyśpiewywali hymny na cześć Pana, a Anioł harfista oparł nawet ciężką harfę o głowę Racheli, by mieć obie ręce wolne do grania. Gdy następował refren, wszyscy Aniołowie wrzeszczeli jak opętani: "Jakub, biało-czerwony! Jakub, biało-czerwony! O-le!" Mimo to Jakub cieszył się, a jego liczne dzieci rozdawały Aniołom ziarno przeznaczone dla ptaków, kobiety zanurzały ręce w ich piórach na brzuchu sprawdzając, czy dobrze trzymają ciepło i nagle zdumione wzdychały, a Aniołowie machając skrzydłami zaczynali do nich mówić: "Kochanie" całkiem zmienionym głosem. Do dziś zupełnie nie wiadomo dlaczego. Gdy Jakub dochodził do kraju swego ojca, wysłał przodem posłów, a ci wróciwszy donieśli mu, że Ezaw zbliża się w wielkim gniewie. Wówczas Jakub rzekł: "Całą wiarę pokładam w Stwórcy, bo moja sprawa jest Jego sprawą". Oddalił się więc od rodziny i sam czekał na przybycie brata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle przed Jakubem pojawił się człowiek ubrany w łachmany, z czarną opaską na oku, pałką w ręku i zawołał: "Sakiewka albo życie!" Jakub okazał się szybszy, kopniakiem wytrącił nieznajomemu pałkę z rąk i zaczęli walczyć na pięści. Walczyli tak do rana. Jakub, jako 5 razy silniejszy i 5 razy starszy, powalił obcego, ale ten zastosował niedozwolony chwyt i wybił mu staw biodrowy. Jakubowi udało się jednak złapać kij golfowy który dziwnym trafem leżał akurat w zasięgu jego ręki i już miał walnąć obcego w głowę by go ukatrupić, gdy ten zakrzyknął: "Stój! Co robisz? Czy wiesz, kim jestem?" Jakub: "Nie". A nieznajomy odparł: "Jestem Aniołem". Jakub na to: "Jasne, a ja Boratem w spódnicy. Nie masz skrzydeł". Anioł: "Jestem w cywilu. Podróżuję incognito". Jakub: "To dlaczego na mnie napadłeś?" Anioł: "Ponieważ Bóg wydał mi taki rozkaz. W tej chwili patrzy na nas i liczy punkty. Postawił na mnie i przegrał. Nie masz pojęcia, co mi się dostanie po powrocie". Jakub: "A ja co wygrałem?" Anioł: "Wygrałeś prezent od Wiekuistego" Jakub: "O! Fajnie! Pokaż! Pokaż!" Anioł: "Prezent ten to imię. Odtąd nie będziesz nazywał się Jakub, lecz Izrael. Prawda, że ładny prezent?" Jakub: "Tttaaaak, a co to do cholery znaczy?" A Anioł dorzucił: "No dajesz mi ją w końcu?" Jakub: "Co takiego?" Anioł: "Sakiewkę! Za imię musisz mi dać sakiewkę". Jakub: "Samo imię to za mało!" Anioł: "Mogę Cię jeszcze pobłogosławić. Czy tak będzie dobrze?" Jakub odparł: "Zgoda", ponieważ kolekcjonował błogosławieństwa sławnych ludzi. Anioł poszedł sobie w końcu, a Jakub dał temu miejscu nazwę Penuel, co znaczy "Mała potrzeba", gdyż przed odejściem zrobił siusiu. Później zawołał do Lei, Racheli i pozostałych na tamtym brzegu: "Hej!", a oni odwrzasnęli "Co?!" A Jakub wrzeszczał dalej: "Nie jesteście już Jakobitami!" A oni odpowiadali: "Taaak? A kim teraz jesteśmy?" Jakub: "Izraelitami!" Tamci ucieszyli się: "Fajnie!" I dodali: "Najważniejsze, że nie jesteśmy Żydami". W tym czasie Ezaw dotarł do miejsca, w którym czekał Jakub i zaczął przymierzać się do zabicia brata. Jednakże Jakub zawołał: "Bracie! Przyjmij to nic nie znaczące stado". Ezaw odparł: "Mam gdzieś Twoje prezenty. Ha!... Ta... Mówisz o tym stadzie po prawej?" Jakub: "Nie, o tym po lewej". Ezaw: "Wolę to po prawej, ale skoro tak nalegasz, biorę oba i przebaczam Ci". Jakub odparł: "Amen" i każdy z nich poszedł swoją drogą. Takie oto było pojednanie Jakuba z Ezawem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakub miał również córkę, którą Lea urodziła przez pomyłkę między dwoma synami. Miała na imię Dina. Była piękna i jeśli dotąd o niej nie wspomniano to dlatego, że znaczyła tyle, co każda kobieta w tych czasach. Jak sami widzicie, miała trudne dzieciństwo. Dotychczas nie było potrzeby wspominania o niej w książce, która jest księgą Stwórcy, bo jak wiemy, jest On raczej antyfeministą (a przynajmniej był nim do czasu spotkania dziewicy Marii, do której zapałał zgubnym uczuciem). Któregoś dnia Dina wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza i ujrzał ją Sychem, syn Chamora. Zapytał, czy mieszka u rodziców, a kiedy odpowiedziała mu: "Tak", zapytał czy czasem wychodzi sama wieczorem. Ona odpowiedziała mu: "Nie" gdyż była małomówna i to były chyba jedyne słowa, które potrafiła wypowiadać bez zastanawiania się i składania literek w głowie. Wtedy Sychem zaproponował jej obejrzenie czegoś bardzo ciekawego tuż obok za stogiem siana, a ona zgodziła się rzucić tylko na to okiem. On zapewnił, że nie potrwa to długo, położył ją na trawie i hop! Mała ciekawska została ukarana za swoją wstrętną wadę. I rzeczywiście nie trwało to długo, co dowodzi tylko tego, że Sychem rzeczywiście nie był kłamczuchem. Dina wróciła płacząc do domu, a gdy ojciec ujrzał ją, zobaczył jej łzy, krew na jej udach, ślimaka we włosach i słomę w butach, podniósł obie ręce do góry i zawołał: "Ty... Ty... Ty... Ty... Yyy... Yyy... Tyyy dziiiiwko!" Wszyscy bracia Diny nadbiegli wrzeszcząc: "Ty dziwko!", ale nie za głośno ze względu na sąsiadów - wiecie dobrze jacy są ludzie na wsi. Tymczasem Sychem poczuł w sobie wielkie zmiany. Zrozumiał szybko, że nie może żyć bez Diny. Marszczył więc często brew (i nie tylko brew), kręcił się we śnie, żuł mniej dokładnie pożywienie i zaczął podupadać na zdrowiu. W końcu powiedział ojcu: "Chcę tę dziewczynę za żonę". Chamor udał się do Jakuba z tymi słowami: "Sychem, syn mój, przylgnął do waszej dziewczyny. Dajcie mu ją więc za żonę, spowinowaćcie się z nami: córki wasze dacie nam za żony, a córki nasze weźmiecie sobie. Będziecie mieszkali z nami i kraj ten będzie dla was. Możecie w nim się osiedlać, poruszać się swobodnie oraz nabywać sobie tę ziemię na własność". Synowie Jakuba odparli: "Nie możemy wydać naszą siostrę za człowieka nie obrzezanego, to byłoby dla nas hańbą. Lecz zgodzimy się pod warunkiem, że upodobnicie się do nas i każdy z waszych mężczyzn zostanie obrzezany. Damy wam wtedy nasze córki i weźmiemy wasze, zamieszkamy razem z wami i staniemy się jednym narodem". Więc wszyscy mężczyźni rodu Chamora dali się obrzezać, aby zrobić przyjemność Jakubowi i ich synom. Jednakże trzeciego dnia, kiedy mężczyźni w wieku poborowym czuli jeszcze bóle po obrzezaniu, Symeon i Lewi wzięli miecze, weszli do miasta i wszystkich wybili. Zabili Chamora, jego syna i zabrali Dinę, która strasznie płakała, bo kochała Sychema.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakub miał w sumie dwunastu synów, z których jeden nazywał się Józef. Józef pasł stada razem z braćmi, przyglądał się wszystkiemu i wieczorem donosił ojcu o psikusach i nieprzyzwoitych wypowiedziach swoich braci. Jakub lubił Józefa bardziej od innych i sprawił mu piękną kolorową szatę, ale bracia nie znosili go, nazywali fałszywcem i lizusem, pokazywali mu język i zostawiali gówna w misce, w której mama przygotowywała mu śniadanie. Któregoś dnia Józef miał sen i powiedział: "Opowiem wam sen: wiązaliśmy snopy na polu. Mój snop się podniósł, a snopy wasze oddawały mu pokłon". Bracia zawołali: "No nie! Przeginasz śmierdzielu, wyjadaczu naszych kup!" Śmiali się i obrzucili Józefa zgniłymi owocami. Józef uciekł i schował się pod szatą matki, a bracia powrócili do dziecinnych zabaw, które tego dnia polegały na próbach wynalezienia balonu metodą nadmuchiwania ropuchy przez słomkę. Innym razem Józef rzekł: "Znów miałem sen: Słońce, księżyc i jedenaście gwiazd oddawało mi pokłon". Ale tym razem posunął się za daleko. Wkurzeni jak bąki bracia pobiegli powtórzyć wszystko ojcu. Jakub poczuł się dotknięty, bo dotknął go jeden z jego synów więc zgrzytając zębami wycedził: "Nie dotykaj mnie zasrany konfidencie". Podniósł rękę, aby spoliczkować Józefa i nauczyć go respektu dla ojca i matki, a także, by nadać bardziej stosowny kierunek jego snom. Ale przypomniał sobie zaraz, że miewał kiedyś sny, jak ten o drabinie, i że nie można nigdy przewidzieć, czy jest to zwykły sen, czy zesłany przez Stwórcę dla zrozumienia czegoś, co jest do zrozumienia. Więc dla ściemy podrapał się po uchu. Innego dnia wysłał Józefa do braci, którzy gdzieś paśli stada. I głupi Józef poszedł. Bracia zobaczyli, jak nadchodzi i powiedzieli: "Oto nadchodzi Tłumacz Snów". A któryś z nich dodał: "A gdyby tak zrobić mu kawał?" Inni zawołali: "Tak, tak, tak! Zabijmy go!" A pozostali: "Ale fajny kawał!", wzięli się za ręce i tańczyli w kółko powtarzając te 3 głupie wyrazy. Jednak Ruben, subtelniejszy i bardziej pedałkowaty od innych zawołał: "Utytłamy się cali we krwi. Wrzućmy go raczej do studni". Na co pozostali zawołali: "Zgoda!" i znów zaczęli tańczyć tym razem jednak wykrzykując ten jeden jeszcze głupszy wyraz. Gdy tylko Józef nadszedł, zdarli z niego piękną kolorową szatę i wrzucili go do studni. Józef potrafił pływać, wykonał więc w locie bezbłędnie figurę, podziwianą przez znawców i zwaną potrójnym saltem i prawoskrętną spiralą, a następnie zaczął płynąć regularnie i z werwą, co jednak nie przeszkodziło mu pójść na dno, gdyż w studni wcale nie było wody. Bardzo się przy tym potłukł. Chwilę później przejeżdżała tamtędy karawana arabskich kupców, którzy transportowali do Egiptu cenne towary: mirrę, kadzidło, baraninę, lekko przeżute gofry z niespodzianką, kozie bobki, które później sprzedają jako gruboziarnisty kawior i chińskie wachlarze w porno-obrazki poruszające się, gdy ciągnie się za sznurek. Braciom przyszedł pomysł do głowy i szybko sprzedali Józefa kupcom. Dostali za niego tylko 20 sztuk srebra, ponieważ lekko się uszkodził przy lądowaniu i wykazywał słabe oznaki życia. Karawana przeszła przez pustynię i dotarła do Egiptu, gdzie kupcy arabscy sprzedali Józefa Potifarowi, wielkiemu szambelanowi faraona, króla Egiptu. Józef został więc niewolnikiem Potifara. Z początku przydzielano mu najcięższe prace, ale żyjąc wśród niewolników rozmawiał z nimi, a wieczorem donosił nadzorcy, co złego o nim tamci mówili. Nadzorca niewolników poczuł do niego sympatię i wyniósł go ponad innych. Józefowi przypadła czysta i mało fatygująca praca. Józef zaczął donosić Potifarowi, co o nim mówił nadzorca niewolników. Potifar poczuł do niego sympatię i mianował go nadzorcą niewolników, a jego poprzednika kazał rzucić krokodylom na pożarcie. Józef nie musiał już w ogóle pracować, zmuszał natomiast innych niewolników do pracy, a zmuszał ich tak dobrze, że zadowolony Potifar powierzył mu nadzór nad całym swym domem. Jak widać Opatrzność boska zesłała Józefowi konfidencki talent włażenia wszystkim w dupę. Potifar, będący pierwszym sługą faraona zaszczycił w końcu Józefa swymi zwierzeniami. Tego samego wieczoru Józef wybrał się na przechadzkę w okolice pałacu faraona... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stwórca uznał, że akcja staje się nudna i postanowił nieco popchnąć sprawę do przodu. Obfite jedzenie wyszło na dobre Józefowi. Stał się pięknym mężczyzną, policzki miał pełne i czerwone, uszy zgrabnie przylgnęły do głowy, na karku widać było trzy fałdki tłuszczu, czarne, kręcone włosy wychodziły mu z nosa i często z przodu nadmiar temperamentu unosił mu szatę do góry. Żona Potifara zwróciła na niego uwagę, wszystko to spostrzegła i wzruszyła się bowiem Potifar był eunuchem. Faraon zaszczycił go owym wyróżnieniem za wierną służbę. Był to niewątpliwie wielki zaszczyt. Im bardziej było się w łaskach, tym bardziej było się eunuchem. Byli więc eunuchowie o jednym jaju, byli bez dwóch jaj, a byli i tacy bez jaj i bez członka. Ci ostatni to faworyci najbliżsi sercu faraona. Potifar był ulubieńcem wśród ulubieńców. Jego żona była dumna, że jest małżonką tak wysoko postawionego (sterczącego) eunucha. Jednakże czasem tego żałowała dlatego rzekła do Józefa: "Pomóż mi". Józef spuścił skromnie oczy i rzekł: "Niechże pani raczy wybaczyć nędznemu słudze, lecz nie mogę zaakceptować tej wspaniałej propozycji. Pani nie myśli poważnie tak poniżać się i kopulować z biednym niewolnikiem. Gdyby pani raczyła zaczekać do jutra, przyjdę tu w łaskach faraona jako wielki dygnitarz i całkowity eunuch i nareszcie będę pani godzien". Ale żona Potifara zawołała: "Nie, chcę teraz, natychmiast!" Józef zaczął biegać wokół stołu, a kobieta goniła go i w końcu dopadła. Zerwała z niego szatę i Józef stanął w całej swej nagości z chwalebnie uniesionym kropidłem. Chwała ta była wielką chwałą. Żona Potifara popadła w ekstazę i osunęła się na kolana, a on skorzystał z okazji i... uciekł. W błyskawicznym tempie wspaniały członek i jego dotychczasowy właściciel Józef oddalili się od domu rozpusty. Żona Potifara zobaczywszy uciekającego członka, zżółkła ze złości, wyrwała kwiaty z fryzury, podrapała twarz, podarła ubranie, posiniaczyła piersi i zaczęła wrzeszczeć: "Łapać uwodziciela! Łapać gwałciciela!" Kiedy Potifar dowiedział się o tym, wpadł w ogromną złość, kazał straży faraona odnaleźć Józefa i wtrącić go do więzienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W więzieniu było już dwóch eunuchów – główny i przełożony nadworny piekarz. W nocy mieli sny, które obu ich bardzo zaniepokoiły więc Józef zwrócił się do nich: "Opowiedzcie mi wasze sny i obiecajcie, że podzielicie się ze mną połową waszej zupy, a wtedy wytłumaczę je wam". Wówczas główny eunuch opowiedział swój sen Józefowi: "Na krzaczku winorośli zakwitły 3 młode gałązki, kiście winogron dojrzały, po czym wycisnąłem je do pucharu i podałem faraonowi. Taki oto był mój sen". Józef polizał palec, wystawił go na wiatr i rzekł: "3 gałązki są to 3 dni. Po upływie 3 dni faraon wyświadczy Ci łaskę, przywróci Cię na dawny urząd i staniesz się jeszcze bardziej bogaty i potężniejszy niż dawniej. Daj połowę zupy!" Piekarzy rzekł z kolei: "W mym śnie miałem na głowie 3 kosze pełne bułeczek i ciastek, które niosłem faraonowi. Ptaki fruwające po niebie dziobały ciastka i chleby leżące w koszach". Józef rzekł: "3 kosze to 3 dni. Za 3 dni Faraon wypuści Cię stąd i wyniesie tak wysoko jak nigdy dotąd, dokładnie na dwanaście stóp nad ziemię, na sznurze, i ptaki wydziobią ci oczy i będą ciągnąć za uszy". Niedługo później przypadały urodziny Faraona. W czasie bankietu władcy zachciało się pić, ale nikt nie napełnił mu szklanki. Wspomniał swego głównego eunucha siedzącego w więzieniu i nakazał wypuścić go, przywrócić do łask, a nawet dodać mu kilka dodatkowych godności, zrozumiał bowiem, jak smutno żyć bez wina. Jednocześnie przypomniał sobie przełożonego nadwornych piekarzy. A ponieważ nie lubił pieczywa, kazał go powiesić wysoko nad stołem biesiadnym, poprzyczepiać mu pomponiki, dzwoneczki i świeczki – tyle świeczek, ile faraon miał lat - to były niezapomniane i piękne urodziny. W dwa lata później Faraon miał sen: stał nad Nilem, a z rzeki wyszło 7 krów pięknych i tłustych. Po nich wyszło z kolei 7 innych krów, nadzwyczaj chudych i wyglądających okropnie. Owe 7 chudych krów pożarło tłuste. Faraon miał również inny sen: przyśniło mu się 7 kłosów na jednej łodydze, tłustych i dobrze nabitych. A po nich wyrosło 7 kłosów pustych i zwiędłych, które pochłonęły zdrowe i pełne. Faraon obudził się przerażony, zwołał wszystkich mędrców i magów z całego imperium, ale żaden nie potrafił wytłumaczyć mu znaczenia snów. Kazał więc ich ściąć i począł wypytywać oficerów pałacowych, lecz ci nadaremnie łamali sobie głowy lub wymyślali byle co. Faraon także skrócił ich o głowę. Przyszła kolej na przełożonego eunucha. Już kładł szyję pod topór katowski, gdy nagle przypomniał sobie o Józefie, który w więzieniu wytłumaczył mu jego sen i opowiedział o nim władcy. Przyprowadzono więc Józefa, a Faraon opowiedział swój sen i zapytał: "Czy możesz mi go wytłumaczyć?" Józef odparł: "Nie tak szybko. Pokaż język!" Faraon wyciągnął język, który okazał się cały czerwony. Następnie Józef powiedział: "Pokaż oko!", podniósł powiekę faraona i zobaczył, że białko oka jest całkiem żółte. Po tych zabiegach stwierdził: "Sen o 7 krowach tłustych i 7 krowach chudych oznacza, że nie powinieneś jeść wieczorem kaszanki". Oczywiście Józef nieco ściemniał bo nie wiedział, co naprawdę oznacza sen Faraona, po czym dodał: "A sen o 7 kłosach znaczy dokładnie to samo, co sen o 7 krowach". Faraon: "Dlaczego Twój Bóg powtarza dwa razy to samo?" Józef: "Bo się jąka". Faraon: "No tak, no tak, no tak... Wydaje mi się, żeśmy sobie wszystko wyjaśnili. Odprowadźcie tego człowieka do celi" – i odwrócił się do Józefa plecami. Józef zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście dobrze zrozumiał wszystko, co Bóg chciał mu przekazać. Wzniósł oczy w górę i zobaczył, jak Stwórca wybałusza gały i stuka się palcem w czoło. Zrozumiał wtedy, że Wiekuisty chce mu podszepnąć odpowiedź. Stwórca pokazał 7 palców jednej ręki, nadął dostojne policzki, poklepał się po brzuchu i głośno beknął. Następnie jeszcze raz pokazał 7 palców tym razem drugiej ręki, ale tym razem wciągnął policzki i zaczął szczękać zębami. Józef dogonił wtedy Faraona i rzekł: "Panie, potrafię również czytać z ręki". Faraon wyciągnął rękę do Józefa, który spojrzał na nią i rzekł: "Widzę 7 lat tłustych, a potem 7 lat głodu. Widzę też sposób, aby uchronić twe królestwo od głodu". Faraon zaciekawił się: "Jaki to sposób?" Józef: "Mianuj mnie premierem, a powiem Ci". Faraon wezwał straż: "Zetnijcie głowę premierowi!" Tak też zrobiono. I wtedy zwrócił się do Józefa: "Jesteś więc premierem. A teraz zdradź tajemnicę, jak obiecałeś, no pospiesz się bo siku mi się chce!" Józef: "Podczas 7 tłustych lat każ odkładać na bok kanapki, chipsy, hamburgery i zboże, które posłużą w ciągu 7 chudych lat. Dobrze Ci radzę". Faraon był zachwycony mądrym postawieniem sprawy, podarował Józefowi złoty pierścień i złoty naszyjnik oraz mianował go pierwszym po sobie w całym Egipcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak więc w Egipcie Józef stał się wielkim wśród wielkich. Przyjął zwyczaje kraju i stał się stuprocentowym Egipcjaninem. Ubierał się jak Egipcjanin, głowę nosił zawsze bez profilu, a ramiona on face. Przybrał imię Safnat Paneat, przede wszystkim dlatego, że brzmiało dostojniej niż Józef, ale również dlatego, że było dłuższe do wykrzyczenia, zwłaszcza powtarzane przez echo. Tak więc nigdy go nie wołano do pożaru. Wieczorem po kolacji wyprowadzał na siusiu swego sfinksa u podnóża obrosłych kwiatami piramid a lud wytykał go palcami i po cichu mówił: "Nie jestem rasistą, ale to silniejsze ode mnie, a ten przybłęda działa mi na nerwy". A gdy nadszedł głód, było tak źle na wszystkich krańcach ziemi, że zjeżdżano zewsząd do Egiptu, by kupować zboże. Jakub również wysłał swych synów, by kupili zboże. Józef rozpoznał braci, lecz oni go nie poznali. Zaczął więc płatać im figle. Na szczęście, jest to poważna książka i nie musimy w niej opowiadać tych pierdół. Trzeba tylko wiedzieć, że w końcu Jakub i cała jego rodzina przybyła do Egiptu i osiedliła się w żyznym kraju Goszen, a dzieci Izraela kwitły i rozmnażały się, i rosły w siłę. W końcu stały się tak potężne, że wypełniły cały kraj. Tak kończy się Księga Rodzaju, czyli pierwsza część przygód Stwórcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Spróbujcie w ten sposób streścić "Naszą szkapę".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-6883829469016897049?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/6883829469016897049/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/09/chapter-4.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/6883829469016897049'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/6883829469016897049'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/09/chapter-4.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-4192888786181602421</id><published>2009-08-27T11:40:00.000+01:00</published><updated>2009-08-27T11:50:28.823+01:00</updated><title type='text'>Chapter 3</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 3... Bigamia, to znaczy o jedną kobietę za dużo. Monogamia – znaczy dokładnie to samo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ateizm to też jakiś rodzaj wiary. Pozwól, że dokończę temat, bo mój kolejny rozdział będzie ostatnim ze Starego Testamentu. W kwestii uczuć wiele się zmieniło. Opiszę to w swoim czasie. A licznik odwiedzin skasował się sam, bo okazało się, że jest płatny. Dziwne, bo w regulaminie korzystania z tego rodzaju udogodnienia nie było o tym mowy. Chyba...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Biorąc pod uwagę tematykę ostatnich rozdziałów jesteś istnym Advocatus Diabolo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Paweł (?):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, jak mam się do Ciebie zwracać, bo jesteś zalogowany(a) jako "Paweł", ale przez całą wypowiedź przewijają się żeńskie zaimki osobowe. Biblia skłania Cię do przemyśleń? Czy to, co tu wypisuję? To dwie różne rzeczy ale jeśli tematyka "boskości" choć trochę Cię zainteresowała, to znaczy, że w jakimś stopnie Cię nawróciłem. Dodawszy do tego mój żywo wytykany przez niektórych "ateizm" bilans wychodzi na zero. Tym lepiej. A co do przemyśleń, to zastanów się nad jednym - ile w dzisiejszych czasach jest Słowa Bożego w Biblii?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiesz, u mnie jest tak, że wena dopisuje mi, kiedy serce wariuje. Pisanie o czymś lekkim, łatwym i przyjemnym jest może miłe, ale w moim przypadku dość trudne. Wiesz, co się dzieje gdy pada deszcz. Gdy świeci słońce, po prostu... nie piszę... postaram się skrobnąć do Ciebie jakiegoś maila w niedługim czasie. Pozdrawiam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW:&lt;br /&gt;Już od kilku rozdziałów przygody Stwórcy mieszają się z rodzinnymi sprzeczkami u Abrahama i jego potomstwa. Wszystko zajeżdża zupą grochową, kocim moczem i krowim gównem. Wydaje się, że Bóg traci poczucie wielkości. Czyżby boskie przymioty naszego Bohatera zanikały? Czy potrafi zaradzić temu na czas?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Izaak posunął się w latach. Pająki starości utkały pajęczynę zmarszczek na jego twarzy, w którą złapały się muchy i całkiem zasłoniły mu oczy. Po prostu nie widział już tak dobrze jak w młodości. Był za to bardzo smutny, ponieważ dwaj jego synowie bez przerwy się kłócili. O wszystko. Nawet o to, kto ma spać z matką. Niepokoiło to bardzo Izaaka, ale nie śmiał przeciwstawiać się zwłaszcza Ezawowi. Ten zaś wpadł na genialny pomysł. Aby zakończyć kłótnie z bratem i przywłaszczyć sobie na powrót prawo dziedziczenia po ojcu, postanowił go zabić. Brata oczywiście. Jak pomyślał, tak zrobił. Niestety nie wyszło mu to za dobrze, bo Rebeka zorientowała się, co temu troglodycie chodzi po głowie i w porę ostrzegła Jakuba. Kazała mu iść do wuja Szlabana, u którego znajdzie dach nad głową i dobrą pracę.  Ten zaś, gdy tylko usłyszał o grożącym niebezpieczeństwie, spakował laptopa, patelnię i książkę kucharską Macieja Kuronia. Tak wyposażony uciekł z domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnej nocy gdy twardo chrapał, ujrzał we śnie drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz Aniołów, którzy wchodzili w górę i schodzili w dół. A Pan stał na jej szczycie i mówił: "Jakubie, czy rozumiesz, co oznacza sen, który na Ciebie zesłałem?" Jakub: "Wszystko zrozumiałem bardzo dobrze: chcesz bym wynalazł drabinę, więc Ci mówię – dzięki, o Panie, ta drabina to rzeczywiście przydatna rzecz i będzie stanowiła krok milowy w cywilizacji. Łakome dziecko nie będzie zmuszone podskakiwać, aby dosięgnąć słoika z konfiturami na górnej półce szafy, lokator z siódmego piętra nie będzie musiał wspinać się po ścianie wczepiony paznokciami w mur pragnąc nieoczekiwanie wrócić do siebie, a strażak będzie miał nareszcie coś do wożenia swym pięknym, czerwonym samochodem o szybko kręcących się kołach i wyjącej głupio syrenie. I oto właśnie mnie wybrałeś, Panie, do przekazania tego dobrodziejstwa ludziom, mym braciom. Cóż za zaszczyt! Stanę się fabrykantem drabin, będę miał wyłączność i zgarnę dużo pieniędzy. Dzięki Ci Panie! Jest jednakże coś, co nie bardzo pojąłem". Stwórca zrezygnowany zapytał: "Czego nie zrozumiałeś?" Jakub: "Nie nadużywając Twojej cierpliwości, o Wiekuisty, dlaczego Anioły chodzą bez przerwy po tej drabinie?" Stwórca: "Dla symbolu Jakubie, ponieważ jest to symboliczny sen". Jakub: "No, proszę, niezły bajer z tymi Aniołami, ale... co to takiego symbol?" Stwórca: "Hmmm... symbol... yyy... eee... tja... no... to... to... to znaczy, że drabina jest pomiędzy Tobą i mną, a zapierdzielające Anioły oznaczają, że jeśli chcesz wpaść, by mnie pozdrowić, to wystarczy wdrapać się na drabinę. No coś w tym rodzaju...". Jakub zastanowił się i znów zapytał: "Ale do czego Aniołom potrzebna jest drabina, jeśli im dałeś skrzydła?" Wówczas Stwórca podrapał się w nos, a Aniołowie zatrzymali się i zaczęli zdumieni spoglądać po sobie. Następnie spojrzeli ku górze na Stwórcę, po czym zaczęli po cichu nabijać się z Niego, chowając głowy pod skrzydła. Stwórca zmarszczył brew i chrząknął, a Aniołowie od nowa podjęli marsz po drabinie, wyśpiewując hymny pochwalne na cześć Pana. Stwórca westchnął i zwrócił się do Jakuba: "No cóż, Twój mózg jest najwidoczniej w fazie spoczynku i jesteś raczej fizyczny, ale i takich nam potrzeba". Jakub: "O Panie, czy ten sen nie ma jakiegoś ukrytego sensu? Czy przypadkiem nie oznacza, że uroczyście odnawiasz przyrzeczenie dane memu dziadkowi, Abrahamowi i memu ojcu Izaakowi, przyrzeczenie, w którym zapewniałeś, że mój ród zawładnie całą ziemią, że me potomstwo obfitować będzie w królów, cesarzy, miliarderów, striptizerki, cielęta o dwóch głowach i inne podobne sławne postacie?" Stwórca westchnął ponownie: "Przyjmijmy, że o to właśnie chodziło, i nie mówmy już o tym". I oddalił się zmęczonym krokiem na chwiejnych nogach. Jakub natomiast, przekręciwszy się na drugi bok, wsadził kciuk w usta i zasnął. Rano pomyślał o tym, co mu się przyśniło i rzekł do siebie: "Jeżeli Panie Boże będziesz ze mną, strzegąc mnie w drodze, w którą wyruszyłem, jeżeli dasz mi chleb, mięso, ubrania, piękne kobiety, bogactwa, zdrowie, przyjaciół znających wiele śmiesznych historyjek i grających w pokera... jeśli tego wszystkiego dotrzymasz, z pewnością będziesz moim Bogiem. I wówczas wzniosę Ci na pamiątkę Świątynię. Będę Ci Panie odpalał dolę od wszystkiego, co dzięki Tobie zdobędę. Będziesz miał wychodne raz w tygodniu, nowy fartuszek na Nowy Rok i prawo do wylizywania półmisków po obiedzie. Taki już jestem. Ale jeżeli będę musiał radzić sobie sam w życiu jak jakiś zwykły śmiertelnik, to miej się na baczności. Bogów nie brakuje". W ten oto sposób Jakub wystawił Boga na próbę. Zdecydował też na pamiątkę owego dnia miejsce to nazwać Biedronka, co znaczy "Wszystko jedno gdzie, bo to i tak nie ma znaczenia". Poprzednio miejsce to zwało się Pewex, co w ogóle nic nie znaczy. Po czym wytarł palcami nos, raz z prawej, raz z lewej, podrapał się pod pachami, odchrząknął, splunął pod wiatr i zakończywszy w ten sposób poranną, staranną toaletę, ruszył w drogę. Na głowie niósł bociana, stojącego na jednej nodze w uwitym przez siebie gnieździe, i w promieniach wschodzącego słońca widać było, że Jakub to nie byle kto.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nim Jakub opuścił dom rodzinny, Rebeka wyjaśniła mu: "Wiedz, synu, że chcąc udać się do miejsca, w którym mieszka twój wuj Szlaban, a mój brat, musisz iść prosto nie zbaczając ani w prawo, ani w lewo, nawet na szerokość psiego gówna. Z chwilą gdy przejdziesz 70 razy 70000 kroków plus 3 kroki, plus 1 mały kroczek, wtedy będziesz na miejscu". Jakub dobrze wbił sobie te słowa do głowy, grawerując je w kamieniu pamięci sztyletem bystrości. Przez całą drogę liczył kroki i za każdym razem, kiedy stawiał nogę przed nogą, jednym z rozlicznych składanych ostrzy swego scyzoryka – bardzo praktycznego modelu polecanego żyjącym w plenerze – nacinał przy każdym kroku skórę swego członka. Wieczorem liczył nacięcia i kiedy okazywało się, że ma ich tyle a tyle, to oznaczało, że zrobił tyle a tyle kroków. To był bardzo dobry sposób i nie można było się pomylić ponieważ nie było mowy o zgubieniu po drodze członka. Chyba żeby się potknął w momencie robienia nacięcia... Wadą natomiast było swędzenie, ale nie można mieć wszystkiego najlepszego. Naliczywszy 70 razy 69999 kroków, następnie 70 razy 70000, otworzył oczy i co zobaczył? Zobaczył tylko to, że znajdował się na wielkim pastwisku. W oddali ujrzał wuja Szlabana i idąc za radą mamy przeszedł jeszcze 3 kroki, a następnie 1 mały kroczek. Niestety zrobił trochę za duży i zamiast przed wujem Szlabanem wylądował z nogą w psim gównie. Tak to jest, jak się nie słucha dobrze mamusi. Wuj Szlaban uściskał go, wycałował i popłakał się ze szczęścia i wzruszenia. Powiedział do Jakuba: "Jesteś moją kością i ciałem. Tyś jest synem mej ukochanej siostry i wszystko, co do mnie należy, należy również do Ciebie. Używaj tego do woli". I zaraz dodał: "Masz zamiar długo pozostać?"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakub od miesiąca mieszkał u Szlabana i dostał od niego, aby się nie nudzić, kilka stad owiec do pilnowania. Po miesiącu wuj stwierdził, że ma go dość i chciał wyrzucić go z domu płacąc mu śmieszne pieniądze. Ale Jakub był przebiegły i odpowiedział mu: "Chcę w charakterze zapłaty dostać Twoją córkę, Rachelę". Szlaban spojrzał na Jakuba, spojrzał w niebo, spojrzał na ziemię, podrapał się w głowę i zaczął: "Nooo... Hmmm... tak, tak, uff... oczywiście, to Twoje prawo. No cóż, cóż, cóż, cóż, cóż, cóż, cóż, cóż... cóż... Zuch chłopak! Ty? Rachela?! Hmmm, hmmm... No proszę! Uff... Tak... Ja nie mówię nie prawda, ale sam rozumiesz... Ale wiesz, Lea, czyś Ty się chociaż jej przyjrzał? Tak między nami. Ładna sztuka, ta Lea. Fiu fiu! Wygimnastykowana i w ogóle. Hehe, wiesz o co chodzi... sam testowałem. Co prawda całkowicie niechcący, ale wypadki chodzą po ludziach". Tu muszę powiedzieć, że Szlaban miał dwie córki, jedną Rachelę, drugą Leę. I Lea była starsza... od zawsze... i lepiej wykształcona... od niedawna... Ale Jakub kochał Rachelę i powiedział Szlabanowi: "Ja chcę Rachelę!" Na co Szlaban: "Fiu, fiu! Aleś pewny siebie! Miesięczna zapłata parobka za tak piękną dziewczynę, która potrafi przyjmować cielęta, kastrować byki, dźwigać na swych barkach zmęczonego męża, która nigdy nie choruje i jest tania w ubieraniu. Coś nam się rachunek nie zgadza". Jakub: "Rzeknij swoją cenę". Szlaban: "Siedem lat pracy. To albo nic". Jakub: "Drogo". Szlaban: "I tak tracę. Żebyś ją Ty widział, jak się umyje!" Jakub: "Zgoda! Ręka!"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakub służył u Szlabana siedem lat i kiedy wypełnił się czas rzekł do niego: "Spłaciłem Cię. Daj mi teraz mą żonę". Szlaban odparł: "Zgoda". I urządził wielki festyn. Kiedy nadszedł wieczór, Jakub poszedł położyć się z żoną. Noc była bardzo czarna. Jakub natomiast wziął sobie, co było do wzięcia i zainaugurował co było do zainaugurowania. Dzielnie się wykazał, ponieważ powstrzymywał się od siedmiu lat, ale rano spostrzegł, że to nie Rachela leżała w jego ramionach, lecz Lea, jej siostra. Pobiegł do Szlabana i zaczął mu w gorzkich słowach wyrzucać oszustwo. Szlaban odparł: "Nie ma u nas zwyczaju wydawania za mąż córki młodszej przed starszą, a poza tym, wcale Cię nie oszukałem, ponieważ dostałeś Leę za cenę siostry, a przecież stanowi obfitszy kąsek". Jakub przyznał w duchu, że wcale nie zrobił złego interesu. Dla samego śnieżnobiałego zadka warto było pracować siedem lat, ale mimo wszystko nadal kochał Rachelę i rzekł: "Nadal kocham Rachelę. Chcę mieć Rachelę". Na co Szlaban: "Znasz cenę. Siedem lat".  Więc przez następne siedem lat Jakub pilnował stad Szlabana, a kiedy nadszedł czas Jakub położył się z Rachelą. Tym razem zabrał ze sobą lampę. A było tak: Rachela czekała na niego, leżąc w łóżku małżeńskim wstydliwie odwrócona plecami, tak że w stronę Jakuba wystawiała tyłeczek. Jakub znał bardzo dobrze tyłeczek Racheli. Oglądał go przecież codziennie od czternastu lat. I marzył o nim równie długo. Czasem nawet dotykał go, kiedy Szlaban patrzył w inną stronę. Stwierdził, że tyłek leżący w jego łóżku nie jest tyłeczkiem Racheli. Jej tyłeczek był jak dwa mocno przytulone do siebie arbuzy, a tyłek, który miał przed oczyma, podobny był do starej zdeformowanej dyni. Jakub z całej siły kopnął w ten przeklęty tyłek, tyłek zajęczał, odwrócił się i okazało się, że jest to rozpadająca się w swej zgrzybiałości starucha – ciotka Szlabana, licząca 135 lat i ciągle będąca dziewicą, ponieważ nigdy nie znalazła nikogo, kto by się chciał z nią ożenić. Jakub wystawił za drzwi starą ohydę i pobiegł do Szlabana, wołając: "Krzywy kutasie, co masz tym razem do powiedzenia?" A Szlaban odparł: "Dobra, już dobra, przyznaję – nie udało się. Ale warto było spróbować". Jakub wziął w końcu prawdziwą Rachelę i kochał ją bardziej niż Leę. Delektował się nią do granic delektowania i rozkoszował do granic rozkoszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Sprawdzajcie dokładnie warunki umowy, którą zawieracie z pracodawcą..&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-4192888786181602421?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/4192888786181602421/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/08/chapter-3.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/4192888786181602421'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/4192888786181602421'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/08/chapter-3.html' title='Chapter 3'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-6308136872887209394</id><published>2009-08-17T12:51:00.000+01:00</published><updated>2009-08-17T12:59:00.993+01:00</updated><title type='text'>Chapter 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 2... Jest takie stare chińskie przysłowie: "Gdy nie wiesz co powiedzieć – powiedz stare chińskie przysłowie".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Gdyby to było takie proste, nie byłoby Nieba. Chcieć to nie znaczy potrafić. Chciałbym latać, chciałbym być szczęśliwy, chciałbym nie patrzyć na różany świat z pogardą tylko cieszyć się swoim kapuścianym życiem jak głąb. Jestem ciekawy, czy to w ogóle możliwe... zdradzisz mi?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiesz... wszystko po czasie wraca do normy. Świat nie zatrzymał się, kiedy umarł Papież więc nie zatrzyma się i teraz. Nie zatrzymał się wcześniej i nie zatrzyma później. Wszystko jest takie samo i wszystko się zmienia. Wszystko jest normalne, a normalność to objaw zbiorowego szaleństwa. Metamorfoza mówisz? Podobno Wy jesteście w tym mistrzyniami. Ja tylko obserwuję i uczę się...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nasza wspólna impreza mówisz? Ostatnia o ile pamiętam miała miejsce ponad 3 lata temu. Od tego czasu wiele się u mnie zmieniło – również umiejętność spożywania wszelakich płynnych produktów naszej cywilizacji. A na zachód sam się wyciągnę kiedy nie będzie mnie już nic tu trzymało. Pozdrów ode mnie klasę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW:&lt;br /&gt;Składając Izaaka w ofierze dla zrobienia przyjemności Bogu, Abraham zadarł sobie paznokieć, ale już czuje się lepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki Abrahamowi Ketura poczęła Zimana, Jokszana, Medana, Midiana, Jiszbaka i Szuacha. Jokszan był ojcem Saby i Dedana, synami zaś Dedana byli: Aszszurin, Letuszim i Leummim. Synami Midiana byli: Efa, Efer, Henoch, Abida i Eldaa. Wszyscy oni siedzieli za stołem i jedząc arbuzy czekali, aż Abraham umrze, by podzielić się spadkiem. Ale senior miał jeszcze do przeżycia więcej lat niż jest dziur w szacie człowieka, który niechcący przysiadł na jeżozwierzu. Zresztą i tak postanowił po cichu zostawić wszystko Izaakowi. Oczywiście nikomu tego nie powiedział, a przede wszystkim żonie ani synom których z nim miała. Bo ich nie lubił. Oni za cały majątek odziedziczą imiona, na których można sobie język połamać i nic więcej. Ketura co wieczór myła zmęczone nogi Abrahama w przejrzystej wodzie (później wody tej używała do robienia prania, a następnie zupy), wycierała je długimi, jedwabistymi włosami i piekła wspaniałe pasztety łatwe do żucia nawet bezzębnymi ustami. Pewnego dnia Abraham zawołał przed swe oblicze najstarszego sługę i rzekł: "Eliezerze, mój ulubiony syn Izaak zaczął ostatnio zadawać pytania o kwiatki, motylki, bociany i kapustę, w której podobno rodzą się dzieci. Daje to do myślenia... wyraźnie widzę, że jego niewinna dusza otwiera się ku tajemnicy Stworzenia. Myślę więc, że nadszedł czas, aby poinformować go delikatnie o tych sprawach – zbliża się przecież do czterdziestki. Dobrze też pomyśleć o ożenku. Nie ma mowy, żeby wziął jakąś dziewczynę stąd gdyż są to same bezwstydnice i rozpustnice, o czym mogę najlepiej zaświadczyć – każdej proponowałem kopulację i wszystkie, począwszy od niedojrzałych aż po bezzębne, zgadzały się z ochotą. A wiele nawet mi w tym pomagało. Yyy… nieważne. Ty udasz się więc do odległej Mezopotamii, w której mieszkają jeszcze ludzie z mego plemienia i powiesz im, że Abrahamowi, synowi Teracha, powiodło się w życiu i że prosi o najpiękniejszą i najbogatszą dziewczynę dla swego syna. Idź i wybierz Ją z największą pieczołowitością! Zajrzyj w usta, sprawdź uzębienie i uważnie obejrzyj pod światło intymną bieliznę. Upewnij się też, że jest dziewicą i nie zapomnij spróbować zębami każdego talara z posagu, by wykryć te zrobione z ołowiu. Rzekłem". Eliezer przysiągł, że będzie postępował w myśl danych poleceń. Wziął 10 wielbłądów i udał się w drogę. Był jednak stary i nie chciało mu się zaiwaniać przez pół świata, a podróż na wielbłądzie przyprawiała go o chorobę morską. Skręcił więc za róg i zapytał starej kobiety, która sikała na stojąco do przydrożnego rowu: "Czy to jest Mezopotamia?" Ponieważ żuł gorące kasztany, które parzyły go w podniebienie, mowę miał niewyraźną. Staruszka zrozumiała, iż właściciel 10 wielbłądów proponuje kopulację. Odpowiedziała więc: "Oczywiście mój piękny panie. Każ wielbłądowi klęknąć, bym mogła się do Ciebie wdrapać". Ona z kolei żuła orzeszki arachidowe, 12 bananów, 8 jajek, 5 miarki mąki, garść daktyli, 3 wędzone śledzie i baranią głowę pieczoną na pistacjach – wszystko, co zdołała ukraść sklepikarzowi i zachomikować w policzkach, by nie dać sobie tego odebrać. Ponieważ zaś żuła pospiesznie, mówiła niewyraźnie i Eliezer sądził, że powiedziała: "Tak" i ucieszył się, że w końcu dotarł do Mezopotamii. Stwierdził, iż jest to piękny kraj i zaczął zastanawiać się, jak znaleźć bez zbytniej fatygi młodą dziewczynę mogącą zadowolić jego Pana. Stanął więc w pobliżu studni o godzinie, o której dziewczęta zazwyczaj czerpały z niej wodę i zaczął się zastanawiać nad sposobem poderwania pierwszej lepszej młódki. Wymyślił nawet tekst, po którym rozpozna, czy dziewczę zna się na rzeczy i będzie dobrą żoną dla Izaaka. Kiedy on powie: "Nachyl mi dzban Twój, abym się mógł napić", a ona odrzeknie: "Pij, a i wielbłądy Twoje napoję", będzie to znaczyło, że to młode dziewczę jest przeznaczone dla Izaaka. Zanim powtórzył sobie to wszystko 125 tysięcy razy, nadeszła Rebeka – córka Betuela, syna Milki, żony Nahora. Eliezer podbiegł do niej i poprosił: "Daj mi się napić wody z Twego dzbana, bym mógł ugasić pragnienie". Rebeka zdumiała się, woda w studni należała do wszystkich, a starzec o brodzie poplamionej żółtkiem jajek miał u pasa bukłak, którym mógł zaczerpnąć wody. Pomyślała: "To z pewnością dobra wróżka przebrana za starego obrzydliwca wystawia mnie na próbę. Jeśli odmówię – zamieni mnie w ropuchę. Jeśli dam mu pić, dostanę księcia z bajki w podarunku, a może nawet wisiorek do kluczy i karnet do SPA". Przechyliła dzban i wlała mu wodę w usta mówiąc: "Pij starcze, niech sprawi woda, że twarz Twa będzie jak ma kibić młoda". Eliezer odparł szybko: "A fałdki mej bródki jak skóra Twej dupki", był bowiem dobrze wychowany i nieco napalony jeśli chodzi i młode dziewczęta. Niestety po wypiciu wody, nie zamienił się w piękną wróżkę i rozczarowana Rebeka zaczęła zbierać się do odejścia. Eliezer wyjaśnił jej wtedy, że jest przeznaczona na żonę Izaaka. Rebeka zaprowadziło go do swoich rodziców, a on zapewnił, że ich córka będzie miał tyle a tyle wielbłądów, tyle a tyle baranów, namiotów, służących i połowę wszystkich srebrnych łyżeczek. Rodzice Rebeki odparli: "Zastanowimy się", bo nie chcieli pokazać, że cieszą się na myśl o pozbyciu się córki z domu. W końcu podjęli decyzję: "Zgadzamy się". Ale wtedy Eliezer zawołał: "Chwileczkę, nie tak hop-siup" po czym otworzył Rebece usta by sprawdzić uzębienie, wskoczył na plecy by wypróbować odporność, trzepnął w kolano by sprawdzić odruchy, walnął pięścią w żołądek (tak dla przyjemności), zważył w ręku piersi, pomacał tyłek, powąchał bieliznę, kazał przebiec się wokół podwórza, wsadził palec w oczy by sprawdzić, czy któreś nie jest szklane, przepytał z tabliczki mnożenia do 1000, kazał upiec barana, uprać bieliznę, zarżnąć świniaka, przyjąć rodzącego się cielaka, postawić bańki, pomóc pijakowi wyrzygać się, wymyć mu nogi w pachnących olejkach i wysuszyć długimi włosami, zatańczyć zmysłowo, podnieść szpilkę bez zginania kolan, ugasić pożar, wyciągnąć drzazgę spomiędzy palców u nóg bez łaskotania, zachować czystość wśród wszelkich rozpustnych pokus, zagrać na lutni jednocześnie mieszając zupę, zmieniając pieluszki dziecku i przeżuwając kęsy pasztetu wsuwane następnie w bezzębne usta wiernego sługi. Ponieważ Rebeka zdała ten prosty i standardowy egzamin śpiewająco, Eliezer zawołał: "Biorę ją" i podarował Jej grubą, złotą bransoletę wysadzaną szlachetnymi kamieniami. Była ona tak ciężka, że gdy się ją wkładało, trzeba było mieć pod ręką wielbłąda, by na nim oprzeć dłoń. Rebeka doszła do wniosku, że za jednym zamachem trafił Jej się książę z bajki i wisiorek do kluczy. Przebaczyła więc Eliezerowi, że nie zamienił się w piękną wróżkę i razem odjechali do domu Abrahama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Izaak, ujrzawszy piękną młodą dziewczynę siedzącą na wielbłądzie, która w dodatku miała być tylko i wyłącznie dla niego, zaczął się wiercić jak fryga. Od tego kręcenia stał się szerszy niż wyższy, a uszy nieprzerwanie trzepotały mu jak rzęsy przerażonej sarenki. Przebiegł 5 razy naokoło podwórza, zaryczał jak słoń w czasie rui, przeszedł się na rękach, wlazł na sufit swojego namiotu, zjadł pluszową zasłonę i waląc tyłkiem o ziemię pobiegł schować się do studni. W końcu stanął przed Rebeką. Twarz miał czerwoną jak słońce zachodzące za górami, a palcami u nóg skubał rąbek swej szaty. Jego męskość wypychała szatę z przodu i zdawało się, że to sztandar dumnie niesiony na czele armii. Wtedy Abraham pobłogosławił ich oboje. Izaak zabrał Rebekę do namiotu Sary, zmarłej matki, i stało się, co miało się stać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Abraham żył 185 lat, a potem ku ogólnemu zdumieniu umarł. I tyle. Tymczasem Rebeka, żona Izaaka, okazała się bezpłodna. Lata mijały, Izaak dawał z siebie co mógł, ale bez skutku – nie mógł doczekać się potomka. Postanowił pomodlić się do Stwórcy, który kręcąc głową z zakłopotania szepnął mu coś na ucho, aż Izaak poczerwieniał na twarzy. Wieczorem powtórzył na ucho Rebece to, czego dowiedział się od Stwórcy. Z kolei Rebeka zrobiła się cała czerwona, trzepnęła go kilka razy patelnią po przyrodzeniu i wrzasnęła: "Widzisz, dobrze mi się zdawało! To nie było od tej strony, ale Ty jesteś bardziej uparty niż osioł. Wszystko wiesz lepiej. Gówno prawda". I okazało się nagle, że Rebeka nie jest już bezpłodna. I poczęła. Kiedy nadszedł czas porodu, wyszła z niej duża czerwona gąsienica. Wszyscy obecni dostali torsji, krew zamieniła im się w jogurt, a dzień utracił piękno w ich oczach. Położna zawołała, że po raz pierwszy w swej karierze widzi coś równie szokującego, a przecież przyjmowała porody nawet bardzo dystyngowanych dam. Gdyby wiedziała, kazałaby zapłacić sobie z góry, bo ryczałt tego nie obejmował. Rzecz, która wyszła z brzucha Rebeki, okazała się wielkim noworodkiem porośniętym długim, rudym włosem. Wyglądał jak mały, łakomy niedźwiadek wyciągnięty z kociołka pełnego porzeczkowej konfitury. Ponieważ położna wcale się nim nie zajmowała, wyszedł sam na czworakach podśpiewując pijacką piosenkę. Za nim wysunął się brat bliźniak, trzymając go za piętę, dlatego nazwano go Jakub, co znaczy: "Ten, który trzyma Ezawa za piętę". Rudzielca zaś nazwali Ezaw, co znaczy: "Ten, którego Jakub trzyma za piętę". Rebeka jak tylko wypluła z siebie tych dwóch przystojniaków, pobiegła po becikowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lata mijały, dzieci rosły. Ezaw stał się zręcznym myśliwym i całe dnie biegał po polach w poszukiwaniu śladów zwierzyny. Bezbłędnym węchem odróżniał drobne, czarne gówienka delikatnych sarenek od ogromnych, rzadkich placków nosorożca. Nie było w tym nic dziwnego, to był jego zawód. Gdy wchodził do wioski, małe dzieci chowały się pod spódnice matek, bo owłosiony był jak tur, czerwony jak cegła, silny jak byk i pyskaty jak ksiądz, który znalazł na tacy ołowianą monetę zamiast prawdziwej. Zapach jego potu był tak silny, iż pod koniec dnia obezwładniał w locie orła bujającego w obłokach. Oczywiście Ezaw nic o tym nie wiedział i uważał się za pięknisia. Był bowiem głupi. Ale za to szczęśliwy. Jego brat, Jakub, wolał spędzać czas w chłodnej kuchni na przygotowywaniu wyrafinowanych dań, był bowiem łakomczuchem. Ich ojciec większym uczuciem darzył myśliwego Ezawa, bo ten przynosił do domu najprzeróżniejszą zwierzynę, a Izaak lubił dobrze uwędzoną dziczyznę. Wokół jego namiotu wędził się zawieszone na słupkach udźce antylop, szyje żyraf, ozorki słowików i żabie udka. Aż w końcu przychodził dzień, w którym mięso spadało na ziemię. Rebeka natomiast nie lubiła Ezawa, bo zawsze włóczył się po miejscach pełnych błota i kolców, brudził się, darł ubrania i wciąż trzeba było prać i cerować jego rzeczy. Jakub, drugi syn, siedział w domu i grzecznie pomagał mamie w łuskaniu grochu. Rebeka wolała więc Jakuba. Któregoś wieczoru Ezaw wrócił do domu z polowania, czołgając się po ziemi ze zmęczenia. Wysuszony język zwisał mu z ust i prawie obrósł włosem, tak chciało mu się jeść i pić. Jakub przygotował właśnie danie z soczewicy, postawił je na stole i poszedł po coś do picia. W tym czasie szczur, amator soczewicy, wskoczył do miski i utopił się. Jakub, ujrzawszy jego wystający ogon, nie miał już ochoty na soczewicę. Wziął miskę z zamiarem wyrzucenia zawartości do gnojówki i właśnie w tym momencie wszedł Ezaw. Ujrzał miskę trzymaną przez brata i zawołał: "Daj mi, proszę Cię, o bracie, tej soczewicy, ponieważ jeśli zaraz czegoś nie zjem, umrę". Na co Jakub: "Oczywiście bracie, z całego serca. Nie pozwolę, by mój brat umarł z głodu. Czy masz czym zapłacić?" Ezaw: "Nie. Polowanie się nie udało". Jakub: "Szkoda" i podszedł do kupy gnoju. Nagle zatrzymał się, odwrócił i powiedział: "Ale przecież masz czym zapłacić. Jesteś pierworodny. Dziedziczysz po ojcu. Odstąp mi Twój przywilej, a soczewica będzie Twoja". Ezaw zaczął się mozolnie zastanawiać, bo nie wszystkie skomplikowane rzeczy rozumiał od razu, ale Jakub dodał: "Pospiesz się z decyzją, jeśli masz zamiar zjeść ją, zanim ostygnie!" Ezaw: "O bracie, jakiś Ty dobry i jak szybko myślisz! Wydawało mi się, że nie mam wyjścia, że będę musiał umrzeć z głodu. Ty jednak, z miłości do mnie, znalazłeś rozwiązanie!" Jakub: "Tak, tak, tak, bla, bla ,bla… nie gadaj tyle tylko powiedz: tak lub nie!" Jednocześnie wyciągnął rękę i zaczął powoli wylewać soczewicę do gnojówki. Ezaw zawołał: "Zaczekaj bracie! Zgadzam się! Zaczekaj! Mówię: tak! Zaczekaj! Tak!" I powtórzył to jeszcze 13 razy. Więc Jakub dał Ezawowi miskę z soczewicą. Ten zjadł, popił, beknął, otarł usta rękawem i podłubał szczurzym ogonem w zębach. Odchodząc pomyślał, że oszukał Jakuba, ponieważ ten mały intrygant sprzedał mu soczewicę za prawo pierworództwa nie wiedząc, że w środku był szczur. Ezaw za tę cenę miał więc soczewicę, i szczura. Uważał, że zrobił bardzo dobry interes. Przez całą drogę śmiał się z cicha. Jakub również śmiał się, a Stwórca na wysokościach zastanawiał się, dlaczego obaj są tacy zadowoleni. I tacy głupi. Nie było to normalne, musieli coś zbroić. Przyszło Mu do głowy, że takie małe coś w rodzaju Sodomy i Gomory nie byłoby może złym pomysłem. Pokazałby, że On wie o wszystkim. Jeśli nie miałoby pomóc, to w każdym razie nie mogło zaszkodzić. Potem zajął się czym innym, i cóż, tym razem nie było ani potopu, ani deszczu ognistego, ani cholery. No, przynajmniej nie bardziej niż zazwyczaj kiedy Stwórcy się nudziło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nauczcie się dobrze bajerować.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-6308136872887209394?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/6308136872887209394/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/08/chapter-2_17.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/6308136872887209394'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/6308136872887209394'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/08/chapter-2_17.html' title='Chapter 2'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-3963649956471648325</id><published>2009-08-10T12:48:00.000+01:00</published><updated>2009-08-10T13:19:36.330+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Z przyczyn technicznych Koniec Świata chwilowo odwołany.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Im dłużej się czeka, tym bardziej boli... a podobno czas leczy rany. Nie czekam na nic, bo szkoda na to czasu. Patrząc zbyt daleko przed siebie często nie widzimy tego, co właśnie mijamy. Iskrą jest to, co powoduje, że umiesz obudzić się i zasnąć. Iskrą jest to, że żyjesz. Jakkolwiek to brzmi. Niektóre rany należy opłakiwać tylko w samotności - i temu właśnie służy nasz biegun. A moje marzenia na najbliższy czas? Chciałbym... napić się Nieba.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nowy Testament jest do wglądu tylko zainteresowanym. Póki co na Listach nie zamierzam go publikować. A co do częstotliwości pojawiania się nowych wpisów, to paradoksalnie nie ja rozdaję tutaj karty, tylko Administrator internetu, z którym współpraca nie układa mi się najpomyślniej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW:&lt;br /&gt;Sodoma i Gomora zostały zniszczone – kawałek dobrej roboty. Aby spełnić obietnice Boga, stuletni Abraham kocha się z niemniej wiekową Sarą. Sara wydaje na świat Izaaka. Matka i dziecko czują się dobrze. Jest nadzieja na uratowanie ojca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tym całym zamieszaniu z Sodomą i Gomorą Stwórcy nudziło się troszeczkę więc postanowił po raz kolejny wypróbować Abrahama. Zawołał: "Abrahamie!" A ten odparł: "Już, już". Stwórca: "Jak się masz, Abrahamie?" Abraham: "Jak się mam? Wiesz to samo dobrze jak ja, jak się mam, a może nawet lepiej niż ja. A nawet wiesz, jak się będę miał jutro, bo przecież jesteś samą wiedzą. Czegóż więc chcesz?" Stwórca: "Odrobiny konwersacji!" Abraham: "A, to co innego, Panie. Trzeba było tak mówić od razu. Konwersacja to kwestia grzeczności. Nie chcę uchodzić za niegrzecznego, Panie, więc Ci odpowiadam: no cóż, jakoś leci, Panie, jakoś leci. Oprócz reumatyzmów, które na mnie zesłałeś, ostatniego zęba, który raczyłeś mi zostawić w dolnej szczęce tylko po to, by mnie bolał i bym gryzł się w język, oprócz pociągu, który raczyłeś rozpalić w mym sercu do młodych dziewcząt o jędrnych policzkach i delikatnych wargach, małych cycuszkach, białych tyłeczkach i gładkich brzuszkach, oprócz tej biednej starej Sary, którą Twą wszechdobroć pozostawiła mi ku rozkoszy i przyjemności, a którą stuletnie życie tak przygięło do ziemi, że twarz jej jest na wysokości siedzenia (i pobieżny obserwator nie jest w stanie rozpoznać, z którym końcem ma do czynienia, gdyż oba są identycznie pomarszczone, równie zżółkłe, równie łyse, równie wąsate i równie zafajdane w zagłębieniach), oprócz tego, Panie, jakoś leci. A Ty masz się dobrze?" Stwórca: "Wiesz Abra, ten szelma Lucyper przysparza mi zgryzot...". Abraham: "Nie musisz mi mówić, Panie, dzieci w dzisiejszych czasach, ho ho ho!... A teraz wybacz i nie myśl, że wystawiam Cię za drzwi, ale my, stworzenia ziemskie, nie mamy wiele czasu na pogaduszki, gdyż stworzyłeś nas i umieściłeś na ziemi, byśmy zdobywali chleb w pocie czoła. Nie chcę Ci czegokolwiek wypominać, ale trzeba być rozsądnym, jeśli cały czas będziesz nam przeszkadzał, nigdy nie będzie ani wiele potu na naszych czołach, ani wiele chleba do podziału". I Abraham wrócił do pracy, a zajmował się właśnie liczeniem bogactw, które uzyskał dzięki łaskawości Stwórcy. Bogactwa te były niezliczone i z dnia na dzień rosły. Akurat był przy stadach owiec. Za każdym razem, kiedy zaczynał liczyć owce, zasypiał. Nigdy więc nie mógł policzyć owiec do końca. Myślał sobie: "Po cóż mieć owce, jeśli nie wiadomo, ile ich jest? Ten kto nie wie ile ich ma, to jakby ich nie miał" I zasypiał! A więc gdy Abraham wrócił do liczenia owiec, Stwórca powiedział srogo: "Abrahamie!" Na co ten: "13844 barany i jeszcze jeden baran, to daje yyy... 13845 baranów... Tak? Słucham Cię, Stwórco. Chwileczkę, Panie. Jestem do dyspozycji, tylko zaznaczę na murze 13845 kresek..." Stwórca: "Abrahamie, mam chęć na ofiarę". Abraham: "Rozkazuj Panie. Pozwolę sobie jednak zauważyć, iż miałeś już jedną tego ranka, i to całkiem dużą, złożoną z dwunastu tłustych wołów, pięćdziesięciu owieczek, ponad pięćdziesięciu koźląt, około dwustu kurcząt i żyrafy, która akurat przybiegła, a na deser miałeś kompot ze śliwek, na trawienie. Ciekawe, gdzie Ty to wszystko mieścisz? Poza tym kiedy skazałeś w swej nieskończonej dobroci i sprawiedliwości naszych pierwszych rodziców na zdobywanie chleba w pocie czoła, nie było przy tym mowy o zdobywaniu dla Ciebie wołów również w pocie czoła". Stwórca: "Mam już dosyć ciężkostrawnego jedzenia. Me podniebienie domaga się czegoś delikatniejszego, a nozdrza pragną wyrafinowanego zapachu". Abraham: "Może by tak kuskus?" Stwórca: "Stwórca nie żywi się kuskusem". Wiekuisty czerwienił się, spuszczał oczy, kręcił na palcu lok śnieżnobiałej brody i w końcu odezwał się ponownie: "Abrahamie! Chcę, byś złożył mi w ofierze swego jedynego, ukochanego syna". Abraham: "Izaaka?" Stwórca: "Izaaka!" Abraham: "Izaaka??" Stwórca: "Izaaka!! Abraham: "Izaaka???" Stwórca: "Głuchy jesteś? Przecież mówię, że Izaaka!!!" Abraham: "Też coś... oszalałeś chyba". Stwórca: "No, no, no... nie pozwalaj sobie, to jest próba". Abraham: "Ach tak? Próba?" Stwórca: "Próba mająca wykazać, kogo bardziej kochasz Izaaka czy mnie". Abraham: "Więc mam prawo wybierać?" Stwórca: "Oczywiście, że masz prawo. Bez tego nie byłoby próby. Wystarczy, by wlać w Twoje serce więcej miłości do mnie niż do Izaaka". Abraham: "Nie krępuj się, proszę". Stwórca: "Dziękuję. Widzisz Abrahamie, naszła mnie ochota, by kochano mnie dla mnie samego. To chyba przez tą wiosnę. Dlatego wlałem do Twego serca odrobinę wolnej woli. Znaczy to po prostu, że możesz wybierać". Abraham: "Naprawdę mogę wybierać co chcę, o Panie?" Stwórca: "Naprawdę. Masz przecież wolną wolę". Abraham: "I tą wolną wolę dajesz mi na zawsze?" Stwórca: "Na zawsze. A teraz wiesz, co należy zrobić, Abrahamie, kiedy jest się małym, grzecznym Abrahamkiem który ma swoją wolną wolę i bardzo kocha swego Boga i Stwórcę". Abraham: "No, pomyślmy..." Stwórca: "A więc należy powiedzieć Wiekuistemu – Proszę, o Panie, dałeś mi wolną wolę,  to znaczy prawo do nieskrępowanego wyboru. A więc bez skrępowania zwracam Ci tę wolną wolę i odrzucam wolność. Będę robił tylko to, co Ci się spodoba – tak zrobiłby mały, grzeczny Abrahamek. Wiesz, co się wtedy przydarza małym, grzecznym Abrahamkom? Ich trzody mnożą się w nieskończoność, ich owce rodzą się z pięcioma nogami, krowy dają, gorącą czekoladę i lody pistacjowe, kury znoszą rubiny, diamenty i ładniutkie przyciski do papieru – całe szklane z kwiatkiem w środku, ich potomkowie są królami, konkwistadorami i urzędnikami państwowymi z comiesięczną pensją i zapewnioną emeryturą; a ich stara Sara umiera z chwilą, gdy zaczyna brzydko pachnieć, i można ją zastąpić słodkimi dziewicami o mlecznobiałej cerze. No, mniej więcej tak to się przedstawia". Abraham odparł: "Rozumiem. A teraz załóżmy – uwaga! Mówię wyraźnie: załóżmy – załóżmy, że Abrahamek powie – podyskutujmy, Panie. Może się dogadamy. Wilk będzie syty i owca cała. Odrobinę dobrej woli z obu stron w tych sprawach..." Wiekuisty: "Miałby prawo tak mówić. To przecież jest wolna wola. Ale oczywiście musiałby wtedy sam sobie radzić z pryszczycą, złodziejami, pożarami, głodem, wietrzną ospą, z owrzodzeniem żylaków i małżeńskimi awanturami. Tak jak wszyscy koledzy. Cudów nie ma... przynajmniej tym razem". Abraham: "To Twoje ostatnie słowo, Panie?" Stwórca: "Ostatnie". Abraham: "Jesteś twardy w interesach Panie". Stwórca: "Jestem". Abraham: "Niech stanie się wola Twoja". Stwórca: "Pięknie dziękuję za pozwolenie. A teraz idź! Zaprowadź Izaaka do kraju Moria i złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jaki Ci wskażę". Abraham jednakże nie odchodził, drapał się w głowę i widać było wyraźnie, że coś go gryzie. W końcu zapytał: "A Sara?" Stwórca: "Co Sara?" Abraham: "Co mam powiedzieć Sarze, matce Izaaka?" Stwórca: "A to już Twoja sprawa". Abraham: "Wyraźnie widać, że nie jesteś żonaty, Panie". I poszedł, kopiąc kamienie leżące na drodze i dłubiąc w nosie drapał się od wewnątrz w czoło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Abraham wstał rano, osiodłał osła i polecił Izaakowi przygotować się do drogi. Kazał mu porąbać drewno i wziąć je na plecy, do tego dorzucił  kilka dużych kamieni, na których miał zwyczaj składać ofiarę, przypasał sobie do pasa duży nóż ofiarny, w gliniany garnek wziął żar i ruszyli w drogę – Abraham na ośle, a za nim pieszo Izaak. Sara zapytała: "Dokąd zabierasz dziecko?" Abraham: "Yyy... no wiesz... wydaje mi się, że jest ostatnio blady. Zabieram go na przejażdżkę, by mógł odetchnąć świeżym powietrzem”. Sara: "Uważaj na niego. Przede wszystkim zwracaj uwagę, by nie wchodził w kałuże, bo jest delikatny. A Ty, Izaaku mój mały, nie zapomnij o szaliku. Uważaj też na przeciągi. Rozglądaj się na prawo i na lewo przy przechodzeniu przez pustynię, bo karawany pędzą jak zwariowane, nie zapominaj, że za jednym stadem baranów może podążać drugie, uważaj na ruchome piaski: trzymaj się zawsze za ojcem, gdyby w nie wpadł, zatkaj sobie uszy i daj mi szybko znać, że kolacja ma być tylko dla dwóch osób, nie ciągnij grzechotników za grzechotki, jeśli spotkasz tygrysa – pozdrów go grzecznie, jeśli chciałbyś nadepnąć krokodylowi na ogon, podchodź do niego z odpowiedniej strony. Jeśli spotkasz skorpiona, ugryź go pierwszy i uważaj na obstrukcje. Obchodź z daleka kobiety strojne w biżuterię, które doprowadzają mężczyzn do szaleństwa – to uwodzicielki, strzeż się morskich głębi wyciskających łzy z oczu matek, gryź dobrze wszystko co jesz, trzymaj się prosto, nie sikaj pod wiatr. A teraz chodź tu, żebym mogła policzyć Twe włosy. Jeśli zabraknie choćby jednego w dniu powrotu, ojciec będzie miał przerąbane. No! jedźcie i bawcie się dobrze!" Stojąc w drzwiach, Sara patrzyła na odjeżdżających, a w ręku trzymała gruby wałek z pachnącego drzewa cedrowego z gór Libanu, który służył jej do wałkowania ciasta na podpłomyki, i nie ruszyła się stamtąd aż do powrotu Abrahama i Izaaka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeciego dnia Abraham, uniósłszy oczy ku górze, dojrzał miejsce, ku któremu zmierzali. Poczęli wspinać się pod górę. Izaakowi było gorąco, osłu też. Izaak powiedział: "Ojcze! Jest mi gorąco". Osioł natomiast nic nie powiedział. Jednocześnie Izaak myślał: "Widzę, że ojciec chce złożyć ofiarę Wiekuistemu. Ma drewno, ogień, nóż i kamień ofiarny. Ale szczur starości wygryzł dziurę w serze jego pamięci: zapomniał zabrać rzeczy podstawowej – poświęconej ofiary. Ja mu o tym nie przypomnę. Kiedy dojdziemy do miejsca ofiarnego sam to spostrzeże i zacznie wyrywać sobie włosy z brody, a ja będę się mógł z niego śmiać". I żartowniś Izaak śmiał się w duchu na myśl o wspaniałym dowcipie. Kiedy doszli do miejsca wyznaczonego przez Stwórcę, Abraham ustawił ołtarz i ułożył drewno. Tymczasem Izaak coraz bardziej dusił w sobie wesołość i coraz trudniej mu było nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Następnie Abraham wziął Izaaka, związał go solidną liną i położył na przygotowanym drewnie. Wówczas Izaak nie mógł już się powstrzymać i wybuchnął ogromnym, radosnym śmiechem. Przeraził tym sępa, który przysiadł mu na głowie i liczył, że będzie pierwszy w kolejce do wydziobywania oczu. Abraham natomiast splunął na ostrze noża i starannie naostrzył je o kamień ofiarny. Śmiech Izaaka stał się tak donośny, iż odbijając się od gór przypominał grzmot, którym posługuje się Stwórca. Słysząc ten śmiech, ptaki na niebie zaczęły się śmiać i w konwulsjach spadły na ziemię, króliki tarzały się ze śmiechu i staczały się po zboczach do morza, a ryby zachłystując się śmiechem topiły się. Wąż ze śmiechu zawiązał się na supeł, kamienie pękały na pół, daktyle wypluwały pestki, niedźwiedź posikał się w futro, a wszystkie przeżuwacze składowały śmiech w podwójnych żołądkach, by móc wieczorem spokojnie przeżuwać w oborze. Wszystkie stworzenia boże zaraziły się śmiechem Izaaka, z wyjątkiem trzech, oto one: pierwszym był Abraham. Abraham nie śmiał się, bo biegał wokół Izaaka, machając ofiarnym nożem i wrzeszcząc: "Jak mogę czysto poderżnąć Ci gardło, jeśli się tak ciągle kręcisz? Przestań natychmiast, bo jak nie, to dostaniesz w pysk". Drugim stworzeniem był osioł. Osioł nie śmiał się, gdyż myślał: "Phi... To są drobne przekomarzanki między ludźmi a ich Bogiem. W rezultacie ten mały gówniarz nie zostanie złożony w ofierze, bo Bóg tego starego durnia przyśle Anioła, by w ostatniej chwili zatrzymał jego ramię. Anioł wskaże inną ofiarę zamiast gówniarza i okaże się, że znów będzie to jakieś niewinne zwierzę. Ponieważ nie dostrzegam tu, wśród kamieni, żadnego niewinnego zwierzęcia słusznego wzrostu prócz mnie, zupełnie nie widzę powodu do śmiechu". Trzecim był Stwórca. Stwórca myślał sobie: "Czemu ten gówniarz tak głupio się śmieje, zamiast trząść się ze strachu, pocić z przerażenia, krzyczeć i robić pod siebie? Ofiara bez łez to jak cielęcina bez musztardy. W dodatku ten stary dureń nie ma wcale poczucia wzniosłości i dostojeństwa, które w takiej sytuacji powinny mieć miejsce. Uwielbiam piękne ceremonie. Gdy się zapomina o poezji, liturgii, kadzidle, muzyce i temu podobnych uroczych drobiazgach, cóż pozostaje? Rzeźnia! Ot, co pozostaje. Ble... Ta ludzka nieudolność zepsuła mi apetyt". Wiekuisty zawołał Anioła włóczącego się w pobliżu i nakazał mu: "Idź, przerwij ten kabaret!", po czym odwrócił się i odszedł by w zastępstwie wywołać tyfus na policzku jakiejś narzeczonej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anioł już z góry zaczął wołać: "Abrahamie! Abrahamie!" Na co Abraham odpowiedział: "Czego tam? Nie widzisz, że jestem zajęty?" I nieprzerwanie machał nożem, próbując trafić Izaaka w szyję. Dźgał jak wariat, a Izaak skręcał się ze śmiechu i Abraham nie mógł trafić. Klął, pienił się, bluźnił i rwał sobie włosy z brody. W końcu Anioł złapał go za ramię i rzekł: "No, starczy tego. Wiekuisty kazał mi powiedzieć, że jest zadowolony. Jeśli Ci się nie udało, to nie z Twojej winy. Widać było, że wkładałeś serce w robotę". Abraham: "O! Co za łaskawość!... A ta cała droga, którą odbyłem, żeby Mu złożyć ofiarę, to co? Na próżno?" Rozejrzał się wokół siebie, a osioł pomyślał: "No tak, teraz zabierze się do mnie!" Anioł przerwał Abrahamowi: "Zajrzyj w krzaki, jest tam niespodzianka dla Ciebie". Abraham zajrzał, i ujrzał barana uwikłanego rogami w zaroślach. Złapał go i złożył w całopalnej ofierze, a osioł z ulgą po trzykroć wierzgnął, beknął i pierdnął. Wtedy Wiekuisty ukazał się Abrahamowi i rzekł: „To wszystko było dla śmiechu. Widzisz, jaki mogę być przekorny!” Na co Abraham: "Dziękuję Ci Panie, że nie zmusiłeś mnie do złożenia w ofierze osła – nie lubię chodzić piechotą". A Stwórca dorzucił: "Ponieważ nie oszczędziłeś syna swego jedynego będę Ci błogosławił i dam Ci jeszcze więcej stad, dam Ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i wydam Ci wszystkich Twoich nieprzyjaciół... i wszystkie temu podobne drobiazgi, o których już Ci mówiłem setki razy". Abraham czuł się dumny, że syn widzi, jakie dobre ma znajomości i jak dobrze jest oceniany przez przełożonych. Izaak wtrącił się do rozmowy: "Czy to prawda, o Panie, żeś Go o to prosił?" Abraham: "Ależ Izaaku, nie zadaje się pytań Stwórcy. Należy wyłącznie odpowiadać, gdy Stwórca o coś zapyta. Wybacz mu, Panie". Stwórca: "Tak, prosiłem Go o to". Izaak: "I On się na to zgodził?" Stwórca: "Tak, zgodził się". Izaak odchrząknął i splunął w twarz ojcu gęstą, lekko zielonkawą śliną. Abraham otarł twarz i zwrócił się do Izaaka: "Czy chcesz mi coś dać do zrozumienia, synku?" Ale Izaak już odchodził drogą, więc Abraham podążył za nim na ośle, rozmyślając o owcach, których tego dnia nie policzył, i taki był koniec miłego dnia na świeżym powietrzu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiekuisty był zadowolony, że Abraham nie wahał się złożyć w ofierze Izaaka i dlatego skierował na niego rzekę swych dobrodziejstw. Na początek Sara, żona Abrahama, umarła. Była kobietą sprawiedliwą i bogobojną, nigdy nie kopulowała z innym mężczyzną bez pozwolenia męża i wyłącznie w interesie rodziny. Wiedziała dokładnie, ile trzeba czasu na ugotowanie jajka na miękko, wiedziała, ile razy trzeba przetrzepać pogrzebaczem skórę bezczelnej służącej, która defiluje przed patriarchą z odkrytymi i uperfumowanymi piersiami. Abraham opłakiwał Sarę. Opłakiwał przez cały dzień, a w nocy zasnął. Następnego dnia powrócił do opłakiwania dokładnie w tym samym miejscu, w którym przerwał. W rozkwicie swych 150 wiosen Abraham miał zwyczaj uprawiać samogwałt dokładnie trzy razy na 3 lata, niezależnie od pogody. I właśnie drugiego dnia przypadał ten czas. Poczuł w żyłach burzącą się krew, a pod szatą podnoszącą się katapultę przyszłych generacji. Pomyślał: "Źródło życia nie wyschło we mnie, moje lędźwie kołyszą się w świetle księżyca jak truskaweczki na gałęzi bzu, mój członek podskakuje i opada jak gazela przywiązana tylnymi nogami do palika namiotu". Gdzieś około południa Abraham wziął sobie nową żonę. Nazywała się Ketura. Położył się z Nią i zrobił, co należało zrobić i rano popłakiwał za Sarą już tylko jednym okiem. Ketura miała delikatne policzki, świeżutkie uda i skorpiony nie zdążyły zagnieździć się w fałdach jej brzucha. Piersi Jej były ciężkie, ładnie pachniały i spod pach też Jej ładnie pachniało, choć nieco mocniej, tak jak z przyrodzenia. Abraham wiedział o tym już wcześniej, bo Ketura była jedną ze służących w ich domu i pomimo wyraźnych pręg pozostawionych przez pogrzebacz nigdy nie straciła nadziei. Od tego dnia Ketura stała się małżonką Abrahama i panią niezliczonych namiotów, stad i srebrnych łyżeczek. Rację ma mędrzec, który powiada: "Pomagaj sobie, jak umiesz, a Bóg Ci pomoże".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nigdy nie traćcie nadziei na lepszy żywot.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-3963649956471648325?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/3963649956471648325/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/08/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3963649956471648325'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3963649956471648325'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/08/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-1990413803002915153</id><published>2009-07-28T10:44:00.001+01:00</published><updated>2009-08-10T12:40:36.503+01:00</updated><title type='text'>Chapter 3</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 3... Czasem diabeł kusi mnie, bym uwierzył w Boga.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Są rzeczy na które nie mam wpływu. Jedną z nich jest zbliżający się koniec opowieści rodem ze Starego Testamentu. Większość tego co tu piszę jest zgodna z prawdą, bo wzoruję się na oryginale..&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, kto uśmiecha się, a kto krzywi, czytając to. Mam tylko nadzieję, że przewaga tych pierwszych ciągle się powiększa, bo moim zamysłem nie jest obrażanie kogokolwiek. Mamy zarówno wolność słowa (w której ramy w tym przypadku na pewno się wpisuję), jak i wolną wole, z pomocą której możemy sami określić, czy chcemy to czytać, czy nie. I najważniejsze – aby napisać kolejny rozdział tutaj, muszę kilka razy przeczytać oryginał...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Lepiej nie prowokować ministerstwa oświaty. Kto wie, jaki wpływ miałyby moje teksty na szerzenie religii w szkołach. Dzięki Bogu, że tak niewiele osób wie o tej stronie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do olifia:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Temat wkrótce się wyczerpie ku uciesze jednych i smutkowi drogich. Zaręczam Cię, że nieprędko przystąpię do publikacji Nowego testamentu. A w poczucie humoru wnikać nie będę, bo to indywidualna sprawa odbioru i sposobu interpretacji każdego z nas.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do olifia:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Temat wkrótce się wyczerpie ku uciesze jednych i smutkowi drogich. Zaręczam Cię, że nieprędko przystąpię do publikacji Nowego testamentu. A w poczucie humoru wnikać nie będę, bo to indywidualna sprawa odbioru i sposobu interpretacji każdego z nas. Odzywam się co jakiś czas do Ciebie i czekam na odpowiedź, ale mój telefon wciąż milczy...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;... i zdało sobie sprawę, że popełniło największy błąd w swoim życiu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ja też wątpię, ale czy nie mogę być tak głupi żeby cieszyć się nadzieją?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW:&lt;br /&gt;Bóg ma dużo zmartwień: mieszkańcy Sodomy są dokładnie tak zdeprawowani, jakimi ich stworzył. Czas więc na tak oczekiwany przez wszystkich nieoczekiwany zwrot akcji i pierwsze trupy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkańcy Sodomy nie wiedzieli, że ich dni zostały policzone w trybunale Pańskim i bardziej niż kiedykolwiek pławili się w rozpuście i bezeceństwach. Każda minuta ich istnienia była obelgą dla Stwórcy, a całe ich zainteresowanie skierowane było na przyjemności cielesne. Cały wysiłek zaś na wymyślanie coraz to nowych sposobów wyciśnięcia z dolnych gruczołów jak największych dreszczy. Znali 32 razy 32 sposobów kopulowania, a każdy z nich był inny, wiele z nich było bardzo ładnych, a niektóre wręcz trudne. Ułożyli z nich dokładny katalog, ostrym dłutem wykuli go w kamieniu i ustawili na głównym placu w mieście. Wszystko było tam bardzo ładnie wyrysowane i łatwe do zrozumienia. Zrobili to z myślą o tym, by każdy mógł w każdej chwili wybrać sobie sposób kopulacji spośród sposobów kopulacji, inspirować się nim i rozkoszować. Nic, co plugawe, nie było im obce, a na widok wszelkich okropieństw ciekła im ślinka. Na przykład na kazirodztwo w łóżku wymoszczonym konfiturą z truskawek, na zoofilię za pomocą stołka służącego do dojenia krów, na uwodzenie nieletnich w kołysce, na zdradę podczas łuskania groszku do zupy, na myśl o koprofagii łyżeczką od herbaty, na orgietkę w oborze, na biczowanie przy dźwiękach fletu, a nawet na samotną przyjemność w lekko nadgnitym melonie. Wszystko to potrafili robić bez użycia rąk, a nawet stojąc na jednej nodze, ale przyjemnością, którą delektowali się ponad wszystko, była ta, którą odnajdywali w dołach kloacznych. Przyjemność po tysiąckroć nieczysta, najobrzydliwsza z obrzydliwych, ta, która z mężczyzny robi kobietę, a z kobiety rzecz zbędną. Dlatego przez wieki wieków ten występek związany jest z ohydną nazwą Sodomy. Jeśli o kimś powiemy: "Ten tam jest sodomitą", wtedy dzieci będą się z niego śmiać, będą mu pokazywać wała i rzucać za nim kamieniami. Woń Sodomy rozpełzła się po okolicy, a była to latryn. Wdychając ją nieśmiały osiołek nagle zerwał uzdę i rzucał się na wspaniałego lwa i sodomizował go w obliczu niebios. Oto jakimi byli mieszkańcy Sodomy, Ci w rzeczy samej nieposkromieni grzesznicy, jakimi ich Stwórca tworzył, ale to nie oznaczało, że mogli sobie na wszystko pozwolić. Ponieważ Bóg wypełnił serce człowieka przywarami, by ten musiał zasłużyć się cnotą, aby być zbawionym. Ci, którzy mają więcej przywar, to jego pupilki, bo ich cnota będzie tym większą pod warunkiem oczywiście, że zaakceptują warunki gry. To, co najbardziej denerwowało i złościło Stwórcę, i wzburzało mu żółć w wątrobie to to, iż policzki mieszkańców Sodomy były różowe, ich oczy błyszczały, zdrowie im dopisywało i nie przestawali śmiać się i śpiewać wtedy, gdy się kochali, to znaczy dosyć często. Na wprost Sodomy, po drugiej stronie doliny, stało inne miasto i zwało się Gomora. Mieszkańcy Gomory też byli wielkimi grzesznikami, oni także mieli swoje zboczenie, a to zboczenie było jeszcze bardziej ohydne niż sodomia, zboczenie panujące w Gomorze, i to zboczenie nazywano gomorią. Gomoria była zboczeniem tak ohydnym, że nigdy nie było dokładnie wiadomo, na czym polega. Niestety. A przecież Wiekuisty obiecał Abrahamowi: "Zgoda. Jeśli znajdziesz 10 sprawiedliwych w Sodomie, z miłości do nich daruję całemu miastu. Powiedziałem. Hop-siup! Parura! Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera". Abraham nie znalazł 10 sprawiedliwych w Sodomie, a przecież szukał wszędzie i wszystkich, których napotykał, grzecznie pytał, czy przypadkiem nie są sprawiedliwi. Gdy tak pytał, ludzie odpowiadali mu grubiańsko i dziwili się, dlaczego nie sodomizuje kogoś lub czegoś, jak to jest w tutejszym zwyczaju zamiast zanudzać wszystkich pytaniami i statystyką. Pod koniec dnia Abraham był bardzo zmęczony, opluty i pokryty nieczystościami. Przegrał zakład z Wiekuistym. Ze strony Boga było to nie fair zakładać się ze stworzoną przez siebie istotą, gdyż zakład to hazard, i jeśli sam Wiekuisty daje zły przykład, to do czego to dojdzie? Ale przede wszystkim to nieuczciwe z jego strony, bo wynik zna z góry, bo wie wszystko. Co za oszust! A zatem Abraham znalazł w całym mieście tylko jednego sprawiedliwego – Lota, własnego bratanka. Rzekomo przypadkiem... Pod wieczór dwaj Aniołowie wysłani przez Stwórcę weszli do Sodomy. Lot odpoczywał przed domem, wieczorny wiaterek hulał w jego szatach, pieścił włoski na łydkach i orzeźwiał miejsca intymne, zazwyczaj źle wietrzone. Lot zobaczył nadchodzących Aniołów, wstał, wyszedł naprzeciw i oddał im pokłon do ziemi. A Jego w niebo wypięty tyłek ukazał dziurę w szacie, a przez dziurę aniołowie ujrzeli to, co ujrzeli, poczuli to, co poczuli, i zdziwili się do granic zdziwienia. Ponieważ Aniołowie nie posiadają dolnej części pleców podzielonej na dwoje i brak im otworów do wydzielania odchodów, nigdy czegoś takiego nie widzieli. Pomyśleli, że człowiek przez nieostrożność usiadł na dobrze zaostrzonej siekierze i rozśmieszyło ich to. Tymczasem Lot zwrócił się do nich: "Raczcie panowie moi, zajść do sługi waszego na nocleg. Nie zapomnijcie umyć nóg i używać sukien, bo właśnie wyfroterowano podłogi". Aniołowie odrzekli: "Niezmierne dzięki, sprawiedliwy człowieku o pięknym tyłku. Nie chcemy przeszkadzać, a poza tym wolimy nie wchodzić do domu, w którym na krzesłach walają się siekiery. Spędzimy noc na dworze". Ale Lot tak ich męczył, tak nalegał, że zgodzili się wstąpić do niego. On zaś przygotował wieczerzę poleciwszy upiec chleba przaśnego. I posilili się. Patrzył, jak jedzą, i myślał: "Aniołowie nie wiedzą, że ich rozpoznałem. Wiekuisty z pewnością wysłał Ich by mnie wypróbować. Jeśli o Nich zadbam i jeśli będą zadowoleni z mej gościny, to spełnią me trzy życzenia. Albo zamienią mnie w piękną, młodą dziewczynę". Pomyślał sobie jeszcze na końcu: "Jak na czyste duchy, to zdrowo machają widelcem. Zastanawiające, gdzie im się to wszystko mieści". Tymczasem, mieszkający w Sodomie mężczyźni, od najmłodszego do najstarszego, ze wszystkich stron miasta otoczyli dom i wołali do Lota: "Hej cudzoziemcze! Gdzie są dwaj piękni chłopcy, którzy przyszli do Ciebie dziś wieczorem? Niech wyjdą, abyśmy mogli ich zsodomizować!" Wówczas Lot wyślizgnął się z domu przez uchylone drzwi i zamknąwszy je za sobą zwrócił się do nich, pilnując jednocześnie, by plecy, a szczególnie dolna ich część ściśle przylegały do drzwi: "Bracia moi, nie róbcie Im tego, to nie wypada. Oni są moimi gośćmi. A poza tym zaraz po jedzeniu to źle wpływa na trawienie". Ale szaleńcy nie chcieli słuchać i wołali coraz głośniej: "Dawaj facetów! Dawaj facetów!" I gestami podkreślali, co mają zamiar im zrobić, podśpiewując: "Hop! ciup, ciup!" Lot: "Ależ to są Aniołowie Pańscy! aniołowie wysłani przez Wiekuistego!" Wtedy tamci wykrzyknęli: "Hosanna! Jeszcze nigdy nie sodomizowaliśmy aniołów! Hosanna! hop! ciup, ciup!" I tłum zaczął napierać na drzwi domu Luta, ich wołanie było jak uderzenie pioruna, a ich kutasy sterczały ku gwiazdom jak las dzid. Wtedy Lot zaproponował: "Mam dwie córki, które jeszcze nie żyły z mężczyzną, pozwólcie, że je wyprowadzę do was. Postąpicie z nimi, jak wam się podoba, byle byście nie skrzywdzili Aniołów, bo przecież są oni pod moim dachem". Lecz Sodomici krzyknęli: "Dziewczyny? Ble...!" i splunęli na ziemię. I dodali: "Ten cudzoziemiec zamieszkał u nas, je nasz chleb, a teraz chce nas pouczać! Chciał, to ma, do niego też się dobierzemy!"  Rzucili się na Lota i trochę go zgwałcili. Uch! Lecz zrobili się w konia, gdyż stary Lot był równie świeży jak stara, rdzewiejąca w polu beczka. Dokonawszy tego zaczęli walić w drzwi, by je wyważyć. Wtedy Aniołowie położyli dłonie na wymęczonym i głupio uśmiechniętym Locie, wprowadzili go do domu i zaryglowali drzwi. Po czym oślepili tłoczących się Sodomitów - począwszy od najmłodszego ssącego jeszcze mleko matki, aż do najstarszego jeżdżącego wózkiem inwalidzkim. Lot był z tego zadowolony, ale uznał, że Aniołowie mogli pomyśleć o tym odrobinę wcześniej... Po chwili zwrócili się do Lota: "Kogokolwiek jeszcze masz tu, zięcia, synów i córki, oraz wszystkich bliskich wyprowadź ich z miasta, ponieważ zniszczymy je na polecenie Wiekuistego". Po czym zakasali rękawy anielskich szat i splunęli w dłonie. Lot tymczasem poszedł porozmawiać z żoną, córkami i z narzeczonymi córek: "Chodźcie, wyjdźcie z tego miasta. Będą tu miały miejsce porachunki między Stwórcą i mieszkańcami Sodomy. To nas nie dotyczy, nie mamy nic z tym wspólnego. Odejdźmy więc i pozwólmy im dogadać się między sobą. Wrócimy, gdy skończą, i zobaczymy kto wygrał". Ale młodzi ludzie (prawie – zięciowie Lota), domyślili się, iż coś się za tym kryje: "Ty stary ropniaku! Ty gówno starej sowy! Chcesz oddalić nas od tego miejsca, obawiasz się, że zagustujemy w tutejszych obyczajach, że zaczniemy zaniedbywać Twe córki lub też honorować je będziemy tylnym wejściem pozbawiając Cię następców. Jeśli tak myślisz, to masz rację. Otóż zagustowaliśmy w rozkosznych obyczajach Sodomy i połączyliśmy się węzłem małżeńskim. Jeśli chodzi o twoje siusiumajtki, możesz posypać je cukrem i wsadzić sobie gdzie chcesz! I bździu!" Tymczasem nadszedł ranek fatalnego dnia. Aniołowie widząc, że Lot nie spieszy się z udaniem w drogę, wzięli go za ręce, jak również jego żonę i córki, i wyprowadzili poza miasto. Jeden z Aniołów rzekł: "Uciekaj, abyś ocalił swe życie. Nie oglądaj się za siebie i nie zatrzymuj nigdzie w tej okolicy, ale szukaj schronienia w górach. Stwórca oszczędza Ciebie i Twoich z miłości do Abrahama. Pospiesz się, jesteśmy już spóźnieni, a musimy wszystko zburzyć przed wieczorem. Jeśli będziesz w pobliżu, gdy zacznie spadać ogień niebieski, tym gorzej dla ciebie, nie możemy się rozdrabniać". Lot pospieszył w góry, a ogień niebieski zaczął ogarniać Sodomę i Gomorę. Z łaski Wiekuistego ogień i siarka wszystko bardzo dobrze paliły: domy, drzewa, mężczyzn, kobiety, a nawet niemowlęta, które nie miały jeszcze okazji zakosztować grzechu, krowy, cielaczki, owce z ich małymi, kotki z kociętami, małe ptaszki i inne zwierzęta, które nawet nie wiedziały, co to grzech. Lepsza jednak jest sprawiedliwość od bałaganu. Takie jest prawo Stwórcy. Ku niebu uniósł się czarny, tłusty dym, równinę spowił zapach pieczonego mięsa i ziemią wstrząsnął okropny krzyk złożony z tysięcy okrzyków bólu. Jeśli uważnie nadstawiło się ucha, to można było wyłowić wśród nich okrzyki radości wydawane przez masochistów, którzy umierali śmiejąc się, co zepsuło odrobinkę przyjemność Wiekuistemu. Sodoma została zniszczona. I Gomora została zniszczona. I cała okoliczna równina została zniszczona wraz z miastami i mieszkańcami, i nasionami w ziemi, a nawet samą ziemią aż do litej skały. Dopiero wtedy Stwórca poczuł się zadowolony i płatki jego serca nabrzmiały jak nabrzmiewa ziarno fasolki hodowane na mokrej gazie, ponieważ z tą chwilą kraj stał się wolny od wszelkiego grzechu i był krajem absolutnie sprawiedliwym. Przynajmniej przez czas stygnięcia. Anioł Pański natomiast powiedział Lotowi i jego rodzinie: "Nie oglądajcie się za siebie". Tak też uczynił Lot i jego córki, ale żona Lota spojrzała do tyłu i natychmiast zamieniła się w słup soli. Gdy Lot obejrzał się i nie ujrzał żony idącej za nim, zaniepokoił się, bo to ona niosła koszyk z wałówą. Ściął gałąź drzewa, zrobił pałkę i wrócił się, by zachęcić żonę do szybszego marszu, a gdy ujrzał ją, cała była z soli i błyszczała w słońcu. Pomyślał wtedy szybko: "No i proszę! Najpierw Stwórca ratuje tę kobietę, gdyż potrafiła pozostać czystą i niewinną przez całe życie wypełnione pokusami. A teraz dla jednego spojrzenia przez ramię karze ją tak ciężko jak wszystkich innych. Nie mogę uwierzyć, by w swej nieskończonej mądrości uważał ciekawość za wadę jeszcze gorszą niż wszystkie zbrodnie Sodomy. Sądzę raczej, że w swej nieskończonej dobroci spostrzegł, iż zapomniałem zabrać soli. Cóż za uprzejmość ze strony Opatrzności Boskiej. Dzięki Ci, Panie! Dzień ten jest  już i tak wystarczająco ciężki, żebym  jeszcze w dodatku musiał jeść  jajka na twardo bez soli..." I Lot zeskrobał nieco soli z żony, wziął koszyk z wałówą, i poszedł w góry z córkami wlokącymi się za nim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Idźcie na spacer do szpitala psychiatrycznego.Przekonacie się, że sama wiara nie dowodzi niczego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-1990413803002915153?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/1990413803002915153/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/07/chapter-3.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/1990413803002915153'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/1990413803002915153'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/07/chapter-3.html' title='Chapter 3'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-8057417082564214503</id><published>2009-07-21T08:33:00.000+01:00</published><updated>2009-07-21T08:43:09.921+01:00</updated><title type='text'>Chapter 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 2... Myślę, że jestem. Więc jestem. Tak myślę. Bo jestem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do olifia:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Twój styl również. Zwłaszcza styl rysowania.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, kto uśmiecha się, a kto krzywi, czytając to. Mam tylko nadzieję, że przewaga tych pierwszych ciągle się powiększa, bo moim zamysłem nie jest obrażanie kogokolwiek. Mamy zarówno wolność słowa (w której ramy w tym przypadku na pewno się wpisuję), jak i wolną wole, z pomocą której możemy sami określić, czy chcemy to czytać, czy nie. I najważniejsze – aby napisać kolejny rozdział tutaj, muszę kilka razy przeczytać oryginał...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiara nie ma tu nic do rzeczy. To lekki tekst na poważny temat. Tylko od Ciebie zależy, czy wpasujesz się w tego rodzaju poczucie humoru i cięty sposób opisywania często trudnych i zawiłych opowieści. Za mało wierzysz? A kto wierzy za dużo? I w co? Nie dziwię Ci się, bo sam nie wierzę w to, że wierzę... lub odwrotnie. Gdybyś nie była na biegunie, poczułbym to od razu. Pozdrawiam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Moja cisza spowodowana była brakiem dostępu do sieci, nieobecnością w kraju i milionem innych czynników, które rodzą się każdego lata. W tym czasie skończyłem interpretować całą Księgę Rodzaju i pozostaje mi teraz tylko wklejanie co jakiś czas poszczególnych rozdziałów. Zabieram się za Nowy Testament. Może kiedyś opublikuję go tutaj.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW&lt;br /&gt;Aby utrudnić zrozumienie Biblii nam (czytającym), Bóg reorganizuje nieco życie na planecie Ziemia. Od tego momentu potyczki i układy lokalnych władców są bardziej zawiłe niż fabuła "Mody na sukces".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Saraj, żona Abrama, nie urodziła mu potomka. Miała zaś niewolnicę, Egipcjankę zwaną Hagar. Rzekła więc Saraj do Abrama: "Wiedz, że Wiekuisty sprawił, że jestem bezpłodna, że me jajniki są suche i dzwonią jak grzechotki, że mój brzuch jest jak szuflada bez pajaca, ale proszę Cię, zbliż się do mojej niewolnicy i zapłodnij Ją. Z Niej będę miała dzieci. Ale, ale... poczekaj! Abram! Wracaj! Nie spiesz się tak, jeszcze mam coś do dodania. Nie zapominaj, że zapładniasz Ją dla mnie i przez cały ten czas myśl intensywnie o mnie". Abramowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, z ochotą posłuchał rady Saraj. Zbliżył się do Hagar, która czekała na niego ubrana w prześwitujące jedwabie i brzęczące mosiężne bransolety. Nawet umyła sobie nogi. Abram położył się na Niej, a położył Jej na twarzy olejny obraz, który dała mu Saraj. Ten obraz był portretem Saraj w dodatku tak udanym, że Abram nie mógł zapłodnić Hagar ponieważ sam widok portretu mroził mu nasienie w jajach, a jego członek zwijał się w rulon jak język kameleona. W końcu po ciężkich bojach i tysiącach nieudanych prób Hagar zrobiła, co miało być zrobione, i poczęła. Gdy Hagar poczuła się brzemienna, zaczęła lekceważyć swą panią. Saraj rozgniewała się i rzekła do Abrama: "Przez Ciebie doznaję zniewagi. Wybieraj! Albo Ona, albo ja. Pamiętaj jednak, że jeśli każesz mi odejść, zabiorę ze sobą stada, służbę, dywany, wielbłądy i mały żółty czajniczek do parzenia herbaty dlatego, że to wszystko należy do mnie". Abram zastanowił się, następnie odpowiedział Saraj: "Przecież niewolnica Twoja jest w Twojej mocy. Postąp z Nią, jak będziesz uważała za dobre". Wówczas Saraj zaczęła kopać Hagar w brzuch, a ta uciekła sprzed Jej oblicza, ale Anioł Pański znalazł Ją na pustyni u źródła i rzekł: "Hagar, niewolnico Saraj! Skąd przyszłaś i dokąd idziesz?" A ona odpowiedziała: "Ponieważ jesteś Aniołem Pańskim, powinieneś to wiedzieć. A jeśli nie wiesz to znaczy, że nim nie jesteś. I tyle! Więc co Cię to obchodzi?" Wtedy Anioł Pański rzekł do Niej: "Wróć do Twej pani i pokornie poddaj się pod Jej władzę". Hagar odrzekła: "Chyba zgłupiałeś, jeszcze czego!" Anioł: "No, Hagar, dobrze wiem, co to znaczy służyć w mieszczańskim domu, myślisz, że mój szef tam na górze nie miewa kaprysów?" Hagar: "Ale Ty masz skrzydła i zawsze możesz odfrunąć. Powiedz, można dotknąć? To są naprawdę pióra? Ale miękkie i pachną pierzyną. Och, jaki Ty jesteś silny!..."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[2 godziny później]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hagar: "Myślisz, że zniosę jajko?" W tym momencie zabrzmiało uderzenie pioruna, a Anioł rzekł: "Było miło, ale szef mnie woła. O czym to mówiliśmy? Aha, Stwórca mówi, że rozmnoży Twoje potomstwo tak bardzo, że nie będzie można go policzyć i sprawi, iż z Ciebie zrodzi się wielki naród". Hagar: "Och, Stwórca mówi to wszystkim kobietom". Anioł dodał jeszcze: "Urodzisz syna, któremu dasz imię Izmael. Wiem, że głupio, ale tylko takie nam zostało wolne". A kiedy Abram miał 99 lat, ukazał mu się Pan i rzekł: "Zawarłem przymierze z Tobą więc staniesz się ojcem mnóstwa narodów". Abram odparł: "Już mi to mówiłeś, o Panie. Bez obrazy, ale chyba się powtarzasz". Stwórca: "Milcz! Oddam też Twym przyszłym potomkom cały kraj Kanaan. Czyż to nie dobry prezent?" Abram: "Dogadzasz mi, o Panie, lecz lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Więc gdybyś miał jakieś drobne przy sobie, to mi na razie wystarczy. Resztę Ci odpuszczam". Stwórca: "Nawet królowie będą wśród Twego potomstwa. Słyszysz? Królowie!" Abram westchnął: "No dobrze, królowie! Coś takiego... rozpuszczasz mnie". Stwórca: "Jesteś zadowolony?" Abram: "Szaleję z radości o Panie. A teraz, jeśli pozwolisz, przypomniałem sobie, że zostawiłem mleko na ogniu..." Stwórca: "Pamiętaj, obsypuję Cię dobrodziejstwami, ale musisz wielbić tylko mnie. Jam jest Twój Bóg zazdrosny, nigdy o tym nie zapomnij. Jestem też Bogiem kapryśnym. Przede wszystkim nie będziesz się już więcej nazywał Abram, lecz Abraham". Abraham: "To to samo". Stwórca: "Wcale nie. W środku jest samo h". Abraham: "Samo h? Jak to wymówić?" Stwórca: "Przyciskasz język do dolnego podniebienia i jednocześnie wydychasz mocno powietrze przez otwarte usta". Abraham: "Twe zamiary są niezbadane o Panie. Jeśli to ma Ci sprawić przyjemność, poćwiczę. Abragrrram... Abraszam... Wydaje mi się, że chwytam". Stwórca: "To nie wszystko. Twoja żona będzie się nazywała Sara. Dla potwierdzenia przymierza, które zawieram z Tobą, Ty i Twoje potomstwo będziecie nosić znak na swym ciele: wszyscy mężczyźni będą mieli przecięty napletek. I będzie się to zwać obrzezaniem". Abraham: "Nigdy by mi to miejsce nie przyszło do głowy o Panie. Mam brodawkę na nosie, która zmusza mnie do zezowania. Czy nie mógłbyś na znak naszego przymierza...?" Stwórca: "Nie próbuj mnie wkurzać, Abrahamie. Będę bardzo dobrze wiedział, czy składasz mi w ofierze brodawkę, czy napletek, bo brodawka pachnie brodawką, a napletek – napletkiem". Więc Abraham wziął swego syna Izmaela i wszystkich urodzonych w jego domu i tych, których nabył za pieniądze i obrzezał im napletki, tak jak mu to nakazał Bóg. Ponieważ nie był ekspertem w tych sprawach i rękę miał ciut ciężką, na początku niektórym a to obciął żołądź z napletkiem, a to cały członek z żołędzią, a czasem i jądra z członkiem, a raz zdarzyło się nawet, że i część pośladka... Wszyscy wiedzieli, że nie robił tego naumyślnie, więc nie mieli do niego pretensji. Abraham liczył sobie 99 lat, gdy odciął sobie napletek i dołożył do imienia "h".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnie Stwórca ukazał się Abrahamowi na równinie Mamre, gdy ten siedział u wejścia do namiotu, w najgorętszej porze dnia. Podniósł oczy, spojrzał i ot, co ujrzał: stało przed nim trzech ludzi. Natychmiast gdy ich spostrzegł, podbiegł do nich i pokłonił się. Po czym szybko wbiegł do namiotu i zawołał do Sary: "Prędko zaczyń ciasto z trzech miar najczystszej mąki i poczęstuj ciastem tych facetów, Jednym z nich bowiem jest nasz Pan i Stwórca, ale nie mogę dojść który". Następnie Abraham pobiegł do stada, wybrał dobrego, delikatnego cielaka i nakazał służącym, by pospieszyli się z zarżnięciem go i upieczeniem. Krowa długo opłakiwała piękne maleństwo i pomyślała, że za każdym razem, gdy ludzie chcą uczcić swego Boga, to ofiarą tego padają delikatne cielaczki o różowych pyszczkach, a przecież krowy nie składają w ofierze ludzkich dzieci dla uczczenia Boga krów. Jasno z tego wynika, że Bóg ludzi jest potężniejszy od Boga krów. Kiedy się najedli, jeden z trzech mężczyzn powiedział: "Powrócę do Ciebie za rok, zaś Twoja żona Sara będzie miała wtedy syna". Sara podsłuchiwała u wejścia do namiotu. Była stara i posunięta w latach, już od dawna nie miewała przypadłości właściwej kobietom i nie brudziła już niczego, co niechlujne kobiety mają zwyczaj brudzić. Pomyślała tylko: "Mój brzuch jest jak pusty worek, zwisa między nogami jak kowalski fartuch i ciągnie się za mną po ziemi. I to tam w środku ma rosnąć dziecko? I kto mi je zrobi, to dziecko? No oczywiście, nie mój mąż, Abraham, bo z wiekiem jego instrument stał się miękki i mało sprężysty jak rozgotowany w zupie makaron". Trzej obcy podnieśli się, a Abraham idąc przodem prowadził ich. "Ten cielak był wyśmienity" – powiedział Stwórca – "i ciasto także, ale nieco ciężkie. Nie powinienem brać 7 dokładek. Przejdę się chyba do Sodomy, gdzie właśnie mam coś do załatwienia, to ułatwi mi trawienie i beknięcie". Po chwili Stwórca ujrzał Sodomę i rzekł: "Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich są bardzo ciężkie. Te świntuchy tylko jedno mają w głowie. Wymyślili nawet grzechy, które mi nigdy nie przyszły na myśl. Przez nich mojej świętej księgi Biblii, nie można dawać wszystkim do czytania. Ponieważ jednak jestem w dobrym humorze, spuszczę na nich ogień niebieski i wszystkich usmażę, co do jednego. Szybko i raczej bezboleśnie". Abraham padł mu do nóg i powiedział: "O Wiekuisty, z pewnością pomysł Twój jest świetnym pomysłem, a ja jestem jedynie prochem i skrawkiem paznokcia. Niemniej odważam się zgłosić zastrzeżenie co do Twego pomysłu. Zastrzeżenie, które przyszło mi do głowy, a które z pewnością umieściłeś w niej, bym mógł Ci je przedłożyć. Więc pozwalam sobie to zrobić". Stwórca słysząc to z początku zmarszczył brwi i podniósł prawicę, by zamienić źle wychowanego zuchwalca w krowie łajno, ale usłyszawszy dalszy ciąg pomyślał: "Rzeczywiście, jeśli temu robakowi mógł przyjść jakiś pomysł do głowy to dlatego, że ja to sprawiłem. Jeśli ten pomysł okaże się złym pomysłem, wówczas zamienię go w coś gorszego niż krowie gówno. Jeśli zaś ten pomysł będzie lepszy od mojego, to również zamienię go w coś gorszego od gówna. Tylko nie wiem jeszcze w co". I Wiekuisty rzekł do Abrahama: "Mów, słucham Cię z dobrocią". Usadowił się wygodnie chrupiąc orzeszki, a Abraham powiedział: "Oto pomysł, który włożyłeś mi do głowy: może w Sodomie znajdzie się 50 sprawiedliwych, którzy chwalą Pana. Nie szkoda byłoby ich usmażyć razem z innymi?" Stwórca: "Jeśli znajdę w Sodomie 50 sprawiedliwych, to jak mam zrobić, żeby ich oszczędzić, a innych usmażyć?" Abraham: "To już Twoja sprawa Panie. Podobno jesteś Wszechmogący". Stwórca: "No tak, zapomniałem. Dobrze, nie bawmy się w detale. Jeżeli znajdziesz 50 sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu. No, niech stracę". I pomyślał: "50 sprawiedliwych! Ale głupek z tego Abrahama! Zawsze mnie rozśmieszy". Abraham powiedział: "O Panie, jestem tylko sadzą i żabim gównem, ale odważam się zauważyć: gdyby tak zabrakło 5 sprawiedliwych? Cóż to jest 5 sprawiedliwych więcej lub mniej? No jak, Stwórco?" Stwórca: "No niech będzie 45". Abraham pokłonił się jeszcze niżej i rzekł: "Jestem tylko ziarnkiem piasku do kociego nocnika i wyschniętym smarkiem z nosa, racz jednak mnie wysłuchać: a gdyby tak znalazło się tylko 40?" Stwórca: "Zgoda na 40". Abraham całkiem wcisnął się w ziemię i rzekł: "O Panie. jestem tylko włosem w tyłku wrzeszczącej małpy i miesięczną wydzieliną oblepioną końskimi muchami. Jednakże... a gdyby tak 30? To ładna liczba. To prawie jak 33, a to święta liczba. Powiedz, Panie, no, powiedz!..." Stwórca: "No dobrze. Ale to moje ostatnie słowo". Abraham wziął łopatę, wykopał dół, wlazł do niego i upokorzył się jeszcze niżej, mówiąc: "O Panie, jestem tylko wyskrobkiem spod paznokcia chorego na tyfus i dziurawym zębem trzonowym wyplutym przypadkiem przez piekarza w wyrabiane ciasto. Jednakże..." Stwórca: "10. Ani jednego mniej. I spadaj już, bo zaczynasz śmierdzieć". Po czym ziewnął, czknął, podniósł się i poszedł sobie, bo właśnie zjadł wszystkie orzeszki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nie dopuszczajcie do głosu feministów, szowinistów i wszystkich innych chorych na uprzedzenia "ruchów wyzwolenia ludzkości". Pozwolić im decydować to tak, jak zafundować psu wakacje w Chinach. Tego chcecie?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-8057417082564214503?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/8057417082564214503/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/07/chapter-2.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8057417082564214503'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8057417082564214503'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/07/chapter-2.html' title='Chapter 2'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-111758417700238737</id><published>2009-07-07T11:35:00.000+01:00</published><updated>2009-07-07T11:40:18.116+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Jakoś trudno mi uwierzyć w Boga, który chce być chwalony przez cały czas.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A co powiesz na małą "niekontrolowaną" niepoczytalność i w efekcie morderstwo w afekcie? I wilk będzie syty i owca cała.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;To na biegunie też jest lato?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW: Bóg stworzył sobie przyjaciela i nazywał go Abram. Saraj (żona Abrama) jest bezpłodna. Czy ta sympatyczna para zdoła pokonać sprzeczności dialektyczne i nie popaść w alkoholizm?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I stało się. Głód zapanował w kraju, w którym żył Abram. Postanowił więc udać się do Egiptu i przemieszkać tam jakiś czas, bo wokół niego ludzie umierali masowo, co psuło mu przyjemność zasiadania do stołu. W chwili wkraczania do Egiptu Abram rzekł do Saraj: "Jesteś piękną kobietą. Kiedy Egipcjanie ujrzą Cię, pomyślą: to hańba w obliczu niebios, by tak wspaniałą i do miłości stworzoną istotę dosiadał taki stary świntuch. Na pewno będą chcieli mnie zabić i zaspokoić  swą chuć na Tobie. Mów im więc, że jesteś moją siostrą, a oni z miłości do Ciebie pozwolą mi żyć". Po tych słowach Abram ściął brodę, przebrał się za chłopczyka, wsadził palec do ust i zaczął biegać za kółkiem, jak robią małe dzieci. Kosztowało go to wiele wysiłku, wchodził bowiem w dziewięćdziesiąty rok życia i nie miał już nóg takich jak dawniej. Saraj opiekowała się nim jak dobra siostra, osuszała mu łzy gdy potłukł kolana i wymierzała klapsy, gdy siusiał w majtki. Głupi Egipcjanie uwierzyli, iż faktycznie była to siostra ze swym małym braciszkiem. Widzieli też, że jest bardzo piękna i proponowali przechadzki na siano, co w języku Egipcjan jest elegancką formułką na zaproszenie  damy do podziwiania wymalowanych na suficie hieroglifów – dama wyciąga się na sianie, by wygodniej patrzeć w górę. Saraj podziwiając hieroglify poczuła, iż pan domu korzystając z Jej zapatrzenia wsadził w nią to, co wsadził. Chciała uwolnić się od haniebnego uścisku, ale Abram, który biegał wokół nich za swym kółkiem, dał jej głową znak, który miał oznaczać: "Nie buntuj się, Saraj, w przeciwnym razie może zrobić mi krzywdę". Wtedy Saraj podporządkowała się woli małżonka, a Egipcjanin mógł  rozkoszować się nią aż do granic rozkoszy .Trzy razy z rzędu. A gdy było po wszystkim, był tak zadowolony, że dał jej złotą monetę, małemu braciszkowi karmelka. Opowiedział również innym Egipcjanom ile miał przyjemności z cudzoziemką, a oni zapragnęli również rozkoszować się Nią. I za każdym razem dawali Jej sztukę złota, a małemu braciszkowi karmelka albo lizaka. Sława pięknej cudzoziemki dotarła do uszu faraona, króla Egiptu, który nakazał, by przyprowadzono Ją do pałacu. Gdy tylko Jego oko spoczęło na Saraj, fiknął na tronie trzy koziołki, trzydzieści trzy razy obiegł salę tronową, przeszedł po suficie, odtańczył święty taniec, od którego wody Nilu występują z brzegu, gdy nadchodzi moment, w którym mają wystąpić i zaczął rozkoszować się Saraj wszystkimi rodzajami rozkoszy. Kiedy skończył, poczuł się ukontentowany, i obsypał Ją wspaniałymi prezentami. Sprawił też wiele przyjemności Abramowi. Dał mu owce, woły, osły, służbę, niewolników i niewolnice, oślice i wielbłądy. A Bóg dotknął wtedy faraona i jego otoczenie licznymi plagami z powodu Saraj. Plagi te spadły głównie na wstydliwe części ciał więc wszystko ich swędziało i wszyscy się drapali. Pomyśleli wtedy: "To co nas tak piecze, z pewnością zawdzięczamy cudzoziemce". Faraon dostrzegł, że mały Abram również się drapie, zawołał go i rzekł: "Teraz wiem, że ona nie jest Twą siostrą ale żoną, bo obdarzyła Cię identyczną przypadłością co nas". I nakazał swym ludziom odprawić Abrama i Jego żonę wraz ze wszystkim, co do nich należało i tym wszystkim, czego dotknęły ich palce, ponieważ było to zarażone dotkliwą zarazą. Abram wrócił więc do Kanaan bym tam się drapać, a Egipcjanie zostali i drapali się u siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Abram wyemigrował z Egiptu i skierował się na południe, a za nim jego żona Saraj i bratanek Lot. Zabrali wszystko, co udało im się zgromadzić dzięki szczodrobliwości faraona zapatrzonego w piękne oczy Saraj. W rzeczy samej były to wielkie bogactwa – bydło, niewolnicy, srebro i złoto. Bratanek Lot również miał owce, woły i namioty. On również należał do sprawiedliwych wśród sprawiedliwych i kroczył drogą Pana. On również był żonaty i potrafił to wykorzystać. Dobra, które obaj zgromadzili, były tak wielkie, że ziemia nie mogła ich razem wyżywić – zbite stada deptały równiny, wyskubując trawę szybciej niż rosła. Równina co dnia zapadała się o trzy palce pod ciężarem zwierząt i wystarczyło, by woły zaczynały ryczeć jednocześnie, a gwiazdy odczepiały się od firmamentu i spadały do zupy, która miała wówczas smak spalenizny. Abram pluł nią w złości i rzucał miską w twarz Saraj wołając: "O Saraj! Gangrena Twoja mać! Ty kopciuchu! Ty dziwko! Przyjmij do wiadomości, że tu nie pałac faraona, że od tej chwili musisz pracować własnymi rękami i porządnie gotować!" I kopał ją z całej siły w części ciała, które dawno straciły swoją wartość i szedł na obiad do pobliskiej egipskiej knajpki. Co sentyment, to sentyment. W tej ciasnocie zwierząt wełna na owcach Abrama plątała się z wełną na owcach Lota i kiedy chciano ją rozplątać, doszło do różnych incydentów. Pasterze Abrama pokłócili się z pasterzami Lota i pobili się owcami. Abram nie był zadowolony, bo nadpsuło to udźce, które są najlepszą częścią baraniny. Zwrócił się więc do Lota: "Proszę Cię, o synu mego brata Harana, by nie było sporu między nami, pasterzami moimi i pasterzami Twoimi. Cały świat stoi przed Tobą otworem. Odłącz się ode mnie! Podzielmy całą przestrzeń w sposób prawy i sprawiedliwy. Jeśli pójdziesz w lewo, ja pójdę w prawo. Jeśli zdecydujesz się iść w prawo, to wsadzę Ci te Twoje owce tam, skąd pociąg wyjeżdża". Lot zastanowił się i postanowił pójść w lewo. A była to dolina Jordanu. Odszedł w dolinę, a Abram pozostał w kraju Kanaan i ustawił namioty aż po miasto Sodoma. Mieszkańcy Sodomy byli źli i grzeszni. Wszystkie ucieszne grzechy, które Stwórca wymyślił i przechowywał na użytek przyszłych stuleci, by cieszyć nimi serce i nadymać śledzionę, przyglądając się, jak ludzie z mozołem je odkrywają, mieszkańcy Sodomy odkryli za jednym zamachem, bo mieli ogromne zdolności do zła. I wszystkie od razu wypróbowali mówiąc: "Korzystajmy z nich dzisiaj, jutro znajdziemy coś innego". Stwórca poczuł się dotknięty i pomyślał: "Poczekajcie no, dupki żołędne, już ja wam pokażę!"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdarzyło się za czasów Farelka, króla Ciągoty, Vizira, króla Pralkani, i Tratatata króla Trutututu, iż owi królowie wszczęli wojnę z Berą Aksamitno-Dupym (królem Sodomy), Birszą Dwukutaśnym (królem Gomory), Szinabem Spermoustym (królem Admy), Szemeeberem Śmierdliwostopym (królem Seboim) i z królem miasta Beli, czyli Soaru (nilomu niepotrzebnym gówniarzem pętającym się za innymi). Wszyscy oni spotkali się w dolinie Siddim, gdzie dziś jest Morze Słone. Przez 12 lat byli oni lennikami Lamusa (króla Debilium), wielkiego zdobywcy w oczach Wiekuistego. W trzynastym roku doszli do wniosku, że starczy tego dobrego i zbuntowali się. Oficerom Lamusa pokazali wała, co oznaczało: "Powiedzcie waszemu Panu, żeby sobie wypchał dupę suchym sianem", opluli ich dokładnie, pomalowali na zielono, wetknęli po piórku w dupy, spuścili lanie na goły tyłek i wygnali. Doszli wtedy do wniosku, że ten dzień jest najważniejszym dniem spomiędzy ważnych dni i uczynili z niego święto narodowe. Przebrali się w odświętne ubrania, zorganizowali defiladę, przemówienia i składanie ofiar Panu tylko po to tylko, żeby ten dzień wyróżniał się spomiędzy innych dni i żeby nabrał znaczenia w obliczu wieków. Przy okazji pili i ciupciali, przywiązywali rondle do starczych kutasków, a tyłki niewiernych żon zatykali petardami. Robili to wyłącznie dla przyjemności. W czternastym roku Lamus nadciągnął, by ich ukarać, a towarzyszyli mu inni królowie. Z marszu zwyciężyli Wszowców w lasach Łonowych, ścigali Pleśnitów w najodleglejsze zakamarki Bryndzy, zajęli Gonokoki w dolinie Trypla, zdewastowali cały kraj Hemoroidów żyjących pod purpurowymi namiotami, upuścili krwi bladoustym Gomorczykom, zmiażdżyli Arachidów, i splądrowali Delikutasy. Wtedy Bera Aksamitno-Dupy (król Sodomy), Birsza Dwukutaśny (król Gomory), Szinab Spermousty (król Admy), Szemeeber Śmierdliwostopy (król Seboim) i król miasta Beli, czyli Soaru (nikomu niepotrzebny gówniarz pętającym się za innymi), zebrali się w dolinie Siddim i ustawili wojska naprzeciw Lamusa i sprzymierzonych z nim władców. Kiedy wojska stawały naprzeciw siebie, królowie Sodomy i Gomory, nierozłączni i czule się kochający, uciekli tyłami, jeden za drugim i przy okazji całkiem przypadkiem jeden w drugim. Noc była czarna, a na równinie rozsianych było wiele dołów z których wydobywano smołę. Smoła też była czarna. Nie mogli więc dojrzeć, gdzie się kończyła noc, a zaczynała smoła i wpadali w smołę. Miejsce to od tego czasu nazywa się Gag, ponieważ ktoś wpadający w smołę zawsze wzbudza śmiech, tym bardziej gdy jest ich dwóch, a jeszcze bardziej, gdy są królami, a już na pewno, gdy są ze sobą złączeni tym, czym dwóch mężczyzn łączyć się nie powinno. Wtedy ich ludzie rozpierzchli się po górach, a zwycięzcy królowie zabrali bogactwa Sodomy i Gomory i całą żywność. Zabrali też ze sobą Lota, bratanka Abrama, był on bowiem mieszkańcem Sodomy. Gdy Abram dowiedział się, że bratanek jego został uwięziony, wziął ze sobą 318 spośród swoich sług i rozpoczął pościg za owymi królami aż po Dan. Dogonił ich i napadł na nich nocą. Pobił ich, ponieważ Pan był z nim. Sam Abram był w pantoflach i koszuli nocnej, a jego słudzy zamiast broni mieli miotły i ścierki. Królowie natomiast mieli niezliczoną armię, mnóstwo mieczy, zbroi i hełmów o wspaniałych czubach, ale Stwórca powiedział przecież: "Kto ma mnie za sobą, nie musi się o nic martwić". A jak wiadomo Stwórca nigdy nie mówi na próżno. Abram wrócił z bogactwami zrabowanymi wcześniej przez królów, z Lotem i jego dobytkiem, kobietami i ludźmi. Wówczas król Sodomy wyszedł mu naprzeciw wraz z królem Gomory, ciągle jeden w drugim Obaj byli całkiem czarni, ponieważ smoła zmywa się wyłącznie masłem, którego właśnie jak na złość zapomnieli zabrać ze sobą na wojnę. Nadszedł także Małyzadek (król Salem) i kazał przynieść chleb oraz wino, bo akurat przypadała godzina jego małego co nieco. Małyzadek umoczył chleb w winie, a gdy ten dobrze namókł, zaczął go ssać, ponieważ nie miał zębów i żywił się wszystkim co miękkie, mlaszcząc przy tym i siorbiąc. Abram zapytał Małegozadka: "Nie pobłogosławisz mnie, o dobry starcze?" Wiek nadwyrężył słuch Małegozadka, a jaskółki uwiły gniazda we włosach jego uszu. Myślał, że Abram prosi o odrobinę chleba, by też móc possać, i odparł mu: "Idź swoją drogą, smarkaczu!" Źle wymawiał, bo usta miał pełne rozmiękłego chleba, a Abram zrozumiał, że go pobłogosławiono i ogromnie szczęśliwy rzekł: “Dziękuję Ci, o dostojny starcze! Czy jestem ci coś winien?” A Małyzadek odparł: "Dzieszęcz proczent". Zawsze tak odpowiadał na wszelki wypadek, kiedy mu stawiano jakieś pytanie. Więc Abram dał mu dziesiątą część łupów, jakie zdobył. Było to dość drogo jak za zwykłe błogosławieństwo, ale w owych czasach nie wynaleziono jeszcze mszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Przykazanie jedenaste: Nie wkładaj palca gdzie Tobie nie miło.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-111758417700238737?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/111758417700238737/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/07/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/111758417700238737'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/111758417700238737'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/07/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-7758394172527276837</id><published>2009-06-29T13:15:00.000+01:00</published><updated>2009-06-30T09:31:37.699+01:00</updated><title type='text'>Chapter 5</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 5... Bóg gra z nami w karty nie mówiąc nic o zasadach rozgrywki.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Mężczyźni rozróżniają tylko 3 kolory: biały, czarny i kolorowy. Taka właśnie jest moja ksiażeczka do kolorowania i tylko od Ciebie zależy, jakich kredek użyjesz. Jeśli nie podoba Ci się mój zestaw barw - to jesteś przecież Kobietą i możesz pokolorować to dużo lepiej. A co do sposobu proszenia - nieważne jak, byle skutecznie. Terrarium powiadasz? Tak... dla ludzi, którzy ponad wszystko cenią wolność i niezależność, jakiekolwiek ograniczenia lub ramy w których chcesz ich umieścić, działają jak zastrzyk z arszenikiem. Chcesz mieć zabójstwo na sumieniu?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW: Bóg jest dobry. Wszelkie stworzenia są złe. Bóg cierpi z tego powodu więc wszystko topi. Czy po tej miłosiernej interwencji któregoś dnia dane Mu będzie być szczęśliwym?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W owych czasach na całej Ziemi panował jeden język. Człowiek był człowiekowi bratem, nikt nikomu nie był obcy i nie istniały narodowości ani granice. Gdy gniew skręcał człowiekowi wnętrzności, gdy jego żółć zmieniała się w musztardę i wierciła w nosie, gdy robiło mu się czerwono przed oczyma, gdy w ustach czuł zapach gnoju, spoglądał wtedy wokół siebie i co widział? Widział żonę, starego ojca i psa. I tłukł żonę lub starego ojca, lub psa albo wszystkich troje naraz. Czasem robił to ręką, czasem nogą, czasem kijem, zależnie od wielkości gniewu. Bił tak długo, aż ręce opadły mu ze zmęczenia i nawet gniew nie był w stanie unieść ich do góry. Po czym szedł spać, dziękując Stwórcy, iż w swej dobroci stworzył kobietę, starego ojca i psa. Kobieta dziękowała Stwórcy za stworzenie zmęczenia i za ograniczenie liczby jej zębów do trzydziestu dwóch (bo przecież nie można było jej wybić trzydziestu trzech), stary ojciec dziękował Stwórcy za stworzenie śmierci będącej nadzieją i pociechą starców, a pies przeklinał Stwórcę za to, iż jego psie serce wypełnił wierną miłością i marzył o tym, że jak dostanie wścieklizny to zarazi nią swego pana, oczywiście zupełnie niechcący. Tak więc wszystko szło ku dobremu, bo złość nie jest zdrowa, a zmęczenie jest zdrowe. Dopóki człowiek używa sobie na kobietach, starych ojcach i psach, dopóty wszystko jest w porządku, bo po to oni są. Po to są oni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I stało się, że potomkowie Noego ciągle spółkując nadmiernie się rozmnożyli i mrowiem zaludnili ziemię. Tak jakby potopu wcale nie było. Nikt też nie obawiał się potopu, bowiem Wiekuisty zawarł z nimi przymierze, a oni zaufali Słowu Bożemu. Nauczyli się też pływać – to nigdy nie zaszkodzi. Znaleźli sobie ziemię w kraju Szinear, była to dobra ziemia i zamieszkali na niej. Ciągle mówili jeden do drugiego: "Uformujmy cegły i wypalmy je w ogniu". I zrobili cegły, a za zaprawę posłużyła im smoła. Po chwili znów sobie pomyśleli: "Wznieśmy wieżę, której wierzchołek  będzie sięgał nieba. W ten sposób znajdziemy się bliżej Stwórcy. Nasz salon będzie na wprost Jego salonu. Co niedzielę, kiedy wyjdziemy na balkon i kiedy On wyjdzie na balkon, będziemy mogli pogadać jak dobrzy sąsiedzi. Z pewnością będzie to miłe Bogu i ucieszy Jego serce. Wymagać to będzie długiej pracy i wielkiego zmęczenia, ale jesteśmy gotowi na nie po to, by Stwórca był zadowolony, zapach naszego potu sprawiał Mu przyjemność, a wesoły dźwięk pękających czaszek pod spadającymi z rusztowań cegłami miło pieścił mu ucho". I tak zrobili. Ale zarozumiałym jest każde stworzenie, które uważa, iż wie, co sprawi przyjemność Stwórcy. Bóg usłyszał hałas kielni, pił i młotków wznoszący się sponad równiny Szinear aż ku Niemu, i pomyślał: "Zstąpmy zobaczyć, cóż oni tam robią". Wiekuisty zstąpił, popatrzył i ujrzał wieżę, którą budowali ludzie. Po całej równinie biegali jak mrówki i cegła wznosiła się na cegle, piętro rosło za piętrem, wieża gubiła się już w chmurach, a jej czubek tak zbliżył się do kopuły niebieskiej, że robotnicy, gdy się prostowali, obijali głowy o gwiazdy. Całe przedsięwzięcie możliwe było dzięki wielkiej dyscyplinie i zgodności. Wiekuisty dostrzegł to wszystko i zobaczył, że wieża była prawie ukończona. Pomyślał: "Nic z tych rzeczy" i zdecydował: "Zmieszajmy im języki, aby jeden nie rozumiał drugiego". Jak pomyślał, tak uczynił. Podniósł prawicę i rzekł: "Niech tak się stanie!" I tak się stało, bo musiało. Nagle murarz zaczął mówić po włosku, kafelkarz po portugalsku, pomocnik po arabsku, majster po niemiecku, inżynier wysławiał się algebraicznie, architekt – wytwornie, zleceniodawca mówił po amerykańsku, bankier po hebrajsku, dziwka – po francusku, a architekt wnętrz tylko kręcił tyłkiem i rzucał wszystkim prowokujące spojrzenia. Jak łatwo się domyślić, nikt nikogo nie rozumiał. Jedni zaczęli mierzyć w stopach i w calach, inni w łokciach, dla jeszcze innych miarą były ogonki wiśni, pasztetówki i rzepki kolanowe. Byli i tacy, co mierzyli w kozich bobkach. Jednym słowem – miarka nie była równa miarce i mur zaczął się pochylać, fasada krzywić, a każdy każdemu zaczął wymyślać: od cudzoziemców, przybłędów, szwabów, hiszpańskich ćwoków, makaroniarzy, mongolskich zgniłków, paryskich zarozumialców, "Yankee go home", pieprzniętych żółtków, brudnych Arabów i niedorozwojów. Po czym każdy na każdego tak się zdenerwował, że człowiek stał się człowiekowi wilkiem i brat bratu usiłował ukręcić jaja. Kielnie wypruwały wnętrzności, łopaty wydziobywały oczy, a sandały ślizgały się po walających się wszędzie wnętrznościach. Na całej Ziemi zrobiła się rozpierducha nie z tej ziemi. Jatka trwała dobre kilka tygodni, aż ocalałym niedobitkom zabrakło sił i pomysłów wypruwania wnętrzności kolegom i rozpierzchli się po całym globie. Ponieważ tak chciał Wiekuisty w swej boskiej miłości. Cegła nie wznosiła się już na cegle, piętro nie rosło za piętrem i ptaki uwiły gniazda w zwieńczeniach kolumn. Korzenie roślin rozsadziły kamień, drzewa wyrosły na murach, wiatr nawiewał piasek, deszcz padał z chmur i wkrótce wieża przestała istnieć – pochłonął ją czas. Dlatego owo miejsce nazwano Babel, co znaczy "gadaj do dupy, bo głowa mnie boli".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu właśnie osiedli potomkowie Sema, syna Noego. Sem, liczący sobie 100 lat, spłodził Arpachszada, którego cenił za to, iż potrafił zjeść bez popijania dwanaście jajek na twardo. Arpachszad począł Szelacha, który wynalazł metodę podcierania się dwoma palcami, a następnie wycierania palców o mur. Szelach był ojcem Ebera, który zlizywał konfitury z kanapek, Eber był ojcem Pelega potrafiącego wyprostować korkociąg jednym pociągnięciem. Peleg spłodził Reu wyróżniającego się jednym jądrem i ciągle zapominającego, gdzie je włożył, Reu począł Seruga, który pierwszy wpadł na pomysł zastąpienia w pierzynie cegieł puchem, Serug zaś począł Nachora, który sprzedał swoją matkę za garś M &amp; M-sów. Nachor począł Teracha, który pierwszy wsadził kolczyk w nos prosiaka, by łatwiej odróżnić stronę, która gryzie, a dziećmi Teracha byli Abram, Nachor i Haran, który jako pierwszy okrążył świat, skacząc na jednej nodze w nadziei, że stanie się sławny. Ale nikt na niego nie zwrócił uwagi i sławny został jego brat Abram. Wtedy to Haran umarł ze zgryzoty i dobrze mu tak. Abram i Nachor wzięli żony w wieku, gdy to coś zaczęło ich swędzieć. Żona Abrama nazywała się Sara, a żoną Nachora była Milka, ale w domu Nachor wołał na nią Milcia kiedy miał dobry humor, natomiast kiedy był zły mówił "Milka – Ty stara krowo". Żona Abrama była bezpłodna i nie miała dzieci, stąd właśnie nazywano ją Saraj, co znaczy: "Tryskając nasieniem w dziuplę starego drzewa osiągasz ten sam efekt, a nie będziesz miał dodatkowej gęby do żywienia".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnej nocy Stwórca obudził Abrama i rzekł: "Jeśli jesteś taki odważny, wyjdź z ziemi Twojej rodzinnej, z domu Twego ojca i pójdź do kraju, który Ci ukażę. Uczynię Cię ojcem wielkiego narodu, będę Ci błogosławił i błogosławił tym, co Cię błogosławią, przeklnę tych, co Cię przeklinają, będę błogosławił tym, co przeklinają tych, którzy błogosławią tych, którzy przeklinają tych, którzy Ciebie błogosławią, i tak aż do chwili gdy już całkiem nie będę wiedział, co mówię". Na to Abram: "To aż za wiele łaski, Panie. Nie wiem, czy powinienem..." Stwórca: "Abram, nie pitol. Idź. Rzeknąłęm". Abram: "Chciałeś powiedzieć – rzekłem". Bóg zmarszczył brwi: "Nie bądź taki mądry". Abram: "No dobrze, dobrze, przepraszam. Zgoda. Pójdę jutro rano". Po czym obrócił się do ściany i znów zaczął chrapać, a jego żona Saraj odetchnęła nareszcie z ulgą, ponieważ Abram tego wieczoru jadł czosnek. Rankiem Abram opuścił dotychczasowe miejsce, tak jak mu przykazał Wiekuisty,  zabierając ze sobą żonę Saraj i bratanka Lota. Szli długo, pustynie następowały po pustyniach i lata po latach. Na szczęście Saraj zabrała jajka na twardo... Przyszli w końcu do kraju leżącego w ziemi Kanaan. Był to bardzo odpowiedni kraj i pełen Kananejczyków. Kananejczycy byli tłuści, policzki mieli jak krzaki róż, a kalesony z jedwabiu i pierdzieli w nie. Żony zaś mieli białe i delikatne o cudownych kształtach. Wszystkie były zawsze młode, bo nie czekano, aż się zestarzeją z rzuceniem ich psom na pożarcie. Stwórca ukazał się Abramowi i rzekł: "Twemu potomstwu oddaję właśnie tę ziemię". Abram odpowiedział: "O, dziękuję Ci, Panie!" i dorzucił: "No ale przecież są już tu Kananejczycy!" Stwórca: "Nie jestem Bogiem Kananejczyków. Jestem Twoim Bogiem. Twoi potomkowie zrobią z Kananejczyków rąbankę i odbiorą im ten kraj. Na razie zamieszkaj tu i porozglądaj się nieco – to się może przydać w przyszłości". Abram: "O, Panie! przecież Kananejczycy są również dziećmi Noego, ponieważ wszyscy inni wyginęli w czasie potopu". Stwórca: "No oczywiście, że są!" Abram: "O, Panie! Zawarłeś przymierze z całym potomstwem Noego, przyrzekłeś nie sprowadzać na nich więcej zagłady... Czyżbyś zapomniał?" Stwórca odparł: "Prawda, w mej nieograniczonej dobroci przyrzekłem nie spuszczać na nich więcej potopu. Świadczy to o mojej słabości, ale cóż, za późno, bym się zmienił. Natomiast nie obiecywałem nic, co by dotyczyło drobnych przykrości, takich jak wojna, głód, zaraza, pożar czy zastraszenie". I dodał jeszcze: "Co do Kananejczyków przewidziałem, iż pewien ród zbójów i morderców ogołoci ich ze wszystkiego i pozabija. Ród, który do tego wybrałem jest Twoim rodem". Abram rzekł: "O, dziękuję, Panie" i dorzucił: "A dlaczego ja?" Stwórca: "A dlaczego nie Ty? Bunt?" I dodał: "Zdecydowałem w mej nieskończonej mądrości mieć pupilka ku rozrywce mej nieskończonej nudy. Tyś pierwszy się napatoczył. Tak więc jesteś moim pupilkiem. Jesteś zadowolony?" Abram: "A czy mam jakiś wybór?" Stwórca: "Nie". Wtedy Abram postawił ołtarz Panu – zawsze się tak robi w podobnych wypadkach, gdy się jest grzecznym i dobrze wychowanym – i złożył ofiarę zwracając pilną uwagę, by zarzynać tylko czyste zwierzęta, gdyż Pan gdy stworzył zwierzęta czyste i nieczyste, miał swoje ukryte powody. I to właśnie zwie się wybraniem Abrama, który zmieni imię na Abraham, ale o tym opowiemy w następnym rozdziale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nie dajcie się nigdy zwieść pozorom. Legenda o smoku uczy by nie zaspokajać się byle baranem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-7758394172527276837?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/7758394172527276837/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-5.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7758394172527276837'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7758394172527276837'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-5.html' title='Chapter 5'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-167947205239824904</id><published>2009-06-29T13:09:00.000+01:00</published><updated>2009-06-29T13:13:57.987+01:00</updated><title type='text'>Chapter 4</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 4... Diabeł to taki Anioł, który wstąpił nie do tego pubu co trzeba i wypił o jedno piwo za dużo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jest takie głupie powiedzenie: proście a będziecie prości. Znasz gatunek, do którego pasuje ono bardziej niż do ludzi?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Koran, Tora... o wszystkim można pisać. Po tej wersji Starego Testamentu chcę jednak odpocząć od "nawracania" na ateizm zatwardziałych katolików utwierdzających mnie w przekonaniu, że za swe wywody będę smażył się w ogniach piekielnych. Mam już kilka zastępczych (równie ciekawych i drażliwych tematów). Pod nóż pójdzie zapewne nasza-klasa, fotka, EMO i kilka innych wybryków natury współczesnego świata. Są tak samo wdzięcznym tematem, jak Biblia z tą różnicą, że Biblia jest prawdziwa... i napisana przez kogoś o wiele od nas mądrzejszego. W przeciwieństwie do panującej "mody" na bycie cool, trendy, vintage, czy wspomniane wcześniej EMO. Wszystko w swoim czasie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nowy Testament też tak opiszę jeśli tylko znajdę trochę czasu. Mam już przygotowane szkice kolejnych rozdziałów, a weny mi nie brakuje. Co do podręczników i szkoły – wyobraź sobie, jak wyglądałaby matura...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A teraz wszyscy weźmy się za rączki, wstańmy z krzesełek i odśpiewując hymn numer 3474 cieszmy się z nawrócenia kolejnej osoby… Pocieszające jest to, że sięgnęłaś po Biblię. Zasmucające jest to, że dopiero teraz. Mimo, że moja interpretacja jest dużo przystępniejsza od oryginału, zalecam zapoznanie się z całością Pisma Świętego zarówno dlatego, że skoro jesteś chrześcijanką (a zakładam, że jesteś), to jest to POZYCJA OBOWIĄZKOWA, jak też dlatego, że jest to księga o wiele mądrzejsza i uniwersalna od mojej wersji. Życzę wytrwałości w zgłębianiu poszczególnych rozdziałów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Ania:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A wiesz co ja chcę? Pozwól, że na swojej stronie sam będę decydował o tym, kiedy i w jaki sposób informować ludzi o kolejnych rozdziałach. Jeszcze jeden taki wyskok i możesz pożegnać się z jakimkolwiek wcześniejszym czytaniem skryptów. A co do kolejnych rozdziałów – poczytaj odpowiedź skierowaną do Sławka. Musisz czekać tak, jak inni. Wyjątku nie będzie. Zwłaszcza teraz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Odpowiedź na pytanie pierwsze: są to Ci, którzy mają na tyle wyrobione zdanie na temat religii i wiary, że nie rusza ich moja dziecięca zabawa słowem. Nikt nie zrobił afery, kiedy Monty Python krzyżował uśmiechniętego Jezusa śpiewając "Always look the bright side of life", nikt nie zabronił również Amerykanom pojawić się w Iraku. Nikt nie będzie robił afery i teraz. Ludzie są tylko ludźmi. Od Ciebie zależy, jak to odbierzesz i jak zinterpretujesz. Jeśli Cię to naprawdę rusza, to znaczy, że wątpisz w prawdę i bierzesz wiarę zbyt poważnie do siebie.&lt;br /&gt;Odpowiedź na pytanie drugie: jestem pełnoprawnym obywatelem Polski, chronionym zarówno Konstytucją, jak i Konwencją Praw Człowieka, prawami demokracji i dziesiątkami innych mniej ważnych dokumentów odróżniających wszystkich ludzi od zwierząt. Przynajmniej teoretycznie. Dla Ciebie mogę być nikim, orangutanem z bananem w dupie, jednorożcem albo pękniętą dętką – czy to cokolwiek zmienia?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW&lt;br /&gt;Bóg dla zabawy zrobił w trąbę Adama i Ewę sadząc w Raju drzewo z którego zakazał im jeść owoce. I wszystko byłoby cacy, ale jak się łatwo domyślić, gdy czegoś zrobić nie wolno, to baba zawsze musi coś spieprzyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stwórca rzekł: "Ktokolwiek zabiłby Kaina, siedmiokrotną zemstę poniesie". Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka. Wtedy Kain usunął się sprzed oblicza Pańskiego, zamieszkał w odległym miejscu i poznał swoją żonę. A przecież Adam i Ewa mieli tylko dwoje dzieci, Kaina i Abla. Abel już nie żył. Co prawda, mieli też Seta, ale to dużo, dużo później. I on też był mężczyzną. Następnie Adam i Ewa mieli innych synów, a nawet i córki, ale to było jeszcze później, w następnych latach i czasach, natomiast kiedy Kain zszedł sprzed oblicza Pańskiego, poznał od razu swą żonę. Dziwne, prawda? Przecież w całej rozciągłości świata stworzonego przez Boga istniała tylko jedna kobieta i tą kobietą była Ewa, matka Kaina. Ewa czule kochała obu synów, Abla i Kaina. Ale nieco bardziej kochała Kaina, ponieważ był nieokrzesany, twarz miał podobną do zadu dzika, a włosy na głowie czerwone. Adam, jego ojciec, kpił sobie z niego, a Stwórca gardził nim i karał go. Serce Kaina stało się małe i twarde jak kamień, i Ewa cierpiała cierpieniem Kaina. Gdy więc Kain zabił Abla, Ewa załkała z rozpaczy i załkała ponownie, gdy Bóg przeklął Kaina i wygnał go sprzed Swego oblicza. W ten oto sposób Ewa nie miała już synów. Wiedziała jednak, że Adam i ona sama, i synowie, których będzie miała z Adamem, z każdym dniem będą coraz starsi, coraz słabsi i bardziej niedołężni, i coraz ohydniejsi. I że po walce ze skąpą ziemią o kawałek codziennego chleba umrą na bolesną bądź odrażającą chorobę albo zginą od uderzenia kamieniem w głowę, albo od kłów wygłodniałego wilka, albo utoną w wodzie, albo rozstaną się z życiem w jeszcze inny dużo ciekawszy i boleśniejszy sposób. Tego chciał Wiekuisty w swej nieskończonej dobroci i miłości. Ewa natomiast wiedziała, że jedynym pocieszeniem dla istoty ludzkiej jest inna istota ludzka. Ona miała Adama, Adam miał Ewę – żadne z nich nie było samo. I mogli mieć dzieci,  które  z kolei będą miały dzieci. Kain natomiast był sam. Zestarzeje się sam i umrze sam. Pobiegła więc w miejsce, gdzie był Kain. Tym miejscem był kraj Nod na wschód od Edenu. W miejscu tym żył Kain. Skórę miał z niemycia podobną do skóry hipopotama wytarzanego w błocie i wyschłego na słońcu,  oczy żółte i nos w krostach od plugawego jedzenia. Jego listek figowy był cały podarty i rozplisowany, bo nigdy go nie prał i nie prasował. Ewa widząc to załamała ręce i krzyknęła: "Mój biedny mały!" Umyła Kaina, zrobiła mu bulionik, odprasowała listek figowy, uczesała i włożyła na rude włosy wieniec z bluszczu, a gdy nadeszła noc... stała się na chwilę jego żoną. Na bardzo krótką chwilę... Po tym dość niecodziennym zagraniu poczęła i urodziła Henocha. A potem urodziła mu wielu synów i wiele córek. W końcu Ewa odeszła, zadowolona z uporządkowania spraw swego dorosłego syna, i powróciła do Adama. Adam ucieszył się, ponieważ miał już dość kozy, szczególnie wieczorami i w chwilach głębszej konwersacji. Potomstwo Kaina zostało zapewnione. Kain poślubił swe córki, a jego synowie poślubili swe siostry i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Następnie pierwszy syn Kaina – Henoch spłodził Irada, który potrafił ruszać uszami; Irad spłodził Mechujaela, który miał dwa pępki; Mechujael spłodził Mateuszaela, który wynalazł sztukę gwizdania na palcach; Mateuszael spłodził Lameka, który jadł ser z majonezem i dlatego został ojcem Belgów. Lamek wziął dwie żony (zresztą nie on jeden), pierwsza zwala się Ada, co znaczy: "Żona, numer jeden". Druga – Silla, co znaczy: "Dostaniesz, jak zostanie". Ada urodziła Jabala, który był ojcem handlujących orzeszkami w czasie meczów piłki nożnej. Jego brat miał na imię Jubal i był ojcem tych, co usiłują grać na skrzypcach i maja duże wąsy do łaskotania pań w szyje. Silla natomiast urodziła Tubala, który był ojcem robiących przedmioty z brązu i żelaza bez walenia się po palcach. Tubal spłodził zaś Iwana i Delfina, którzy do dziś żyją i zanudzają nas głupawymi piosenkami. Wszystkie te szajbusy i potargańcy w deszcz i spiekotę biegli wszędzie za Kainem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym sposobem rozmnożyli się  ludzie na lądzie. Rodziły się im córki i synowie którzy następnie mieli córki i synów. Zamieszkujący Niebiosa Aniołowie dostrzegli natomiast, iż piękne są liczka cór ludzkich. Przyjrzawszy się więc dokładnie, wybrali sobie córy ludzkie i wzięli je za nałożnice. Wybrali te najładniejsze to znaczy takie, które były odzwierciedleniem doskonałości, pozostawiając jednocześnie ludziom wszystkie obwisłocyce, obwisłobrzuche, koślawe, szczerbate, zasmarkane, zasrane, jajogłowe, strupowate, trędowate, obrosłe żylakami, ropiejące, oblazłe muchami i te, które srają przy stole, pierdzą w łóżku i sikające pod siebie. To było właśnie to, co Aniołowie pozostawili ludziom ku ich uciesze i odprężeniu. A było to i tak za dobre dla synów Adama. Ludzie widząc, co ich spotkało, zaczęli tracić pociąg do przyjemności cielesnych. Zamiast spółkować twarz w twarz z tymi koszmarami skrapiali ziemię nasieniem i kryli się przed przynoszącymi nieszczęście samicami w lasach i norach dzikich zwierząt. Tymczasem Aniołowie przywłaszczywszy sobie córy ludzkie, te najpiękniejsze, najdelikatniejsze, te ulepione z mleka i  miodu, delektowali się nimi tak bardzo, jak bardzo można było się delektować nieskończoną ilością sposobów kopulowania. Popróbowawszy wszystkiego, pomyśleli: "To jest dobre". I zaczęli od nowa. Ale od drugiej strony. I to właśnie jest Raj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu należy się Wam wyjaśnienie dotyczące Aniołów. Oto więc to, czym byli Aniołowie: "Anioł" jest słowem hebrajskim, które oznacza: "Błąd szefa". Poprzez otchłanie czasu i przepaści trwania, poprzez samą wieczność, nim powstały słońca, nim nastąpił chaos, nim powstała przestrzeń i materia, zanim nastał byt, niebyt i pamięć, gdy istniała tylko przedwieczność i oczekiwanie na boskie tchnienie, Aniołowie już byli. Jak daleko nie cofałaby się pamięć Wiekuistego nad oceanami wieków, Aniołowie już byli. I Wiekuisty, który jest sam w sobie pamięcią, nie przypominał  sobie, aby ich stworzył. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo samą pamięć stworzył dopiero później. Było to idiotyczne, ale postawcie się w Jego sytuacji: nie mógł nie być idiotą przed stworzeniem inteligencji. Chyba że Aniołowie nie zostali stworzeni przez Wiekuistego... Tę hipotezę należałoby wziąć pod uwagę, choćby dla zasady, ale nie igrajmy z logiką na tym etapie opowieści... Stwórca wiedział, że to było niemożliwe, gdyż wszelkie istnienie pochodzi od niego. Nie mogło więc zaistnieć nic czego by nie stworzył. Tak wynika z definicji. Załóżmy więc, że musiał więc stworzyć Aniołów, może bezmyślnie albo niechcący, a może w marzeniach sennych, któż to wie? W każdym bądź razie Aniołowie istnieją i są ponad ludźmi, których ciało jest materią nietrwałą. Aniołowie są czystymi duchami, tak samo jak Wiekuisty. Stwórca stworzył człowieka na swoje podobieństwo... Pozwala to człowiekowi w każdej chwili wiedzieć, jak wygląda Bóg, bez męczącego patrzenia w niebo. Nikt jednak nie wie, na czyje podobieństwo zostali stworzeni Aniołowie, oczywiście oprócz Boga, ale to Jego tajemnica. Prawa, które rządzą Aniołami, są innymi prawami, wiedza, która o nich traktuje, jest inną wiedzą, właściwości fizyczne są innymi właściwościami, a chemia jest ich inną chemią. Ich właściwości fizyczne tysiąckroć przekraczają niedoskonałą możność pojmowania człowieka, dla którego wszystko to jest cudowne, bo tak chciał Stwórca nie znający pojęcia "niemożliwe".&lt;br /&gt;Po pierwsze – Aniołowie są niewidoczni dla oka ludzkiego. Jest ono zasłonięte bielmem, które Wiekuisty specjalnie w nim umieścił. Czasem, gdy spodoba się Stwórcy, niektórzy ludzie prawi wśród prawych, skromni wśród skromnych, mogą zobaczyć Anioła.&lt;br /&gt;Po drugie – Anioł nie jest ograniczony w przestrzeni. Jego rozmiary są rozmiarami przestrzeni, która go zawiera. Każdy Anioł wypełnia wszechświat całkowicie. A przecież zastępy Aniołów są niezliczone, jak niezliczona jest ilość szarańczy. Aniołowie nakładają się więc na siebie jak wafelkowe rożki do lodów, które łatwo schować, gdy się ich nie używa, lub wyjąć, gdy się do nich nakłada lody. Anioł mieści się też do butelki, kufra, solniczki lub tostera.&lt;br /&gt;Po trzecie – Aniołowie przemieszczają się z prędkością światła. Nie patrzą nigdy, gdzie lecą, i obijają się ciągle o ściany, co w rezultacie nie pozwala im posuwać się szybko do przodu.&lt;br /&gt;Po czwarte – Aniołowie w próżni spadają ze stałą prędkością do talerza z zupą.&lt;br /&gt;Po piąte – Aniołowie mają dwa bieguny – północny i południowy Gdy anioł przelatuje, krąg polarny zaczyna wirować w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, a przeciwprostokątna pokrywa się mchem od strony północnej.&lt;br /&gt;Po szóste – Aniołowie są ssakami, pomimo że mają skrzydła Wieloryb też jest ssakiem, a skrzydła ukrywa skromnie za plecami. Kiedy wsadza się głowę do wody, dokładnie widać, że wieloryby latają do góry nogami. Osioł też jest ssakiem, pomimo że ma dosyć ciężki i przyziemny sposób latania. Chyba, że jest akurat nad przepaścią. Aniołowie kpią sobie z osła, ale on ma je gdzieś, ponieważ umie ruszać uszami. Aniołowie nie umieją ruszać uszami. Jedynie osioł i Stwórca umieją ruszać uszami.&lt;br /&gt;Po siódme – Anioł zanurzony w ukropie jest wypierany ku górze i pędzi w stronę gwiazdy polarnej wrzeszcząc coś w języku Aniołów. Woda, w której zanurzono Anioła, staje się święcona i ktokolwiek by ją pijał z pominięciem innych napojów, nigdy nie dorobi się czerwonego nosa.&lt;br /&gt;Po ósme – Aniołowie są lżejsi od powietrza. Wynika z tego, że Anioł nie zastąpi żelazka przy prasowaniu spodni. Ktokolwiek zaś powiesi sobie Anioła na szyi, rzucając się do wody, nie umrze utopiony, ale ku ogólnemu zdumieniu powieszony.&lt;br /&gt;Po dziewiąte – Aniołowie lubią wylegiwać się na nasłonecznionych murkach. Trzeba bardzo uważać z przyklejaniem plakatów, żeby nie uwięzić pod nimi Aniołów.&lt;br /&gt;Po dziesiąte – Aniołowie nie mają potrzeb naturalnych – czysty duch nie miewa potrzeb naturalnych. Aniołowie nie mają więc wstydliwych otworów. Ich dolna cześć pleców nie jest podzielona na dwoje. Mają po prostu jeden pośladek. Ten pośladek jest całkowicie okrągły, ładniejszy od ludzkiego i łatwiejszy do utrzymania w czystości.&lt;br /&gt;Dostrzegając doskonałość Aniołów, Stwórca pomyślał w głębi duszy, że lepiej byłby zrobił, przekształcając siebie na podobieństwo Aniołów, niż tworząc człowieka na Swój obraz. Ale to już Jego sprawa. Taka jest historia Aniołów, ich natura i właściwości. Wracamy więc do opowieści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aniołowie błądzili po nieskończoności niebios jeszcze w czasach, kiedy Bóg nie stworzył ani świata, ani jego mieszkańców. Zajmowali się zaś sławieniem Wiekuistego – nie wiadomo komu, przecież "nie było niczego", ale pewne jest, że odwalali kawał ciężkiej i nikomu niepotrzebnej roboty. Każdy z nich śpiewał innym głosem: jedne niskim, inne cienkim, jeszcze inne tak pośrodku, akompaniując sobie na poteflonach, mymłonach, elektrycznych bierkach czy gitarze wirnikowej, kobzie z pomponami lub rzadziej na dmuchanej betoniarce. Bóg lubił to i było Mu z tym dobrze. A Może tylko udawał, że to lubi... nikt Go nigdy o to nie pytał. Nawet gdy się wie, kim się jest, to zawsze przyjemniej, gdy inni Ci to mówią, szczególnie chóralnie i z orkiestrą grającą "Tu ti tu rum tu tu". W dodatku Stwórca w swej nieskończonej dobroci sprawił, że przyjemność czerpana z chwalenia Go została Mu dana przez stworzenia po to tylko, żeby z kolei stworzenia te mogły odczuwać największą, jaka tylko istnieje, przyjemność: przyjemność sprawiania przyjemności swemu Stwórcy. Takie już jest stworzenie i nie ma w tym nic dziwnego – Bóg je takim stworzył. Egoista. Wszystko to jest nieco skomplikowane dla nas, istot, ale na szczęście nie dla Boga. DZIĘKI BOGU. I to jest najważniejsze. A więc Aniołowie, pożądali cór ludzkich, zstąpili z nieba i zespolili się z nimi cieleśnie, rozpustnie i lubieżnie. Aniołowie jednak nie mogą oddawać się przyjemnością cielesnym w sposób normalny dla ludzi. Dlatego też anielska kopulacja jest nadzwyczajną kopulacją. Córki ludzi zaznały w najgłębszej głębi swych ciał najwspanialszej cielesnej przyjemności i od tej pory nie chciały zadawać się z synami Adama. Niedługo potem Aniołowie doszli do wniosku, że jedna kobieta czy tysiąc kobiet to ciągle tylko kobieta, a wciąż byli łasi na kopulację. Spoglądając w dół na ziemię, spostrzegli inne stworzenia i różne gatunki zwierząt. Zaczęli porywać ich samice i na wszelkie sposoby dawać upust swojej rozwiązłości. A one poczęły i wydały na świat owoce które stały się potężnymi bestiami zawsze wzbudzającymi respekt. Kotka powiła okrutnego tygrysa, nieśmiały kret wydał na świat mamuta zjadającego na obiad cały las, samiczka zielonej jaszczurki urodziła dinozaura, na którego grzbiecie mogły powstać miasta, a nawet całe prowincje, pstrąg powił wieloryba, który nosem zdolny był odsuwać z drogi całe kontynenty, wesz urodziła langustę, porzeczka – dynię, kartofel – hipopotama, gąsienica – czołg, robaczek – kaszankę, pies – końską muchę, rzodkiewka – czterystomilimetrowy pocisk ziemia – powietrze, zapałka – pożar, a urwany guzik od koszuli – katastrofę kolejową. Ujrzał też Bóg, że wzrosła niegodziwość człowieka i że we wszystkich swych myślach i pragnieniach dusznych ku złemu się ma.  Posmutniał i zamyślił się. Wreszcie rzekł: "Zgładzę wszystko co stworzyłem z powierzchni ziemi: ludzi, bydło, zwierzęta pełzające i ptaki powietrzne, bo żal mi, że ich stworzyłem". Taka jest logika boża i taka jest Jego sprawiedliwość. To jest bardzo dobra logika. To jest bardzo dobra sprawiedliwość. Pod warunkiem, że jest się Bogiem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem na ziemi jeden z synów Adama – Noe dostąpił łaski w oczach Pana. Był w swym pokoleniu człowiekiem sprawiedliwym i zacnym. Ani jego żony, ani córki, ani żony jego synów nie kopulowały i nie uprawiały nierządu z Aniołami. Ani jego służące, ani kuzynki, ani nawet jego stara mama, prawie zupełnie głucha i całkiem bezzębna, ani jego jałówki, ani wielbłądzice, ani owieczki, ani jego kotka, ani pchły z jego łóżka, ponieważ wszystkie samice z domu Noego miały tak brzydkie oblicza, że mroziły wszelkie nasienie w mężczyznach. Od ich smrodliwego oddechu gwiazdy odpadały od sklepienia niebieskiego. Chronił je przed tym jedynie namordnik uniemożliwiający dmuchanie do góry. Tak było zawsze w domu Noego dzięki specjalnej łasce bożej. Noe miał także trzech synów, Sema, Chama i Jafeta. Wezwał Pan Noego przed oblicze rzekł: "Postanowiłem położyć kres istnieniu wszystkich ludzi, bo ziemia jest pełna wykroczeń przeciw mnie, zatem zniszczę ich wraz z ziemią. Ty zaś zbuduj sobie arkę z drzewa żywicznego. Uczyń w arce przegrody i powlecz je smołą wewnątrz i zewnątrz. Napisz nad drzwiami BOLS i spuść ją na wodę, a woda się do niej nie dostanie i będzie na nią wywierać parcie pionowe równe ciężarowi wypartej wody. Dzięki temu nie zatonie, będzie się unosić na wodzie i  będziecie się unosić wraz z nią, Ty i wszyscy, którzy znajdą się w arce pod warunkiem oczywiście, że się nie pomylisz w obliczeniach. Ja sprowadzę wówczas na ziemię potop, aby zniszczyć wszelką istotę pod niebem, w której jest tchnienie życia. A z Tobą zawrę przymierze. Wejdź przeto do arki z synami Twymi, z żoną i żonami Twoich synów, a spośród wszystkich istot żyjących wprowadzisz do arki po parze, samca i samicę, aby ocalały wraz z Tobą od zagłady". Tak mówił Stwórca gdy Noe przerwał mu: "A co z rybami, Wasza Wysokość?" Bóg zdziwił się: "Z jakimi rybami?" Noe odrzekł: "Czy nie postanowiłeś skończyć z rybami? Nie były one pełne nieprawości w wodzie?" Wiekuisty rzekł: "Proszę, proszę! Święta prawda! Wydaje mi się, że próbujesz się wymądrzać Czyżbyś był mniej czystym, niż wydawało mi się z początku, mniej sprawiedliwym, mniej nieskazitelnym i czy nie szedłeś ze mną dokładnie ręka w rękę, tak jak mi się to pierwotnie wydawało?" Noe: "Wszechmogący, proszę tak nie myśleć! Po prostu sobie gadałem. Teraz rozumiem, że było to idiotyczne i pełne zarozumialstwa. Ryby z pewnością potopią się, jeśli w swej mądrości sprawisz, by zapomniały, że umieją pływać. Chciałem tylko wiedzieć, czy w arce mam zbudować basen pełen wody dla ryb". Wiekuisty odparł: "Nie będziesz budował basenu dla ryb. Ryby pozostały czyste i nieskazitelne. Idź teraz i pracuj nad arką. Rzekłem". Noe zamyślił się i podnosząc wzrok nieśmiało, zapytał: "A wieloryby, Stwórco?" Bóg zniecierpliwił się: "Co wieloryby, jakie wieloryby?" Noe zrobił krok do tyłu i rzekł: "Czy mam wziąć parę wielorybów do arki – samca i samicę – żeby według Twojego prawa uchronić je przed utopieniem? Wieloryb przecież nie jest rybą, ale czworonożnym ssakiem należącym do rodziny kręgowców, posiada system utrzymujący stałą temperaturę wewnętrzną, ciało ma pokryte włosem (co prawda rzadkim), jest żyworodny i karmi mlekiem swe małe. Inne wieloryby, jeśli się nie potopią w wodach świętego potopu, będą głupawo prychać na swych towarzyszy znajdujących się w arce i na mnie, i na moją rodzinę, której będzie ciasno przez tych dwoje, których weźmiemy". A Wiekuisty odrzekł: "Jeśli Twe serce jest czyste, nie będziesz odczuwał niepokoju, ponieważ Twój Pan i Stwórca postara się o to". Noe: "Czysta prawda Panie. Tymczasem co mam zrobić z wielorybami?" Stwórca: "Zrób dwie ciasno splecione liny i zaprzęgnij wieloryby do arki, a będą ją ciągnąć. A teraz idź i pracuj. Rzekłem". I Stwórca pomyślał: "Ale jestem mądry! Zastanawiam się, skąd mi się to bierze". A tymczasem Noe powiedział: "Zastanawiam się, skąd Ci to wszystko przychodzi do głowy, o Panie, ale co mam zrobić z ptaszkiem?" Bóg zmarszczył brwi: "Z jakim znów ptaszkiem?" Noe wyczuł napiętą atmosferę, ale nie śmiał już wycofać się z rozpoczętego tematu: "No, z małym ptaszkiem. Tym, co żyje na wielorybie i wydziobuje resztki pożywienia spomiędzy jego zębów, unosi się w powietrzu, gdy wieloryb nurkuje, i znowu na nim siada, gdy ten wypływa, Ponieważ wieloryb nigdy nie pozostaje długo w głębinach morskich, ptaszek zawsze ma na czym usiąść, nim się zmęczy lataniem, i zawsze ma pożywienie. Wieloryb bardzo go lubi za utrzymywanie mu jamy ustnej w czystości. Zatem mały ptaszek nie utonie w Twym bogobojnym potopie, o Panie?" Wiekuisty poczuł, jak złość zaczyna poruszać zawory bezpieczeństwa w Jego sercu, gniew zebrany w gruczołach wdrapuje się po stopniach kręgów i zaczyna nadymać zwoje mózgowe, Jego powieki z wielkim trudem powstrzymywały pioruny gotowe uderzyć z oczu, wątroba zwinęła mu się w spiralę, żółć zamieniła się w majonez, a nerki zaczęły obracać się coraz szybciej wokół swych osi, spuchła Mu śledziona, odkręciła się kość ogonowa, rozmazał się mostek, kolana pokryły się krostkami, jelito grube zmieniło się w tubę, inne kiszeczki w serdeleczki, a wyrostek robaczkowy zaczął mieć zawroty głowy. Aniołowie w niebie skandowali mocnymi głosami: "Za-czy-nać! Za-czy-nać! Kur-ty-na! Kur-ty-na! Po-wódź! Po-wódź!" Wielu śpiewało melodyjnie: "Noe, kiblować! Noe kiblować! Noe, kiblować!" więc Wiekuisty dla zabawy spuścił odrobineczkę wód potopu. Noe od razu przestał pytać, pospieszył budować arkę i robić, co Stwórca nakazał. Walił się przy tym młotkiem w palce, gdyż był rolnikiem, a nie cieślą okrętowym.  Aż w sześćsetnym roku życia Noego, w siedemnastym dniu drugiego miesiąca upusty niebieskie zostały otwarte i wody niebiańskie wylały się na ziemię. W tym samym dniu Noe, Sem, Cham i Jafet weszli do arki wraz ze swymi żonami. Wszelkie istoty, w których było tchnienie życia, również weszły do arki. Nawet parka dinozaurów mająca dwieście łokci długości, i tyranozaury, i tytanozaury, i śledziozaury. I nawet ślimaki, które są jednocześnie i samcem, i samicą, I nawet bakterie wystarczające same sobie i dzielące się na dwie połowy z okrzykiem: "Mamo!..." Wszystkich tych zwierząt przyszło po parze, po czym Noe zamknął arkę. Wody potopu przez czterdzieści dni lały się na ziemię i wzbierały coraz bardziej i arka unosiła się na nich, a Noemu było sucho i całej jego rodzinie i wszystkim zwierzętom też było sucho, ale ruch wody pod arką nie całkiem wychodził im na dobre. Ich wnętrzności zaczęły się burzyć i pochorowali się, żołądki opróżniali przez usta i wypróżniali kiszki i pęcherze i pokryci byli owymi wypróżninami aż po dziurki w nosie. Oczywiście prócz żyraf. A trwało to czterdzieści dni, a potem jeszcze sto pięćdziesiąt dni, co w sumie jest ogromną liczbą dni. Wszystkie stworzenia wyzdychały na ziemi, tak ptaki jak i bydło, tak dzikie bestie jak i pełzające po ziemi płazy, a także ludzie. Jednym słowem – wszystkie stworzenia, które żyć muszą na suchym lądzie i które oddychają nozdrzami, wyginęły. Stwórca sprawdził to i rzekł: "W porządku, to jest bardzo sprawiedliwe", a Aniołowie śpiewali hymny pochwalne na cześć Wiekuistego i nigdy tak się nie ubawili jak wówczas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W jakiś czas potem Stwórca bawił daleko od Ziemi. Poszedł bowiem organizować potopy na planetach, na których stworzył istoty na Swoje podobieństwo, w całej nieskończoności wszechświata. I były to piękne potopy, ponieważ nabierał wprawy. Były więc potopy z wrzątku, tłuczonych kasztanów i kowalskich kowadeł... Wiekuisty tworzył też różnokolorowe oświetlenia, co w sumie dawało jeszcze lepszy efekt. Aniołowie śpiewali hymny pochwalne na cześć Stwórcy i wołali: "Jeszcze, jeszcze, jeszcze!" Któregoś dnia mały Cherubinek cały w złotych loczkach zapytał Wiekuistego: "O, Panie! Czy nie nadszedł czas zobaczyć, co stało się z Twoim pierwszym potopem, który spuściłeś na tę maleńką planetę Ziemię? Czy nie czas dowiedzieć się czy Noe, ten sprawiedliwy, czysty, o czerwonym nosie, przeżył potop?" Bóg przypomniał sobie wówczas o Noe i o zwierzętach, które były razem z nimi w arce. Sprawił, że powiał wiatr nad ziemią i wody zaczęły opadać. Zamknęły się bowiem zbiorniki Wielkiej Otchłani, a deszcz przestał padać z nieba. Arka osiadła na górze Ararat, Noe otworzył okienko i wypuścił gołębicę, żeby sprawdziła, czy gdzieś znalazłoby się suche miejsce. Długo czekał i nie doczekał się powrotu ptaka, gołębica bowiem okrążyła arkę i wleciała do niej oknem znajdującym się z tyłu, a Noe czekał siedem dni. W końcu wypuścił drugiego gołębia. Pod wieczór gołębica wróciła i miała w dziobku gałązkę oliwną pełną oliwek. Noe ucieszył się, ukręcił jej łeb i zjadł ją z oliwkami stwierdzając: "Nie jest tak dobra jak z zielonym groszkiem". Dwudziestego siódmego dnia drugiego miesiąca Stwórca przemówił do Noego: "Już możesz wyjść z arki, ziemia obeschła". I Noe wyszedł. Wpadł do wody, zaczął się dusić i prawie się utopił, a Stwórca śmiał się do rozpuku. Aniołowie rechotali z uciechy. Po czym Stwórca rzekł Noemu: "Wiedz, że właśnie stworzyłem pierwszy kretyński żart. Nie uważasz, że to zabawne?" A głupawy Noe zbudował ołtarz, wziął baranka i złożył w ofierze Wiekuistemu. Wiekuisty poczuł zapach, który zaczął go uspokajać, a był to dobry zapach piekących się wnętrzności i pomyślał sobie: "Nie będę już więcej karał ludzi na ziemi. Człowiek od dzieciństwa nosi zło w swoim sercu i jeśli zniszczę wszystkich ludzi za jednym zamachem, to cóż będę robił w przyszłą niedzielę? Lepiej dokuczać każdemu z osobna i dobrze załazić za skórę". Noe tymczasem osiadł na suchym lądzie i zasadził winorośl myśląc, że wynalazł ziemniaki. Niedługo potem przypadkiem wynalazł wino i myśląc, że to puree z kartofli upił się jak świnia. Doszedł do wniosku, że puree kartoflane nie wychodzi mu na zdrowie, zwołał wszystkich i podniósł swe szaty, by im pokazać, gdzie go boli, a oni zobaczyli to, czego nie powinni zobaczyć. Jego syn Cham zaczął głupawo pochrząkiwać, gdyż to co Noe pokazywał, było równie czerwone jak jego nos. Jego bracia, Sem i Jafet, wziąwszy płaszcz zakryli nagość ojca bez przyglądania się. Noe dowiedział się jednak, jak zachował się Cham, ponieważ Sem i Jafet byli wstrętnymi, małymi donosicielami i przeklął małego Kananejczyka, syna Chama, którego przy tym nie było i który nic nie widział, a pobłogosławił Sema i Jafeta. I żył jeszcze trzysta pięćdziesiąt lat, nigdy nie trzeźwiejąc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Dziewczyny walczcie o równouprawnienie: niech każdy ksiądz wytnie sobie dekolt w swojej sukience.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-167947205239824904?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/167947205239824904/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-4_29.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/167947205239824904'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/167947205239824904'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-4_29.html' title='Chapter 4'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-7073988548746385933</id><published>2009-06-15T09:18:00.000+01:00</published><updated>2009-06-21T23:59:05.237+01:00</updated><title type='text'>Chapter 3</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 3... Bóg albo istnieje, albo nie. Obie opcje są równie przerażające.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Teraz skupiłem się na Księdze Rodzaju, ale widząc Twoje zainteresowanie tematem oraz teologiczną wiedzę mniemam, że jeszcze nieraz tu zajrzysz. Wobec tego dopiszę jeszcze Nowy Testament i wezmę się za Apokalipsę. Może nawet przerobię Księgę Psalmów. Nie sądzisz, że poprzedni temat był na tyle dołujący i monotonny, że czas najwyższy na odmianę? A co do Kobiet... nie odbierz tego źle, ale z Kobietami łączy mnie tylko jedno – i to tylko czasami... :-) Pozdrawiam&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Sandra:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, że przez cały tydzień milczę. Daję szansę, aby każdy kto tu zajrzy, miał możliwość przeczytania tego i ewentualnie pozostawienia po sobie znaku bytności. Nie zwykłem wcinać się pomiędzy głosy komentujących ani odpowiadać na pytania wcześniej, niż przy zamieszczaniu kolejnego posta. Każdy, kto tu zagląda wie, jakie są zasady. Mam nadzieję, że wszystko jest już jasne, a Ty doczekałaś się w końcu mojej odpowiedzi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do MałaCzarna:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A myślisz, że ktoś przyjąłby mnie na tak odpowiedzialne stanowisko czytając tą interpretację Biblii? Pewnie dla uczniów jakiejkolwiek szkoły byłby to jeden z najciekawszych przedmiotów, z jakimi muszą się zmierzyć, ale grono pedagogiczne raczej nie byłoby po mojej stronie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Polonistka:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Temat maturalny? O ile sobie przypominam, było coś o Werterze, cierpieniu, samookaleczaniu, śmierci i robieniu z siebie cipy. Takie preromantyczne EMO. Oprócz tego były "Dziady", "Balladyna" i "Lalka". Jak sama widzisz repertuar nie powala, a z Bogiem ma tyle wspólnego, co polityka z uczciwością. Z pisemnej było tylko 4+, z ustnej jeszcze gorzej, bo zaledwie 4. Niestety mojej polonistce nie przypadł do gustu mój sposób interpretacji większości utworów omawianych na lekcji. Twoja propozycja zaciekawiła mnie do tego stopnia, że pobieżnie przejrzałem kilka portali obfitujących w setki zdjęć. Ręce mi opadły. Nogi mi opadły. Opadło wszystko, co mogło jeszcze stać i podejrzewam, że nieprędko wstanie po takim ciężkim doznaniu. Oferta nader ciekawa i pewnie zajmę się tym zaraz, jak tylko skończę tą historię. Nie mam w nawyku przerywać czegoś w połowie więc do tematu portali towarzyskich oraz wszelkiej maści kosmitów, lolitek oraz kozaczków tak bezwzględnie obnażających swoje ciała i życie prywatne powrócę pod koniec lata. Myślę jeszcze o zamieszczeniu notki dotyczącej najbardziej rozbalangowanej, roześmianej, rozentuzjazmowanej i najlepszej pseudogrupie pokolenia nowoczesnych nastolatków – EMO. Jednak do tego czasu przygód Boga i Jego cyrku ciąg dalszy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Fajnie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Dzięki.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiesz, że to moja ulubiona książka. Oczywiście kojarzę ten cytat, ale myślę, że Bóg ma niesamowite poczucie humoru – dowód tego znajduję codziennie spoglądając w lustro. Tak samo, jak często spoglądał w nie Forrest Gump.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW:&lt;br /&gt;Bóg całkiem przypadkiem stworzył świat i nawet Mu się to udało. Natomiast w stworzeniu ludzi wyczuwa się już zmęczenie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg rzekł do kobiety: "Nie będziesz jadła owoców z drzewa poznania dobra i zła. I nie będziesz namawiać Adama, aby jadł, nawet wiedząc, że ja nie dowiem się o tym". Kobieta odrzekła: "Och nie mój Boże. Nie zrobię nic, co by Ci się nie podobało. Będę robić tylko to, co Ci się podoba. Nawet zacznę od razu". I usiadła mu na kolanach i zaczęła patrzyć na Niego sympatycznie, ponieważ Bóg był ładniejszym chłopcem od Adama. I oczywiście dużo większym pod każdym względem. Bóg zaś niewzruszony rzekł: "Ten owoc jest bardzo dziwny. Smak jego nie podobny jest do smaku żadnego owocu. Nikt nie może się oprzeć chęci spróbowania go, ale ty go nie tkniesz, prawda? Nawet gdybyś go zjadła, i tak bym o tym nie wiedział. Mam do Ciebie zaufanie. Obiecujesz, że nie dasz go swemu mężowi?" Kobieta odrzekła: "Ależ oczywiście! Po cóż mi jakiś owoc? Po co mi w ogóle mąż?" Bóg utwierdził się w mniemaniu, że kobieta również nie zje owocu, i pomyślał: "Stworzyłem kobietę ciekawską z natury, ale za dużo jest rzeczy, ku którym zwraca się jej ciekawość. Ona nie zje owocu i nie da go Adamowi, i nie poznają, czym jest dobro i zło, i nie będą mogli grzeszyć". I oddalił się, obdzielając kopniakami planety pętające się pod nogami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg nigdy by sobie z tym sam nie poradził, ale wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. Ów podstępny zwierzak pomyślał: "Wspomogę naszego drogiego Stwórcę. Z pewnością mi to wynagrodzi" i rzekł do niewiasty: "Jeśli zjesz owoc z tego drzewa, to będziesz jak Bóg znała dobro i zło". Kobieta odrzekła: "Bóg nam zabronił". Wąż powiedział: "Nawet jeśli nie będziecie posłuszni, nie zgrzeszycie, nie odróżniacie przecież dobra od zła. Nie możecie więc wiedzieć, że nieposłuszeństwo jest złem". Kobieta powiedziała: "Masz rację, ale po zjedzeniu będę już wiedziała, co to jest zło". Wąż: "Nie można Ci wypominać czynu popełnionego bez świadomości tego, czy jest dobry, czy zły. Po zjedzeniu owocu oczywiście będziesz musiała się pilnować. Ale to będzie proste, bo będziesz już wiedziała, co jest dobrem a co złem". Kobieta powiedziała: "To, co mówisz, trzyma się kupy, choć nie wszystko rozumiem. Bóg, który wszystko widzi i jest nieskończenie dobry, z pewnością nie pozwoliłby, aby jedno z jego stworzeń podjudzało drugie do nieposłuszeństwa". I chcąc zrobić przyjemność wężowi, wzięła owoc i zjadła. I dała mężowi i on też zjadł. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali, że są nadzy. Spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie bardzo ładne krótkie spódniczki. I usłyszeli głos Boga, który nawoływał: "Kuku! Gdzie jesteś, Adamie?" Ponieważ się kryli, Bóg pojął od razu, iż poznali zło i rzekł: "Nie zjadłeś przypadkiem zakazanego owocu?" Adam wyznał: "To wina kobiety!", kobieta rzekła: "To wina węża!", wąż powiedział: "To wina mego złego instynktu takim mnie stworzyłeś". Wtedy Bóg podrapał się w brodę, bo sytuacja była patowa i rzekł do węża: "Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród innych zwierząt! Na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł!". Bóg nigdy nie miał nadmiaru wyobraźni. Tak więc w owym dniu wąż utracił swe piękne długie nogi, z których był niezmiernie dumny. Tymczasem Bóg rzekł do Adama: "Nie posłuchałeś mnie, a zatem w trudzie będziesz zdobywał chleb powszedni, ziemia będzie Ci rodzić cierń i oset, a kobieta Twoja w bólu będzie rodzić dzieci". Adam odparł: "Ależ Wszechmocny Boże, to niesprawiedliwe! Nie wiedzieliśmy, co to dobro i zło. Ty jesteś winien temu, co się stało. Ach nie, to niesprawiedliwe!" Bóg odparł: "A niech tam, co cholery! Tworzę Niesprawiedliwość". I wygnał kobietę i mężczyznę z ogrodu Eden i przed jego bramą postawił cherubów z ognistymi mieczami w dłoniach. Teraz człowiek wiedział już, co jest dobrem, a co złem, a reguły gry ustaliły się następująco: za każdym razem, kiedy człowiek czynił źle, Bóg bardzo dotkliwie go karał. A przecież niezmiernie trudno jest nie czynić źle. Bóg wszczepił człowiekowi ogromny pociąg do lenistwa i przyjemności, które są złem, i ogromną niechęć do pracy i bólu, które są dobrem. Choćby człowiek nie wiadomo jak uważał, to zawsze popadnie w grzech. Zawsze. To bardzo przyjemna zabawa pod warunkiem jednak, że się jest Bogiem, a ponieważ wszystko pochodzi od Boga, Bóg więc bez przerwy tworzy nowe grzechy, wymyślne coraz bardziej i podszeptuje człowiekowi, aby je popełniał tylko po to, aby on, Bóg, mógł karać człowieka zarówno w tym jak i w przyszłym życiu. Ponieważ to Bóg ma zawsze ostatnie słowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem po przeprowadzce Adam nieraz zbliżył się do swojej żony Ewy, a ona w końcu poczęła i urodziła Kaina. I rzekła: "Otrzymałam mężczyznę od Pana". Adam doszedł do wniosku, że takie stawianie sprawy nie było sprawiedliwe - przecież to on odwalił większy kawałek roboty. Stwórca, jeśli nawet brał w tym udział, to na pewno nikt tego nie widział. Po Kainie Ewa urodziła Abla tylko dlatego, że Stwórca nie wynalazł jeszcze telewizji, a wieczory były długie i zimne... Abel został pasterzem, a Kain rolnikiem. Po jakimś czasie Kain ofiarował Wszechmogącemu świeżo zebrane płody roli. Abel widząc to, ofiarował nowo narodzone zwierzęta ze swego stada i ich tłuszcz. Wiekuisty spojrzał na ofiarę Kaina i zobaczył, że były to rzepy, pory, kapusty i różne warzywa spośród warzyw, które rosły na ziemi. I Kain rzekł do Stwórcy: "O Wiekuisty! Zechciej przyjąć pierwsze owoce mojej pracy. Racz schrupać ich miąższ soczysty i cieszyć się ich delikatnością. Stwórca wziął jedno z warzyw - rzepę - i ugryzł. Kain powiedział: "Piękne są moje rzepy, prawda, o Panie? Kosztowały wiele potu i bólu w krzyżach, i podrapanych rąk i poczerniałej twarzy, ale są piękne, te moje rzepy, i dziękuję Ci za nie i ofiarowuje Ci je z całego serca". Tymczasem Stwórca spoglądał na głupkowatego Kaina kątem oka, żuł rzepę i miał usta pełne miąższu rzepy, w zęby właziły mu korzonki rzepy, po brodzie płynął sok z rzepy i nos jego pełen był zapachu rzepy. I zorientował się, że wcale nie lubi tego paskudztwa. Wcale, ale to wcale. Splunął rzepą w twarz Kainowi i rzekł: "Nie ofiarowuj mi nigdy więcej takich świństw! To dobre dla prosiąt. A w dodatku nie podobasz mi się. Zdecydowałem w swej mądrości czuć do Ciebie antypatię. Zejdź mi z oczu. Precz!" Kain pojął, że nie podoba się Panu i Stwórcy i zmartwił się ogromnie, zżółkła mu wątroba, krew stała się jak atrament, nogi zaczęły mu śmierdzieć, członek pokrył się wysypką i twarz mu obwisła jak spodnie wiszące na kołku. Wiekuisty spojrzał zaś na to, co przyniósł Abel, drugi syn. A były to delikatne jagnięta o długich rzęsach, nowo narodzone maleństwa ukochane przez matki, czułe owieczki. Abel rozpalił ogień z pachnących krzewów i wsadził rożen z twardego drzewa w każdą owieczkę. Rożen wystawał z pyska owieczki i wystawał z... z... z drugiej strony owieczki, a oba końce wystawały na tyle na zewnątrz, aby owieczka mogła piec się nad ogniem, nie przemęczając się zbytnio. Zapach pieczonego mięsa pieścił organ węchu Pana na wysokościach, a skwierczenie przypiekanego tłuszczu docierało do jego słuchu. Ślina spłynęła po języku Stwórcy jak wartko podskakujący potok i język Stwórca mlasnął o podniebienie jak uderzenie bicza po zadzie leniwej kobyły, a zęby uderzyły o zęby z dźwiękiem, jaki wydają skrzyżowane miecze w największym ferworze walki. Wtedy Abel posypał szczyptą soli przyrumienione owieczki, ukorzył się i zwrócił do Stwórcy: "Panie! Racz spróbować godnej wyłącznie Ciebie potrawy, którą przyrządził dla Ciebie Twój niegodny sługa". Nic dziwnego - Abel miał duszę lizusa. Wiekuisty wgryzł się w delikatne owcze mięso. Jego twarz rozjaśniła się do granic promienności i radość rozpala mu serce do granic możliwości. Zjadł wszystkie owieczki, do ostatniej, i jego żołądek napełnił się po gardło. Szelki zaś napięły się do granic wytrzymałości. I Bóg rzekł: "To było dobre" ponieważ gruczoły ślinowe Stwórcy ciągle wydzielały ślinę, jak gdyby miał ślinotok, Abel zarżnął kolejne owce i upiekł je, i zarznął starego barana i też go upiekł. Wszystko to podobało się Stwórcy. Zjadł owce, zjadł starego barana i rzekł: "To było bardzo dobre". Abel nie miał już nic do zarżnięcia by zaspokoić apetyt swego Pana i poczuł się zakłopotany, ale Stwórca powiedział: "Wydaje mi się, że na dzisiaj starczy". I beknął. Było to pierwsze uderzenie pioruna. Bóg wytarł usta brodą i rzekł do Abla: "Twoja ofiara przypadła mi do gustu. Przyjmuję ją. Składaj mi często w ofierze owieczki, a ja będę je przyjmował. Stare barany też mogą być, ale proporcjonalnie do ich wieku przedłużaj czas pieczenia. Wtedy sprawię, że spłynie na Ciebie deszcz mych łask, i na Twych synów, i na synów Twych synów... Ale przede wszystkim nie zapominaj dodawać czosnku". Kain widział to i smutek zaćmił mu wzrok, dusza upodobniła się do rzepy drążonej przez robaki, serce obrosło szczeciną, z oddechu wylęgły się końskie muchy, a mocz spływając po skale rozgrzał ją do tego stopnia, iż zaczęła wydzielać dwutlenek węgla a łosoś w porze tarła pomylił drogę i popłynął w dół rzeki. Kain zobaczył Abla, różowiutkiego i całego w loczkach, który siedząc w cieniu drzew grał na fujarce, a jego owce pasły się na ukwieconej łące i pomyślał: "Nie mam szczęścia. Czemuż nie trafiłem na Boga jarosza?"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiekuisty nie lubi stworzeń płaczących i lamentujących na swoim losem gdyż Bóg jest autorem wszystkich rzeczy i narzekać na swój los, to znaczy narzekać na Boga. Pewnego leniwego popołudnia Nieśmiertelny rzekł do Kaina: "Dlaczego jesteś smutny, dlaczego twarz twoja jest ponura? Jeśli będziesz czynił dobro, nie będzie rozterki w Twoim sercu". Kain odrzekł: "Czym jest dobro, o Panie, jeśli nie tym, czego nauczyli mnie moi rodzice, a wiec: czerpać pożywienie z ziemi w pocie czoła i czcić Boga?" Stwórca rzekł: "Dobrem jest to, co raduje serce Twego Pana i Stwórcy i rozjaśnia Jego boskie oblicze. Rzepy i pory nie są dobrem. Twarze, na których maluje się troska, nie cieszą mego serca, nie są więc dobrem. A poza tym, zupełnie nie wiem, dlaczego tracę mój boski czas na dyskusje z rudzielcem! Przecież ja nie cierpię rudzielców! A więc rudzielcy nie są dobrem". Po tych słowach Wiekuisty oddalił się wdychać zapach pieczystego, które przyrządzał Abel, a Kain posmutniał jeszcze bardziej niż przedtem, ponieważ jego włosy rzeczywiście były rude. Właśnie od tego dnia sierżanci, belfrowie i Bogowie wszelkiej maści czują od pierwszej chwili antypatię do płomiennych rudzielców, natomiast blondyni o główkach pełnych loczków jak greccy pasterze zawsze są ulubieńcami wysoko postawionych osób. Takie jest życie. Kain długo układał sobie coś w głowie. Kiedy już ułożył, zwrócił się do Abla, swego brata: "Mam pomysł: Twoje owieczki podobają się Stwórcy, moje jarzyny nie odpowiadają mu. Ale gdybyśmy połączyli w jedno danie moje jarzyny i mięso Twoich owieczek, moglibyśmy otrzymać coś jeszcze lepszego niż same owieczki. To by ucieszyło jeszcze bardziej naszego Pana i Stwórcę, który ukochałby Ciebie jeszcze bardziej, a mnie polubiłby przynajmniej odrobinkę... może". Ale Abel roześmiał się pięknym, dźwięcznym śmiechem, a jego białe, równe zęby zalśniły  w słońcu i rzekł do Kaina: "Mieszać me delikatne owieczki z sokiem Twych włochatych rzep? No nie, chyba nie myślisz, że zrobimy z tego Mc’Donalds?" A Kain: "Pozwolę sobie nalegać, o mój bracie. Coś wewnątrz szepcze mi, że moglibyśmy otrzymać potrawy bardzo smakowite łącząc mięso z warzywami. Na przykład wydaje mi się, że dobrze upieczony udziec barani tylko zyska, gdy będzie się go jadło z fasolką szparagową. Cielęcina pokrojona w kostkę i duszona z mąką pszenną, ze śmietaną, grzybkami i aromatycznymi ziołami byłaby myślę, wspaniałym daniem. Mam również pomysł co do boczku i kapusty..." Abel spojrzał na niego jak szczerbaty na sucharka i poszedł sobie, podskakując i przygrywając na fujarce, a Kain poczuł jak żółć przelewa mu się przez wątrobę. Skrył się za szerokimi liśćmi dyni, która była jedyną jego przyjaciółką i długo płakał, a czerwone ślimaki myśląc, że to deszcz, pełzały radośnie po jego mokrym, zasmarkanym obliczu i wpełzły do ust, a Kain nie wypluł ich, bo w nocy nie mógł odróżnić ślimaka od języka. Bóg widział to, lecz wciąż przyjmował ofiary Abla, a nogą odtrącał ofiary Kaina. Miał ochotę zobaczyć, co z tego wyniknie. A nastąpiło, co następuje:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kain jeszcze raz zwrócił się do Abla i usilnie prosił go o połączenie obu ofiar tak, aby zapach mięsa wzmocnić zapachem jarzyn i sprawić Stwórcy możliwie jak największą przyjemność, Ale Abel ponownie roześmiał mu się w nos. Wtedy Kain powiedział: "Ty wstrętny smarkaczu, wazeliniarzu, obrzydliwy lizusie, psi dzyndzlu, kozi dzwonku, Ty pedałku dmuchający nie tylko flecik! Uważaj, bo żółć kipi mi w wątrobie, w żyłach płynie smoła, a śledziona wzdęła się kwasem! Dym wydobywa się uszami, z nozdrzy buchają sztuczne ognie, ze stóp wyrastają mi gwoździe i pazury, a kutas kurczy się w sobie i chowa jak ślimak przed burzą! Po raz ostatni pytam Cię, wstrętny gnoju, czy zgadzasz się na moją propozycję?" I mówiąc to Kain podniósł kij, a kij był ciężki i pełen twardych sęków. Wtedy Abel powiedział "No patrzcie go! Myślisz, że się Ciebie boję, Ty zasyfiała dupo? Pan jest ze mną, jestem Jego kochasiem, spróbuj tylko mnie skrzywdzić, a Jego prawica spadnie na Ciebie i spuści Ci lanie na goły tyłek!" Abel odwrócił się i dmuchnął w piszczałkę z kpiącym wyrazem twarzy, wtedy Kain podniósł kij i kij dziwnym trafem spadł akurat na głowę Abla. Abel połknął fujarkę, pisnął cienko, zwalił się na stokrotki - i już nie żył. Kain jednak nie wiedział, że Abel nie żyje. Nie wiedział, że można umrzeć. Nie wiedział nawet, co to jest śmierć. W owych czasach nikt nigdy jeszcze nie umarł. Adam i Ewa nie byli jeszcze starzy. Kain był bardzo zadowolony z nauczki, jaką dał małemu kutasowatemu bratu i pomyślał: "Teraz może zacznie myśleć ten dureń". Lecz oto Wiekuisty odezwał się do Kaina: "Kainie! Kainie! Cóż żeś uczynił ze swoim bratem?", a głos Stwórcy zabrzmiał jak 700 dzwonów spiżowych. Kain udawał, że nie usłyszał. Wtedy Stwórca powtórzył: "Kainie! Kainie! Cóż żeś uczynił ze swoim bratem?", a głos Jego brzmiał tym razem jak 7000 grzmotów. Kain wciąż udawał, że nie słyszy. Wtedy Stwórca wziął grabie i umieścił je na drodze Kaina, zębami do góry. Kain nastąpił na grabie, trzonek pieprznął go boleśnie w nos, podniósł więc głowę, żeby zobaczyć bałwana, który tak się kretyńsko zabawia i zobaczył Wiekuistego, Pana i Stwórcę stojącego przed nim. Podrapał się w nos i rzekł: "Spryciarz z Ciebie Panie", a Stwórca na to: "Cóż żeś uczynił ze swoim bratem?" Kain: "Nie kazałeś mi go pilnować Panie". Stwórca: "A więc zabiłeś brata. Krew jego woła ku mnie z ziemi". Kain: "Co to znaczy zabić, o Panie". Wiekuisty: "Zabić to zadać śmierć przed czasem, który naznaczyłem w swej mądrości". Kain: "Czy można zrobić coś, czego nie postanowiłeś w Twej mądrości, o Panie?" Stwórca: "Wszystko przewidziałem w swej mądrości, gdyż jestem Wiekuistym Bogiem Twoim i nic nie jest mi nieświadome i nic nie jest mi niemożliwe". Kain: "Zatem o Panie, jeśli w swojej mądrości wszystko przewidziałeś, to wiedziałeś, że odrzucenie mych ofiar wzburzy moją krew i serce. Wiedziałeś, że faworyzując brata doprowadzasz do tego, co się wydarzyło. I jeśli w swej wszechmocy możesz wszystko, to mogłeś zamienić zło w dobro. A co z tym wszystkim wspólnego mam ja?" Stwórca pomyślał: "Pieprzony intelektualista" i głośno odrzekł: "Yyy... cicho! Nie bądź taki przemądrzały!" Kain: "To Ty dałeś mi rozum o Panie". Stwórca: "Cholera, w dodatku buntownik". Kain: "To Tyś mnie pchnął do buntu o Panie". Stwórca: "Zabójca!" Kain: "Nie wiedziałem, co to znaczy zabijać. Nie jestem więc winny. Nawet nie wiedziałem, że ludzie mogą umierać. Ty o tym wiedziałeś o Panie!" Stwórca: "Będziesz przeklęty, i Twoi synowie będą przeklęci, i synowie Twoich synów będą przeklęci. Gdy role będziesz uprawiał, nie da Ci ona już więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi". Kain: "Nie grzeszysz umiarem Panie, ale miej litość... miałem nieszczęśliwe dzieciństwo". Wiekuisty: "Masz szczęście, ja nie miałem wcale dzieciństwa". Kain: "Panie, co Ci to da, że mnie przeklniesz? To go nie wskrzesi. A moje dzieci, co Ci zrobiły moje dzieci?" Stwórca: "Cóż Ci mam powiedzieć? Lubię rzucać przekleństwa wiec cicho, bo dostaniesz więcej!" I Kain zamilkł...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nie prośmy Boga, żeby się ukazał. Jeszcze nas posłucha i to zrobi.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-7073988548746385933?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/7073988548746385933/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-3.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7073988548746385933'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7073988548746385933'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-3.html' title='Chapter 3'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-3758162194093375523</id><published>2009-06-08T09:42:00.003+01:00</published><updated>2011-09-26T10:25:31.875+01:00</updated><title type='text'>Chapter 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 2... Mądrość jest przekleństwem Bogów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Człowiek który w nic nie wierzy nie jest człowiekiem. Niech to będzie własna nieomylność, narcystyczna wizja piękna, Bóg, czy pomyślnie zdany egzamin. Ty wierzysz, że biegun ochroni Cię przed ludźmi, a wygląda na to, że to skrajnie nieludzkie miejsce jest całkiem dobrze zaludnione.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Skoro niektórzy ludzie mogą czuć się bosko, to niektórzy Bogowie mogą poczuć się choć przez chwilę ludzko. Szkoda, że taka nieoczekiwana zmiana ról możliwa jest tylko w Hollywood, bo może ktoś w końcu czegoś by się nauczył.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze oddychasz, ale pamiętaj, nie tylko palacze chorują na raka krtani czy płuc. Grunt to wiedzieć, na co się umiera. Nie wiem, co mnie truje, ale boję się otworzyć sok, a domowy obiadek z młodych ziemniaków i surówki ma w sobie prawie tyle samo chemii, co zupka w proszku.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Po 1: napisałem, że człowiekowi nie wypada osądzać Boga w Jego czynach i postanowieniach. Po 2: jeśli już popełniłem według Ciebie pierwszy z ciężkich grzechów (grzech pychy, pamiętasz z religii?) i odebrałaś w ten sposób mojego posta, to powinnaś przeczytać również wstęp do niego, gdzie wyraźnie zaznaczyłem, że to nie jest POWAŻNA interpretacja, że jestem OSZCZĘDNY w słowa, żeby specjalnie nikogo nie urazić oraz, że jest to interpretacja przypominająca rozmowę z kilkuletnim DZIECKIEM. Teraz złóż 3 słowa, które wyszczególniłem: POWAŻNIE, OSZCZĘDNIE i DZIECKO. Ich semantyka gryzie, prawda? Taki też jest wydźwięk tego posta. Jest nie do przyjęcia, ale z ciekawości czytasz, piszesz komentarz i czekasz na moją odpowiedź (bo doskonale wiesz, że wszystkim odpisuję). Pozdrawiam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Słodka):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Cóż za porównanie... Akademia Medyczna i "Operacja"? Nieźle. A wiesz, że najlepsi etatowi piloci F-16 często słabo grają w symulację lotu takim samym samolotem na komputerze? Wniosek? Wszystko zależy od człowieka, od podejścia, od zaangażowania. Być może jest nam coś z góry przesądzone, ale to my podejmujemy decyzję, jaką drogą i w jakim czasie do tego dojdziemy. Moja droga do Boga (jeśli w ogóle idę w dobrą stronę) wiedzie tędy. A to, że w międzyczasie zastanowię się i "pogdybam", czy Bóg miał jakiś wybór tworząc świat takim, jakim go stworzył, to już moja sprawa. Robię źle, że dzielę się tym z innymi?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Fka:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Masz rację, jak tak dalej pójdzie, to nie przejdę spokojnie przez Kazimierzowską, bo dopadnie mnie jakaś pielgrzymka i na siłę drugi raz ochrzci, wybierzmuje i odprawi ostatni sakrament... Ludzie czytają to, co chcą przeczytać. Nie sądzę, żeby po 2 zdaniu złapali się za głowę, nie czytali więcej tylko pozostawili komentarz. Myślę raczej, że niejednokrotnie zaśmieją się pod nosem i jeszcze nieraz tu zajrzą. Zwłaszcza Ci, którym tak bardzo przeszkadza sposób, w jaki piszę. Poza tym... ludzie są ciekawi. Zawsze chętnie poczytają coś nowego, popatrzą, jak ktoś grzeszy tylko po to, żeby zobaczyć, jak ktoś cierpi gdy ponosi karę. W 30 roku Naszej Ery ukrzyżowano Jezusa, a ludzie bawili się przy tym jak na dobrej imprezie, w XVII wieku we Francji punktem kulminacyjnym dnia było ścięcie głowy (nieważne, czy ktoś był winny, czy nie). Ludzie lubią oglądać ale nie lubią być oglądani. Niech więc śmieją się ze mnie tylko po to, żeby z ich zakamuflowanego wstydu nie śmiał się nikt.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Czyżby Niewierząca? Witamy w naszej wielkiej również wierząco-niewierzącej rodzinie. W myśl KAŻDEJ wiary po śmierci czeka nas Sąd Ostateczny (obrazowany różnie w każdej znanej nam religii). Każdy z nas zostanie podsumowany i osądzony, mam nadzieję sprawiedliwie. Na ziemi mamy prawo do szczęścia ale nie mamy szczęścia do prawa. Oby tam po drugiej stronie lustra prawo było sprawiedliwe. Przykro mi, że Cię to oburza, ale jeśli chcesz zrobić coś dla religii, to zabroń wystawiania musicalu "Jesus Christus Superstar" lub podpisz się pod petycją wycofania żołnierzy USA z Iraku i pozwólmy ludziom cieszyć się ich własną religią. Terroryści są już dawno wybici. Jeśli natomiast chcesz przeczytać coś naprawdę zbrodniczego, niesmacznego i ostrego, to zostaw mi swojego maila - wyślę Ci odpowiednią książkę. Czy pomaga mi pisanie? Niby w czym miałoby pomagać taki sposób i taka tematyka? Pomagały mi pierwsze rozdziały pisane 2 lata temu na ZUPEŁNIE INNY TEMAT, ale jak sama widzisz, człowiek się zmienia więc i strona na szczęście przeszła metamorfozę. Zupełnie jak Kobieta, prawda? Dzięki za pozostawiony znak życia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Komar:) :&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Tak Komarku, dwie komórki to tak zwany dual-core więc kiedy obie załączają się w tym samym czasie, to ADHD jest przy tym jak dziecięca karuzela na wstecznym. Bóg jest dumny z nas wszystkich bo stworzył na na własne podobieństwo. Gdyby nie był, to zesłałby znów Potop a jedyne co stwarza takie pozory to wybijająca studzienka za oknem. Zamiast Arki mam dmuchany ponton a co do grilla - jestem jak najbardziej za.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;STRESZCZENIE POPRZEDNIEGO ROZDZIAŁU:&lt;br /&gt;Bóg stara się coś stworzyć. Pierwszy dzień pracy nie przynosi efektów. Dobrze, że nikt tego nie widzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg nazwał sklepienie Niebem, co znaczy absolutnie to samo. W ten sposób powstały synonimy. Uznał je za bardzo zabawne. Zaczął tworzyć synonimy na potęgę i dlatego mamy ich teraz tak dużo. To wielka rozrzutność z Jego strony, ale jak jeszcze nieraz udowodnimy, Bóg jest troszeczkę roztargniony. Cel tej misji nie jest do końca poznany, bo mamy do teraz wielką ilość wyrazów w różnych językach oznaczających dokładnie to samo. Na takiej zabawie minął Mu wieczór i poranek - dzień drugi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg stworzył cyfrę dwa. Potrzebował jej do zapisania dni, które upływały. To był dobry, naprawdę bardzo dobry pomysł. W tym miejscu stworzył również cmoknięcie z zachwytu całkiem przez przypadek, ale skoro już Mu się wymsknęło, to warto było to zachować zwłaszcza, że całkiem zabawnie Mu to wyszło. I zaraz wpadł na kolejny wspaniały pomysł. Postanowił stworzyć za jednym zamachem wszystkie możliwe cyfry, ażeby mieć je pod ręką, kiedy będzie musiał liczyć dzień po dniu. Bóg więc rzekł: "Niech się staną liczby całkowite!" i liczby całkowite stały się. Ale wnet zorientował się, że ilość liczb jest nieskończona i rozgniewał się. Jedynie Bóg jest nieskończony. Ileż arogancji musi wykazywać jakikolwiek Boski twór, by przywłaszczać sobie atrybut nieskończoności? I zdecydował Bóg: "Niechaj ciąg liczb przestanie istnieć!" I tak się stało. Wtedy pomyślał: "Stworzę każdą liczbę osobno w odpowiedniej chwili a póki co za karę wszystkie liczby mają siedzieć w poczekalni do stworzenia". Oto co przydarzało się arogantom usiłującym pierdnąć głośniej niż ich Szef. Kiedy już Stwórcy przeszła złość, rzekł: "Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha". Bóg nazwał tę suchą powierzchnię "Ziemią", a wody nazwał "Morzem".  Stwierdził, że było ono dobre, choć nieco błotniste po brzegach. Rzekł również: "Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona. No i jeszcze pęczek pietruszki i główkę czosnku dla smaku". I się stało tak. I upłynął wieczór i poranek - dzień trzeci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg rzekł: "Niechaj powstaną ciała niebieskie świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy". I stworzył dwa duże ciała jaśniejące, większe, aby rządziło dniem i mniejsze, aby rządziło nocą. Stworzył źródła światła w dniu czwartym choć dobrze wiedział, że istniała już światłość, którą Stworzył dnia pierwszego. Tak więc przez dwa dni był dzień, choć słońce nie istniało. Dowodzi to jedynie tego, że Bóg jest bardzo zdolny ale odrobinę bałaganiarski. Myślał nad tym cały dzień i tak upłynął Mu wieczór i poranek - dzień czwarty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg rzekł: "Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią pod sklepieniem nieba". I tak się stało. Ale Bóg zauważył, że morze nie wydaje żadnego odgłosu, nawet przy największym wzburzeniu. Podniósł więc małża który dziwnym trafem walał się po plaży, trochę się z nim siłował przy próbie otwarcia, ale w końcu Bóg to Bóg. Małż został boską siłą otwarty, a Stwórca przyłożył go do ucha i usłyszał szum morza. Rzekł wtedy: "Ukradłeś prawowity szum morza. Przeklinam Cię wśród wszystkich zwierząt i Twoje nasienie będzie przeklęte po wieki wieków. Będziesz leżeć na dnie morza, jedzony będziesz z cebulką i białym winem a śmierdzieć będziesz jak... jak... nieważne, później wymyślę na to nazwę". Jak widać, słychać i czuć do dziś dnia po każdym małżu świata, Bóg nie grzeszył pomysłowością, a na tej wyczerpującej klątwie minął wieczór i poranek - dzień piąty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Jak ten czas szybko leci" – pomyślał Bóg drapiąc się brodą po plecach. Spoglądając na kalendarz rzekł: "Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju". I tak się stało. Aż wreszcie rzekł: "Uczynię człowieka na Swój obraz i podobnego Sobie". I Bóg stworzył człowieka na swe podobieństwo. Teraz z łatwością możemy stwierdzić, jak Pan Bóg wygląda - wystarczy popatrzyć w lustro. Tacy, jacy jesteśmy, taki jest Bóg. Identyczny. Ale oczywiście w większej skali. Dużo, dużo większej. Bóg ma dwie ręce, dwie nogi i jedną głowę. Bóg nie ma ogona. Bóg nie ma trąby. Bóg nie ma płetw. Bóg ma przewód pokarmowy zupełnie taki sam jak człowiek, tylko że dużo większy. Bóg powiedział: "Stwórzmy człowieka na Nasze podobieństwo". Nie powiedział natomiast: "Stwórzmy kobietę na Nasze podobieństwo". Dlatego mężczyzna i kobieta tak różnią się od siebie. A więc Bóg nie jest kobietą. Bóg jest płci męskiej. Ale oczywiście w dużo większej skali. Istnieją ludzie Biali, Żółci, Czerwoni, Czarni, Małe Zielone Ludziki i pewnie jeszcze inni, o których nie mam pojęcia. O Ludziach żadnej karnacji poza Białą nie ma w Starym Testamencie wzmianki (chyba, że przeoczyłem przy analizie). Czyżby rasizm? Wnikał nie będę, ale wobec tego faktem jest, że ludzie wszelkiej innej karnacji poza Białą są trochę mniej podobni do Boga. Bóg jest więc Biały. Kiedy jakiś człowiek karnacji innej niż Biała przegląda się w lustrze, nie widzi odbicia Boga. Jeśli chce mieć pojęcie o Bogu, wystarczy, żeby spojrzał na jakiegokolwiek Człowieka Białego. Na przykład na Billa Gatesa albo na Rowana Atkinsona. Myślę, że Bóg był tak zaaferowany tworzeniem świata, że nie do końca dbał o swój boski wizerunek. Z pewnością więc możemy przyjąć, że Bóg jest blondynem, ma niebieskie oczy i dołeczek w podbródku, kiedy się śmieje. Jest też opalony, bo przebywa najbliżej słońca. Skoro już wiemy, jak Bóg wygląda, wróćmy do naszej opowieści. Bóg przyjrzał się wszystkiemu co zrobił i uznał, że nie jest to najgorsze, jak na pierwszy raz. I upłynął wieczór i poranek - dzień szósty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siódmego dnia Bóg odpoczął. Tylko wieczorem zsunął się na chwilę z hamaka, zasadził drzewa w Edenie i umieścił tam człowieczka. I rzekł do niego: "Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania, ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz". Człowiek odrzekł: "Tak, proszę Pana". Bóg pouczył go: "Nazywaj mnie Bogiem". Człowiek więc odpowiedział: "Tak, Boże". Bóg rzekł mu: "Nie mów Boże, bo to niegrzeczne, mów - Mój Boże". Człowiek zniecierpliwiony lekcją konwenansów odburknął: "Wypchaj się, mój Boże", na co Bóg przestrzegł go: "Nie powinieneś do Mnie mówić tym tonem. To niedobrze". Człowiek odpowiedział: "Nie wiem co jest dobre. Nie jadłem owocu z drzewa poznania dobra i zła". Bóg pomyślał: "To prawda". I pomyślał jeszcze szybciej: "Musi zjeść ten owoc. Wtedy pozna dobro i zło i będę mógł bawić się z nim w grę zwaną dobro i zło". Rzekł więc: "Nie możesz zjeść tego owocu, pamiętaj, nie możesz", a Adam (ten człowieczek) odrzekł: "Zrozumiałem, mój Boże. Nie musisz mi powtarzać sto razy". Ale Bóg powtórzył: "Nie powinieneś go zjeść nawet za moimi plecami". Adam: "Przecież powiedziałem OK". Bóg: "Nawet jeśli jestem bardzo daleko stąd". Adam: "Rany boskie! Na Boga! Niech to jasny szlag trafi! Przyczepił się jak rzep do dupy! Zaczynasz mnie wkurzać! Nie, nie ruszę Twoich świńskich owoców! W dodatku nie cierpię owoców! Jeśli nie masz do mnie zaufania, nie trzeba było mnie tworzyć"! Bóg pomyślał w duchu: "O! jak on bluźni! Ale nie grzeszy, ponieważ nie potrafi odróżnić dobra od zła. Co za szkoda! Wszystkie te wspaniałe grzechy nie mogą się nikomu do niczego przydać!" I zaraz potem rzekł: "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam". I sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, a gdy spał, wyjął jedno z jego żeber, i zbudował z niego niewiastę, którą przyprowadził do mężczyzny. A Adam, zobaczywszy kobietę, porzucił biedną i wymęczoną kozę i przybiegł do niej. W jednej chwili zespolili się w jedno ciało. Jest wszak powiedziane, że człowiek opuści ojca swego, matkę swoją, kozę swoją, i pójdzie za kobietą, i będą jednym ciałem. Adam i jego żona byli nadzy oboje i zupełnie nie czuli wstydu, ale było im trochę zimno, ponieważ w Raju ciągnęło po kościach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Na Sąd Ostateczny ubierzcie się ciepło. Na wszelki wypadek. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-3758162194093375523?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/3758162194093375523/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-2_08.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3758162194093375523'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3758162194093375523'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-2_08.html' title='Chapter 2'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-8601659945077289577</id><published>2009-06-01T15:40:00.000+01:00</published><updated>2009-07-21T13:13:32.623+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Pan Bóg stworzył Pana Człowieka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Bóg dał nam wolną wolę – co skutkuje miedzy innymi decydowaniem o tym, co wypada pisać i mówić, a czego nie. Każdy będzie z tego rozliczany po śmierci – jeśli oczywiście w to wierzy. Myślę, że Stwórca nie obrazi się za moje słowa, bo ludzie są dużo bardziej źli i nieludzcy, niż zwykły facet śmiejący się raczej z traktowania religii jak interesu lub wyroczni, zamiast pomocy i oparcia w życiu doczesnym.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Pocałunki są pozostałością języka Raju. Ja dodałbym do tego spadku jeszcze uśmiech. Ta umiejętność bardzo się przydaje, a kiedy Bóg widzi szczery uśmiech na twarzy człowieka, raduje się razem z nim. Bo przecież szczęście ludzkie jest dla Stwórcy najważniejsze, prawda?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Czy to właśnie w Biblii nie padają znamiennie słowa: "Nie sądź, abyś nie był sądzony"? Jeśli nie chcesz czytać tego, w jaki sposób piszę o Bogu, to proszę, nie marnuj czasu na wklepywanie adresu tej strony. Na Sądzie Ostatecznym będę miał dobrego adwokata, a jeśli chcesz zrobić coś dobrego w imię wiary, to zajmij się wolontariatem – podobno Bóg chce, aby każdy pomagał ludziom, którzy z jakiś powodów radzą sobie w życiu gorzej od nas. Ja byłem wolontariuszem przez kilka lat, pomogłem kilku osobom, a Ty?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do aifilo:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jesteś ode mnie młodsza, a wydaje Ci się, masz dobrze poukładane w główce. Sama zdziwisz się, ile razy jeszcze Twoje postrzeganie Boga zachwieje się, ile razy nie będziesz wiedziała, po co chodzisz do Kościoła. To kwestia czasu. Człowiek jest stworzeniem niedoskonałym, ale ja mam przynajmniej odwagę przyznać się do tego, że czegoś nie wiem, że szukam, że błądzę. Myślę, że Bóg bardziej doceni moją szczerość w braku pewności, niż fałszywie bezgraniczną wiarę, którą zalewają Go codziennie "wierni". Kiedy znajdę Boga w sercu, również napiszę rozdział, który być może bardziej Cię usatysfakcjonuje.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Zdradziłaś tematykę kolejnych rozdziałów. Może i dobrze, nie chciałbym, aby moje słowa kogokolwiek uraziły. Ale więcej nic Ci nie wysyłam, musisz mieć takie same szanse oceny postów, jak każdy, kto tu zajrzy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Licznik prędkości założyłem kilka dni temu, ale jestem zaskoczony ilością odwiedzin. Zastanawia mnie, co ludzie bardziej chcą czytać – "stek bzdur i głupie wypociny niedojrzałego faceta, czy dobrą rozrywkę, czasem trafne uwagi i cięty sposób pisania"? Cokolwiek to jest, tak długo, jak będą pojawiały się tutaj słowa, tak będą zaglądali ludzie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do aifilo:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Tak... Niezidentyfikowany Obiekt Odpowiadający (Unidentified Responding Object)... to nie blog o zjawiskach paranormalnych. Akurat ten "Obiekt" jest mi dobrze znany i ceniony z uwagi na staż znajomości i miejsce zamieszkania.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;13 razy... wiem, że to pechowa liczba ale właśnie czytam Ją 14 raz. Wiesz, jak dużo jest przekładów Biblii? Nie mówię o językach współczesnego świata, raczej o sposobach interpretacji i tłumaczenia starogreckiego i hebrajskiego. Dla przykładu 5 przykazanie brzmi: "Nie zabijaj". Wiesz, że to błąd? W dosłownym tłumaczeniu (a o takie przecież chodzi) powinno ono brzmieć: "Nie morduj". Zobacz, jak tylko tymi dwoma słowami można zburzyć porządek świata i ruszyć podwaliny współczesnego Chrześcijaństwa... to właśnie mam na myśli pisząc o "oryginalnym" - czyli dosłownym i dokładnym tłumaczeniu Biblii, bez upiększania wzniosłymi metaforami i parafrazami tego, co często okazuje się być bardzo zwyczajne, a zacierania i gubienia tego, co rzeczywiście ma wielką siłę i wartość.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Brawo. Właśnie o to mi chodziło.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkich ślepo wierzących, nadmiernie praktykujących i żarliwie modlących się OSTRZEGAM przed tą wersją Starego Testamentu. Moim zamiarem nie jest kogokolwiek urazić, ośmieszyć lub – tym bardziej – podważyć słuszności wiary chrześcijańskiej. Nie mam też obowiązku ani tym bardziej ochoty tłumaczyć się nadgorliwym katolikom ze słów i określeń, które padać będą w kilku kolejnych postach więc niech każdy czyta na własną odpowiedzialność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię, prawda? Nie. Nie tak. Zacznijmy od początku. Na początku był Bóg. I nic więcej. Nie mogło być nic więcej, ponieważ aby coś było, musiałoby zostać stworzone przez Boga. A Bóg niczego jeszcze nie stworzył. By tworzyć, nie tylko trzeba być Bogiem, ale jeszcze wiedzieć, że się Nim jest. A Bóg nie wiedział, że jest Bogiem, bo był sam. Aby wiedzieć, że jest się Bogiem, potrzeba przynajmniej dwóch: tego, który jest Bogiem i tego, który zwraca się do Niego: "Mój Boże". Nie można być Bogiem ot tak po prostu. Można być za to czyimś Bogiem, a jak dowiedzieliśmy się wcześniej, Bóg był sam jeden jak palec. Więc nie był niczyim Bogiem. Mam nadzieję, że do tej pory wszystko jest jasne. Jeśli nie, wróćcie do początku i przeczytajcie jeszcze raz bardzo powoli, a my idziemy dalej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na samym początku nie było więc ani nieba, ani ziemi. W Bożej głowie nie zrodziło się ani pojęcie nieba, ani pojęcie ziemi. Mógł istnieć tylko Bóg i to, co stworzył, a przecież nie stworzył jeszcze nawet pojęcia nieba, ani pojęcia ziemi. Nie istniało nawet pojęcie pojęcia. Ani nie zostało stworzone pojęcie tworzenia. Chyba rozumiecie, że musiał istnieć kiedyś taki moment. Tak na samym, samiuśkim początku. Tu nasuwa się pytanie: Dlaczego Bóg miałby cokolwiek tworzyć? Nie było ku temu żadnej potrzeby. Bóg przecież nie ma żadnych potrzeb. Bóg to Bóg i żeby móc odczuwać jakąkolwiek potrzebę, musiałby najpierw stworzyć pojęcie potrzeby, co oczywiście mógłby zrobić z łatwością. Ponieważ był Bogiem. I tu nasuwa się kolejna delikatna sprawa, bo gdyby stworzył pojęcie potrzeby, przestałby być Bogiem. Bóg, który odczuwa potrzebę, nie jest Bogiem ponieważ odczuwanie jakiejkolwiek potrzeby wiąże się z definicji z brakiem substytutu potrzeby. A Bóg przecież mógł stworzyć wszystko włącznie z tymże substytutem. Nie mógł więc odczuwać żadnej potrzeby. Bóg doskonale o tym wiedział, ponieważ Jego mądrość jest nieskończona. Ale wiedzieć to jedno, ale co warte jest bycie Bogiem, skoro nic nie można zrobić? Zdecydował się zaryzykować i jednak coś stworzyć. A więc tak: na samym początku stworzył Sprzeczność. Uznał, że na rozgrzewkę tyle wystarczy i teraz dopiero wszystko można zacząć na poważnie. No i zaczęło się...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na prawie samym początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia była bezładem i pustkowiem, ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami. Nie było to specjalnie udane. Bóg przyznał to i zawsze krzywił się, kiedy oglądał swój twórczy falstart. Wiele by dał, żeby to świństwo nigdy nie zaistniało, ale nic nie mógł już poradzić bo wycofać się nie wypadało. Kiedy już "dzieło" zaistniało mógłby, gdyby oczywiście zechciał, odesłać wszystko w niebyt, ale nie mógł spowodować, by nie zaistniało. Tego nawet Bóg nie potrafi. Nikt nie potrafi zanegować przeszłości. Teraz, kiedy stworzył po raz pierwszy, zdał sobie sprawę, że nie jest zupełnie wszechmocny. Zrozumiał, ale zbyt późno, że idea tworzenia jest pułapką na Bogów. Gdyby to wiedział wcześniej, zająłby się czymś innym, ale co się stało, to się nie odstanie i trzeba się z tym pogodzić. Bóg więc zdecydował, że będzie udawał, iż jest nadal tak wszechmocny jak dawniej. I oczywiście miał rację ponieważ nikt nigdy niczego nie spostrzegł z wyjątkiem niedowiarków, szyderców, heretyków, innowierców, ateistów, antysemitów, skinheadów, satanistów i księży, ale ci wcale się nie liczą bo roztropny Bóg sam sobie gałęzi nie będzie podcinał. Nie zastanawiając się długo Bóg rzekł: "Niechaj się stanie światłość" i stała się światłość. Bóg zobaczył, że światłość jest dobra i ucieszył się. Nareszcie coś Mu wyszło tak, jak tego oczekiwał choć doskonale wiedział, że był to szczęśliwy traf. Bo przecież światłość mogła być nieudana. Wiecie przecież, jak to jest, kiedy się tworzy. Czasem wychodzi coś dobrego, a czasem coś zupełnie złego. Nic nie daje się przewidzieć z góry. Bóg pomyślał, że gdyby wiedział, że tak dobrze Mu pójdzie, rozpocząłby zabawę od stworzenia światłości. Dowodzi to, że musiał się jeszcze wielu rzeczy nauczyć. A przecież Bóg, będąc wszechwiedzący, nie może nauczyć się czegoś, czego by nie wiedział pomijając przypadek, w którym by zdecydował w swej wszechmocy, że nie wie tej czy innej rzeczy. Tylko kto jest na tyle odważny, żeby przyznać się do tego, że czegoś nie umie? Zwłaszcza, jeśli chodzi o Boga. Przecież to obciach i to już na samym początku dzieła tworzenia. W rezultacie Bóg przestałby być wszechwiedzący czyli przestałby być Bogiem. Ponieważ Bóg może wszystko, może nawet przestać być Bogiem. Może nawet sam siebie unicestwić. Jest to nieco kłopotliwe, no bo co zrobić w tym przypadku z nieśmiertelnością? Jeśli Bóg  jest nieśmiertelny – nie może umrzeć, nawet jeśli tak zdecydował. W takim wypadku nie jest wszechmocny więc nie jest Bogiem. Bóg ma więc do wyboru: albo nie być nieśmiertelnym, albo nie być wszechmocnym. A w rezultacie w obu przypadkach: nie być Bogiem. Jest to problem nie do rozwiązania, a jeśli nie ma rozwiązania, nikt go nie może znaleźć, nawet Bóg. A więc problem nie do rozwiązania jest potężniejszy od Boga. Ale problemy nie do rozwiązania, jak i wszystkie inne rzeczy, stworzone zostały przez Boga (chociaż  z wściekłości przyznaje przez zęby, że wcale sobie nie przypominał, żeby coś takiego stworzył). Stworzenie zaś nie może przewyższać swego Stwórcy. Wszystko to daje do myślenia choć Bóg miał wiele szczęścia, gdyż na początku tych niejasności nie było nikogo, kto mógłby o nie pytać i tym samym podważać boskość Boga. Odetchnął wiec z ulgą i wrócił do swojego projektu.  Ale im więcej tworzył, tym więcej dawało Mu to do myślenia i zaczął mieć wątpliwości, czy naprawdę jest Bogiem. Ale jeśli Bóg nie jest Bogiem, to kto właściwie jest Bogiem? No kto? Po długim namyśle Bóg stwierdził, że coś tu nie gra. Na szczęście przypomniał sobie, że stworzył Sprzeczność i rozchmurzył oblicze. Dzięki Sprzeczności mógł odtąd być i nie być zarazem, nie odczuwając bólu brzucha i stresu spowodowanych nieścisłościami. Nie miał więc żadnego powodu, by się czymkolwiek przejmować, bo wystarczyło, że przestał o tym wszystkim myśleć. A nawet myśleć w ogóle ponieważ myślenie nie jest najlepszą z rzeczy. Kiedy zaczyna się myśleć, nigdy nie można być pewnym, do czego to doprowadzi. Gdy Bóg zaczyna myśleć, może dojść do wcale niemiłego wniosku: że nie istnieje, bo nie ma przecież nikogo, kto mógłby potwierdzić Jego istnienie. A przecież Bóg chce istnieć. Wczujcie się w Jego położenie. Nie zazdroszczę Mu, a Wy? Jeśliby miał przestawać myśleć za każdym razem, kiedy Jego egzystencja staje się logicznym absurdem, nigdy nie byłoby żadnej religii. Na szczęście Bóg nie myśli. DZIĘKI BOGU. Myślą intelektualiści. Bóg nie jest intelektualistą. Bóg jest człowiekiem czynu. Bóg jest projektantem świata uczęszczającym w wolnych chwilach na mszę. Przynajmniej daje innym dobry przykład. Wracamy do tworzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. Zobaczył też, że ciemności są całkiem czarne. Poczuł się zawiedziony, liczył bowiem, że będą czerwone, zielone, albo w ostateczności zielono-różowe w pomarańczowe kropki, co naprawdę wygląda ładniej. Myślę, że właśnie dlatego nazwał je "ciemnościami", co po hebrajsku może oznaczać kolor "zielono-różowy w pomarańczowe kropki". Bóg nazwał światłość po imieniu i ciemności nazwał po imieniu. I rzekł do nich: "Witaj światłości", "Witajcie ciemności", ale ani światłość, ani ciemności nie odpowiedziały Mu na przywitanie. Nazwał więc Bóg światłość Dniem, a ciemność nazwał Nocą, co znaczy absolutnie to samo ale po polsku, i wtedy rzekł: "Dzień dobry, Dniu! Dzień dobry, Nocy!" I znów odpowiedziała Mu cisza. Dzień i Noc zaczęły gonić się w kółko, zupełnie się Nim nie interesując więc Bóg stwierdził, że te stwory nie były jeszcze wymarzonymi towarzyszami zabaw. I upłynął wieczór i poranek – dzień pierwszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Koniunkcja, alternatywa, prawa De Morgana, bla bla bla... powtórzyć budowę zdania logicznego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-8601659945077289577?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/8601659945077289577/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8601659945077289577'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/8601659945077289577'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/06/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-3871828243777091191</id><published>2009-05-24T21:55:00.000+01:00</published><updated>2009-06-01T15:47:34.053+01:00</updated><title type='text'>Chapter 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 2... Czym staje się diabeł, kiedy przestaje się wierzyć w Boga?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Podobno owoce swojej pracy szanuje się najbardziej. Tylko że dziś nikomu nie chce się pracować, wszystko i wszystkich można wynająć, a wynajęci przez nas ludzie odwalają kolejną chałturę. Jak dobrze, że stosunki międzyludzkie w większości dalej pozostają sprawą indywidualną, w której od początku do końca wszystko zależy od nas. Stary Tomek istnieje. Chcesz, żeby wrócił? Nie Ty jedna... On też by tego chciał.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ci, którzy wierzą, sami sobie kształtują sny. W co Ty wierzysz? Nie mów, że w nic, bo może właśnie dlatego gubisz się na prostej drodze. Uwierz siebie i w swoje możliwości. Mieszkasz na biegunie, to nie lada wyczyn utrzymać się tam przy życiu nie licząc na niczyją pomoc.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (mała):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Do kogo chcesz kontakt? Do Listonosza, czy do Tomka? Do obu masz e-maile więc dlaczego nie korzystasz skoro szukasz kontaktu? I przede wszystkim – z którym z nich chcesz porozmawiać?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Napracował się Chłopina, a później przyszedł grad i całe żyto zamienił w gównianą breję. Uwielbiam te Twoje porównania, a Mały Książę wcale nie jest bardziej "książęcy" ode mnie. Może tylko ma lepszą koronę i swoją planetę. No dobra, jest trochę mądrzejszy, ale dziś uchodziłby za chorego psychicznie, bo traktował róże jak ludzi, ludzi jak zwierzęta, a zwierzęta jak rodzinę. Mówiłaś, mówiłaś, ale wiesz... niewierny Tomasz (a propos niniejszego rozdziału) musi zawsze wszystkiego doświadczyć na własnej skórze.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (mała):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiem kim jesteś, dlatego dziwię się, że jeszcze nie dostałem od Ciebie e-maila. Wybacz, ale na forum nie będę obdarowywał Cię numerem telefonu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sandra):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie przesadzaj. 39,5 stopnia gorączki to znów nie taka choroba, żeby aż zrezygnować z doręczania przesyłek. Ale faktycznie ostatnio nie czułem się najlepiej. Widzę, że znakomicie mnie wyręczasz, ale daruj Małej takie komentarze. To w gruncie rzeczy dobra osoba. Pozdrawiam&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (mała):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Oskarżona? Dawno tego nie słyszałem. Rzeszów jednak Ci służy, bo w każdym Twoim słowie da się wyczuć odrobinę pozytywnej energii. Wybacz, że się powtórzę – po pierwsze: napisz maila. Po drugie: nie jedz Snickersów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Znasz powiedzenie "Głupi ten, kto głupio robi"?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;A wiesz, czym chcesz oddychać? Po eterze odpływasz w objęcia Morfeusza, po helu mówisz jak naszprycowana wiewióra, a po ozonie przy każdym słowie struny głosowe pieką Cię tak, jak by się paliły. Zanim więc weźmiesz głęboki oddech upewnij się, że to jednak czyste powietrze. Czyż nie jest ironią to, że właśnie najczystsze jest na biegunie?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ci którzy przemawiają w imieniu Boga, powinni pokazać listy uwierzytelniające. Męczy mnie bezczeszczenie tego, czego naczytałem się jako mały chłopiec w Biblii pełnej kolorowych obrazków. Z wielkim podnieceniem przewracałem stronę po stronie najpierw tylko oglądając rysunki i układając w głowie tysiące możliwych scenariuszy, w których pojawiali się bohaterowie przypowieści. W wieku bodajże 5 lat nauczyłem się czytać i drzwi dotychczasowej "wiedzy tajemnej" stanęły przede mną otworem. Jedną z pierwszych ksiąg, które wpadły w moje młode łapki była właśnie Biblia. "Nie jestem już takim analfabetą, na jakiego wyglądam – jestem sprytniejszy – przeczytam Cię i w końcu dowiem się, na ile moje wyobrażenia o Tobie były zmyślone, a na ile prawdziwe" – myślałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeczytałem Biblię chyba 13 razy w życiu. Od deski do deski. Najpierw z młodzieńczej ciekawości pochłonąłem Ją jak książkę tylko po to, by "odhaczyć" ze spisu książek obowiązkowych, które obiecałem sobie przeczytać, kiedy już nauczę się tej trudnej sztuki. Przyznam, że nie zrozumiałem z tego zbyt wiele. W życiu często wracałem do tego tak "życiowego" przewodnika. Za każdym razem odkrywałem to, czego nie dostrzegałem wcześniej. Za każdym razem podchodziłem do Biblii mądrzejszy, a kończyłem czytać głupszy i ciekawszy. Okazywało się później, że było całkiem odwrotnie. Odpowiedzi na podświadome pytania znajdowałem oczywiście w Biblii, ale byłem zbyt przejęty słowami jako takimi, żeby odczytać je jako rozwiązanie moich problemów. Dopiero po kilku dniach okazywało się, że o najlepszym rozwiązaniu przeczytałem już jakiś czas temu. Teraz nie podniecam się Biblią. Nie traktuję Jej jak wyroczni, relikwii czy wyroku Sądu Najwyższego. Z równie wielką ciekawością pochłonąłem islamski Koran, judaistyczną Torę i buddyjską Tipitakę. Znalazłem w Nich prawdopodobnie to samo, co w Biblii przystosowane i przetłumaczone oczywiście na potrzeby wierzących w nie nacji. Z sentymentu wracam jednak do Biblii, gdyż jak się nietrudno domyśleć, jest to najłatwiej dostępne tego typu dzieło. Im częściej czytam, tym więcej zadaję pytań. Niestety nie są to pytania, na które Biblia odpowie. A nawet jeśli się stara, to mnie one nie zadowalają. Oczywiście można by tutaj zaraz zarzucić mi ateizm. Bardzo chętnie podpiszę się pod tym, bo wolę być ateistą poszukującym istoty Boga (dla ogólnej zasady – skoro już mówimy o Biblii, przyjmijmy również mówić o Bogu chrześcijańskim), niż ślepo praktykującym i nigdy o nic nie pytającym chrześcijaninem. Każda wiara wymaga ciągłego samodoskonalenia się, poszukiwań siebie w sobie i Boga w Bogu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marto, przepraszam, że nie uprzedziłem Cię wcześniej, ale wyrwałem się z bieguna na wycieczkę. Pogoda była piękna, słonce rozpieszczało i głupio było przesiedzieć cały dzień przed igloo beznamiętnie wpatrując się w przerębel i łowiąc ryby. Sądzę, że i tak nie chciałabyś wybrać się ze mną, bo już kilka razy proponowałem Ci podobną wyprawę i mam nadzieję, że nie masz do mnie o to żalu. Nie uwierzycie, gdzie poszedł ateista, ten bierny i krzywopatrzący na całą instytucję kościoła człowiek. Nie uwierzycie, że obudziłem się dziś z myślą, aby odwiedzić to przynoszące wielkie dochody przedsiębiorstwo legalnego prania mózgów. Jak pomyślałem, tak uczyniłem. Rzadko chodzę do kościoła i zawsze dbam o to, aby moja wyprawa w to tak odludne (i tak pełne ludzi zarazem) miejsce przyniosła wszystkim jakieś korzyści. Bogu, księdzu i mi. O organiście nie wspomnę, bo tutaj zawsze ostro się zawiodę... Cóż więc zrobiłem? Dla Boga – odwiedziłem Go, bo dawno nie rozmawialiśmy. Powiedziałem to, co mówiłem już wiele razy. "Wierzę w Ciebie, ale nie wierzę Tobie – to całkiem naturalna ludzka ciekawość i chęć poznania Cię powoduje, że póki nie przekonam się o Twojej ingerencji w moje życie, dopóty nie uwierzę Ci w to, że rzeczywiście to robisz". Co zrobiłem dla księdza? Pomyślałem, że głupio byłoby iść tylko po to, żeby postać godzinę i posłuchać ględzenia przeplatanego co jakiś czas cytatami z Biblii, które prawdopodobnie z większym zrozumieniem mógłbym sam przeczytać w domu. Postanowiłem więc trochę nagrzeszyć, aby mieć o czym z nim rozmawiać podczas spowiedzi. Nie żebym nie grzeszył codziennie. Staram się grzeszyć ile tylko mogę, bo przecież to nasz ludzki obowiązek, tak jak obowiązkiem boskim jest nam wybaczać to przy spowiedzi. Przepraszam z góry wszystkich urażonych, ale to nie ja to wymyśliłem, To ideologia "naszego" kościoła. Ale wracając do tematu... nie grzeszę tak, żebym miał smażyć się w piekle (choć znajdą się pewnie tacy, którzy już za same te słowa chętnie wtrąciliby mnie do kotła z wrzącą smołą), ale postanowiłem trochę popracować w dzień święty tylko po to, aby móc później wyspowiadać się ze wszystkiego, co mi na sercu leży i święcić niedzielne popołudnie z tym większą przyjemnością. Poza tym szczerze mówiąc nie pamiętam wszystkich grzechów, a te aktualne z dzisiaj są jak najbardziej warte wyspowiadania się i żalu, co niniejszym uczyniłem dostając od księdza srogie baty w postaci przysłowiowych "3 Zdrowasiek". Po tym zabiegu wcale nie poczułem się jakoś specjalnie nawrócony, ale skoro tradycja tak każe,l to kłócić wyłamywać się nie wypada. Zwłaszcza, że zrobiłem to dobrowolnie. Podobno praktyka tego rodzaju spowiedzi znana jest od niecałych 2000 lat, ale ja w Biblii nigdzie nie przeczytałem o tym, że należy klękać przed czymś, co wygląda jak mały kiosk i mówić przez kratkę od chlebaka niby "na ucho" drgiemu człowiekowi swoje najskrytsze tajemnice. Prawdziwą ulgę przyniosła mi dopiero spowiedź ogólna, gdzie przecież wcale nie musiałem tłumaczyć się Bogu ze wszystkiego, bo przecież założenia On jest zawsze przy mnie i widzi wszystko, co robię. Przeprosiłem Go więc za to, co mogłoby sprawić Mu przykrość. Za słowa, za uczynki, za zachowanie. Nie obiecałem poprawy, bo byłbym zbyt arogancki i zadufany w sobie sądząc, że potrafię zbliżyć się do ideału Boga, który przecież z założenia nigdy nie grzeszy. Obiecałem za to, że gdy znów nagrzeszę i będzie mi to naprawdę ciążyć, że gdy będę czuł się źle i potrzebował rozmowy, pojawię się i poproszę o kilka minut dla siebie. Na koniec pomyślałem o sobie: „Ach ta moja wrodzona skromność”... więc żeby poczuć się dowartościowany szybko się wykapałem (cały!), ogoliłem, umyłem zęby i wyprasowałem ubranie. Rzadko kiedy zdarza mi się zrobić tyle rzeczy w tak krótkim dostępie czasu, a tym bardziej mając na względzie jedno i to samo wydarzenie, ku któremu prowadzą mnie wszystkie te czynności. Jakimś cudem (a propos) udało się, ofiar nie było, a ja wykąpany, wyprasowany i wystrojony poszedłem porozmawiać z Bogiem. I przyznam, że i tym razem wróciłem stamtąd niepocieszony. To znaczy z Bogiem wszystko OK., ale ksiądz znów dał popis nieudolnego mówienia o sprawach tak oczywistych i błahych, że teoretycznie powinno zrozumieć je każde dziecko. Ten ksiądz jednak ma rzadki dar przekazywania stosunkowo prostych rzeczy w totalnie niezrozumiały sposób. Nie wiem, czy służyć ma to temu, że ogłupione moherowe cheerleaderki będą oblegały go po mszy częstując domowymi ciasteczkami i nalewką, czy też temu, że ludzie chcąc jak najszybciej wyjść z kościoła (w trakcie mszy wszak tego robić nie wypada), będą wrzucać na tacę stosunkowo duże nominały przyprawiając tym samym nieudolnego klechę o szybsze bicie serca i chęć natychmiastowego przeliczenia zawartości koszyczków. Ech... i co ma w takiej sytuacji zrobić biedny, bezbronny pseudo-wierzący, szukający swojego miejsca w tej kościelnej gmatwaninie przepisów, przykazań i zakazów chrześcijanin? Zmienić księdza? Zmienić kościół? Zmienić wiarę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno Bóg jest jeden. Nie ma różnicy więc, czy będę modlił się do Niego w kościele A, czy w kościele B. Mówimy cały czas o kościołach, a nie o synagogach, świątyniach czy meczetach. Przemyśl charakteryzuje się tym, że ścierają się tu wierzenia kilku odłamów religijnych. Mam więc nieskrępowane prawo wybrać sobie ten kościół, który najbardziej odpowiada moim potrzebom i w którym będę czuł się najbliżej Boga. Na pewno nie będzie to ten, w którym byłem dziś. Jako, że do kościoła chodzę stosunkowo rzadko, znalezienie odpowiedniego zajmie mi trochę czasu. Ale gdy już go znajdę poczuję na nowo radość płynącą z samej świadomości odwiedzania Boga w Jego domu. Mam nadzieję, że mądry duchowny powie mi to, czego jeszcze nie wiem o sobie. Chciałbym jeszcze poruszyć tu jedną (dla niektórych być może ważną) sprawę. Kościół ZAWSZE (powtarzam – ZAWSZE) będzie dla mnie firmą, patronującą i współorganizującą pikniki pod nazwą "Bądź bliżej Boga". Przykre to, ale mam 25 lat i jak do tej pory mogę na palcach jednej ręki wyliczyć księży z powołania. To nie Ci którzy przychodzą kształtują kościół, tylko Ci, którzy tam pracują. Niech wiec sprawią, aby przebywanie w Świątyni było dla nas "przeciętnych zjadaczy chleba" duchowym przeżyciem, a nie tylko odklepaniem regułki, gimnastyki (siadaj, powstań, klęknij), rzuceniem 2 złotych w formie zapłaty za poświęcony czas i "błogosławieństwo", które rzucane jest nam (wierzącym) hurtowo jak laptopy na przecenie. A w słowie pisanym... póki co kościół pozostanie dla mnie kościołem pisanym małą literą tak, jak mało obchodzi księdza babuleńka, która wdrapuje się po schodach prowadzących z kościoła, podczas, gdy on ślubujący celibat i ubóstwo wsiada do czarnej Skody Fabii model Super B (najdroższa wersja tego samochodu, ceny od 65 tysięcy złotych) i odjeżdża z piskiem opon.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po mszy rozmawiałem jeszcze trochę ze znajomą, która jest już jedną nogą w zakonie (nad czym szczerze ubolewam). Zawsze lubiłem zawiłe i szybkie rozmowy z osobami duchownymi albo dopiero co starającymi się o statut bycia postrzeganymi jako duchowne. Przez wzgląd jednak na to, że to nie tylko siostra zakonna ale również moja dobra koleżanka, zdecydowałem się nie atakować Jej stwierdzeniami po przemyśleniu których jeszcze by się biedaczka rozmyśliła, zrezygnowała z zakonu, przechrzciła, albo w ogóle stałą się głęboko nie wierzącą w żadnego Boga ateistką. Z najwyższym trudem powstrzymałem się od kąśliwych uwag o wysłuchanym przed kilkoma chwilami kazaniu. Ona natomiast po wysłuchaniu mojego monologu, który jak by nie patrzyć (powinno być raczej - jak by nie słuchać – nie sądzicie?) też miał formę kazania, zapytała: "Jak zawsze wydaje Ci się, że wiesz więcej niż zdołasz powiedzieć a tak naprawdę każde Twoje słowo jest pytaniem o Ciebie". Mądrala, prawda? Co ja niby mam z tego zrozumieć? Najlepsza jednak była puenta. Kiedy rozmowa zeszła na temat nieśmiertelnej w tym poście Biblii, tłumaczeń, przekładów, sposobów czytania, interpretacji i stosowania się do Niej w życiu codziennym, chciałem zastrzelić moją dzielną rozmówczynię tym, że czytałem oryginalny przekład Biblii, bez przekłamań i zawoalowanych historii ze Starego i Nowego Testamentu. A Ona jak zwykle wykazując się stoickim spokojem, udzieliła mi cennej (w Jej mniemaniu) wskazówki: "Ilu chrześcijan, tyle tłumaczeń Biblii. Każdy czyta i interpretuje po swojemu. Wersja czytana na Mszy jest po prostu tą najbardziej zrozumiałą i przetłumaczoną tak dlatego, żeby takich niedowiarków i ciekawskich jak Ty było jak najmniej". Rozumiem więc, że w pewnym sensie ludzie (my) samy wymogli na tłumaczach dostosowanie przekładu Biblii na potrzeby epok. Kiedy chciałem dać Jej już spokój i wyjść, pożegnała mnie stwierdzeniem: "Jestem ciekawa, jak brzmiałaby Twoja interpretacja Biblii". Po tych słowach zapewne pogrążyła się w modlitwie za moją diabelską i nieczystą duszę a także wyspowiadała się kilkanaście razy po tych wszystkich "oszczerstwach", które padły pod adresem księży, wątpliwej prawdziwości tłumaczenia Słowa Bożego i kościoła, jako jednej z najprężniej działających instytucji na świecie. Ja tymczasem wracając do domu, ciągle myślałem o tym, co usłyszałem od Niej kiedy wychodziłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naprawdę mogę? To mój przywilej? Moje prawo? Moja wolna wola? Naprawdę mogę mieć swoje widzenie świata, własną interpretację Biblii? Naprawdę mogę rozumieć Ją tak, jak tego wymaga sytuacja, w której się właśnie znajduję? To rewelacyjnie. Znaczy to ni mniej ni więcej niż tylko to, że ja również mogę napisać własną wersję Pisma Świętego nie dbając jednakże o to, czy będzie ona zrozumiała dla innych, bo to tylko moje tłumaczenie i moje postrzeganie tego, co zostało już raz zapisane i dziesiątki razy przetłumaczone. Tak więc moje postanowienie poprawy ma od dziś nowy cel – przedstawienie Starego i Nowego Testamentu w sposób zrozumiały być może dla innych, ale dla mnie na pewno. Nie będzie cudownych przypowieści, wychwalania Pana pod niebiosa, aczkolwiek zachowana zostanie hierarchia i szacunek dla wiary, aby ku wielkiej radości niektórych czytających nie zakończyć od razu żywota w ogniach piekielnych. Uprzedzam, że niektórzy mogą poczuć się oburzeni takim przerysowaniem poszczególnych "bohaterów", ale to moja interpretacja, moje ewentualne sumienie i zapewne moja rozmowa z Bogiem i tłumaczenie się z tego przed Sądem Ostatecznym. Nie ma w tym żadnych herezji, świat czytał już dużo gorsze rzeczy i jakoś nic się nikomu nie stało, a wychodząc z założenia, że po dzisiejszym kazaniu czuję się jak przedszkolak, jak przedszkolak również opiszę i zinterpretuję Biblię. Niedługo pierwszy rozdział... nie możecie się doczekać, żeby... przeczytać a następnie powiesić mnie za jaja, zmieszać z błotem, wyzwać od najgorszych, pusto się pośmiać nie próbując nawet dociec, ile w tym tak naprawdę kłamstwa, a ile tylko zawoalowanych w ten czy innych sposób faktów – jeśli o faktach w Biblii może być mowa. Uznajmy jednak, że Biblia to fakty, bo chcąc nie chcąc cały czas piszemy w duchu wiary chrześcijańskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Kiedy człowiek mówi do Boga, to jest modlitwa. Kiedy Bóg mówi do człowieka, to jest schizofrenia. Módlcie się więc.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-3871828243777091191?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/3871828243777091191/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/05/chapter-2.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3871828243777091191'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/3871828243777091191'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/05/chapter-2.html' title='Chapter 2'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-596518334806645020</id><published>2009-05-08T14:15:00.000+01:00</published><updated>2009-05-08T15:23:50.202+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Nawet najdoskonalsze rozwiązanie rodzi nowe problemy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Monika:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Już Cię lubię. A wiesz za co? Za Twój do granic różowy i optymistyczny obraz świata. Znasz mnie tak dobrze, że prawdopodobnie nie widziałaś mnie nigdy na oczy, a jeśli nawet, co co Ci one mówią? "Tak, oto idzie ten chuj, który tak bezlitośnie wypisuje bzdury o dziewczynach na swoim chorym blogu", zgadłem? Znasz mnie? Chcesz o tym pogadać? Dziwne, bo nawet Patrycja (osoba dzięki której powstał ten blog) mimo tylu spędzonych ze mną godzin i dni, nigdy nie powiedziała mi, że mnie zna. I za to Ją szanuję. A wracając do Ciebie. Męczy mnie wyjaśnianie Ci tego, czy coś do mnie należy, czy nie. Jeśli poprawne odczytanie posta jest aż tak skomplikowane, to nie będziesz zadawać sobie również trudu na czytanie odpowiedzi. Uznajmy więc, że nie mam nic i wszyscy  posiadacze "czegoś" będą szczęśliwi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Myślałaś kiedyś o studiach prawniczych? Dziękuję za subiektywne podejście do sprawy i szorstki język, ale nie chcę, aby ten blog stał się wylęgarnią konfliktów. Pozdrawiam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ile jest Tomka w Tomku, tego nie wie nikt. Codzienność mobilizuje nas do ciągłej zmiany samego siebie. Dawnego Tomka już nie ma i nie będzie. Był takim, bo chciał coś osiągnąć, bo znalazł punkt do którego dążył. A Ty do czego dążysz? I jak myślisz, kim będziesz, gdy już osiągniesz metę, i kiedy opadną z Ciebie krople potu po przebytej drodze? I kim będziesz w godzinę, w tydzień, w rok po osiągnięciu tego niegdyś upragnionego celu? I pytanie najważniejsze... czy z teraźniejszej perspektywy wyda Ci się on tak samo ważny i  czy zdecydowałabyś się na drugi taki bieg? Dziękuję za kilka inspirujących słów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Podobno nie ma nic łatwiejszego na świecie, niż szczera rozmowa. Tylko dlaczego tak trudno nam wszystkim w to uwierzyć?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Monika:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jeśli znasz mnie osobiście, to ALBO nie masz na tyle odwagi, żeby podpisywać komentarze swoim imieniem, ALBO wiesz o mnie tak mało z niepewnych źródeł, że sama nie wiesz, co jest prawdą, ALBO najzwyczajniej kłamiesz usiłując zwrócić na siebie uwagę, ALBO..., ALBO..., ALBO... powodów jest wiele. Według Ciebie to, co za chwilę napiszę również nie będzie prawdziwe, ale nie dbam o to. W mojej książce telefonicznej figurują 4 Moniki i tylko 4 znam. Nie sądzę, abyś była jedną z Nich, a przy całym moim szacunku do Ciebie z dużą pewnością twierdzę, że Twój świat oraz to, w jaki sposób mnie w nim postrzegasz, jest tak samo "żałosny i fikcyjny" jak ten, w którym tak ochoczo zostawiasz swoje komentarze.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Hehe i Ty tutaj nawet? Nie wiem, co mam sądzić o tym nagłym zainteresowaniu moimi postami. Domyślam się, w jaki sposób wygrzebałaś adres, ale tylko od Ciebie zależy to, jak często będziesz mnie tu odwiedzać. Mam też nadzieję, że nasza rozmowa przysłużyła Ci się bardziej niż "Domowe porady panny Moniki". Zapraszam na kolejną turę, tym razem w Krakowie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do ejmen:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Hellelujah Sister! Pozwól, że zacznę od końca tylko po to, aby skończyć na początku... układy i intrygi powiadasz – jest kilka powodów takiego postępowania. Jednym z nich jest ten, o którym Ci opowiadałem, ale jest również cała seria innych równie ciekawych. Wiesz, co jest najgorsze? To, że paradoksalnie będąc tym gorszym i bardziej bezwzględnym dla ludzi, zyskuję ich "sympatię" i przychylność. Jeśli jesteś "cool, śmieszny, fajny, zabawny ect.", to od razu przy następnej pizzy, ognisku, czy popijawie będziesz na liście 10 najbardziej pożądanych gości. Zdążyłaś już trochę mnie poznać i chyba nie muszę Ci mówić, kiedy jestem szczery, a kiedy gram wariata. Choć i to aktorstwo niedługo się skończy, bo rzygać mi się chce na myśl o tej "fajności" na pokaz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Monika:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jedną z koncepcji tego bloga jest to, aby wszystkich traktować jednakowo, nie pomijać żadnych komentarzy i dać poczucie (w Twoim mniemaniu zapewne złudne), że Wasze opinie są dla mnie ważne. Nie mam jednak w zwyczaju polemizować z Kobietą odbijając słowo słowem. Napisz więc komentarz jeśli naprawdę masz coś konkretnego do powiedzenia, bo póki co nasza rozmowa przypomina raczej porady dla napalonych 13-latek z rubryki Bravo-Girl. Czekam z niecierpliwością...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Chrząszcze to piękne owady, tylko niektóre z nich mają gówniany żywot. Gatunkowo są jednak najliczniejszą rodziną owadów więc możemy mieć tylko nadzieję, że "zawsze gdzieś czeka ktoś". Jedyne co opalam, to kurczaki na grillu. Na biegunie smakują jeszcze lepiej. A świat jest cały czas taki sam. Ani piękny, ani brzydki, po prostu jest. Ważne jest tylko to, co w nim dostrzegamy i jak to interpretujemy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Marzena):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Gdybym wiedział, że w kilku zdaniach można streścić wszystkie posty, zgłosiłbym się do Ciebie już wcześniej. Dużo w tym racji, ale żeby coś takiego napisać, trzeba najpierw przeczytać dokładnie bloga, zastanowić się chwilę, a dopiero później sklecić konstruktywny i podsumowujący komentarz. Zabrzmi to egoistycznie, ale życzę sobie więcej tak obiektywnych opinii (w domyśle – liczę na Waszą kreatywność).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemożliwe. Nie mogę uwierzyć. Czy naprawdę moje słowa są takim źródłem inspiracji, że z niektórych komentarzy wylewa się złość, sarkazm i ironia? Czy naprawdę spędzają Wam one  sen z powiek, czy po prostu pokłóciłyście się z chłopakiem i szukacie anonimowego bloga na którym będziecie mogły wyładować swoją chwilową frustrację? Szanuję każde, powtarzam KAŻDE konstruktywne komentarze, słowa, które dadzą mi do myślenia, pomogą, zainspirują i zaintrygują. Martwią mnie natomiast te, z których nic nie wynika, które atakują słowa, autora i innych komentujących. Pamiętajcie, że w internecie wcale nie jesteście tacy anonimowi, a jeśli sądzicie, że macie na tyle ikry, żeby w taki dziecinny sposób "obrażać" autora i czytelników tego bloga, to jestem pewny, że o wiele więcej powiedzielibyście mi na żywo. Na co więc czekacie? Dajcie sobie spokój z publicznym ośmieszaniem SIEBIE (tak siebie, bo sposób doboru słów i zawierania w nich sensu przekazu stanowi między innymi o poziomie Waszej kultury) na tej stronie i po prostu nie wchodźcie na nią. Wszyscy na tym skorzystają, zaczynając od Was. Zauważcie również, że pomimo cierpkich (dla niektórych oczywiście) słów, nikogo nie obraziłem. A więc można napisać coś z sensem i kulturą, prawda? Życzę owocnych ćwiczeń...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiosna na dobre zagościła... za oknem. Jestem w niej, bo jak tu nie być? Innego wyjścia nie mam, i choć ciało domaga się energii słonecznej, to serce ciągle na biegunie. Jednak dar bilokacji istnieje ( a Ty nigdy w to nie wierzyłaś...) przynajmniej w pewnym zakresie. Dobrze mi teraz, jeśli dobrem jest stan próżni w którym topię się od dłuższego czasu. Dobra mina do złej gry wrosła we mnie już tak bardzo, że zaczynam nie dostrzegać momentów, w którym ją zakładam i zdejmuję. Kiedy nie mam jej na sobie, czuję się nagi, a jeśli czuję się nagi, to nie czuję wstydu. Zastanawiam się, o co tyle szumu. Po co robić takie wielkie halo. Jestem w masce, jestem bez maski. Co to za różnica?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po jednym szczerym poście można dowiedzieć się o Niej więcej niż podczas kilkunastu rozmów wprost, przez telefon, czy gg. Pewnie jest tak, że po przeczytaniu tych kilkunastu rozdziałów Ona wie o mnie wszystko, a ja o Niej nic. Nieważne, jak długo się znamy i o czym rozmawiamy, stoimy jak Cerbery na straży naszej intymności i prywatności. Najtrudniej jest zaufać samemu sobie, z jaką bezczelnością więc i dziecinną głupotą ufamy innym? Zawsze będę milczał, kiedy Ty będziesz chciała wiedzieć zbyt dużo, a Ty będziesz kwitowała moją ciekawość nieśmiertelnym NIEWAŻNE... boimy się swojej wykreowanej przez 2 lata znajomości ideału cudownych i zdolnych do poświeceń ludzi, podczas gdy tak naprawdę żyjemy w dżungli i tak samo walczymy o to, co wydaje nam się dla nas najlepsze, jak każdy inny. Jesteśmy ludźmi. Niestety. I nie liczy się to, ile za sobą rozmawiamy i przebywamy tylko to, co mamy sobie do powiedzenia. Ruszył Twój blog. Po raz kolejny przywróciłaś go do życia. Jeden rozdział, który skłonił mnie do napisania kilku słów. Jeśli chcesz to umiesz obejść blokadę z napisem NIEWAŻNE i jednak to, co wydaje Ci się na pozór krzywdzące, wstydliwe lub mało ciekawe, nagle wychodzi na światło dzienne. Na dobry comming out czeka się czasem całe życie. Może to właśnie kwestia czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Facet rozróżnia 3 kolory - czarny, biały i kolorowy. Dajcie wiec nam spokój z wszystkimi innymi odcieniami.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-596518334806645020?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/596518334806645020/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/05/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/596518334806645020'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/596518334806645020'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/05/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-7720176812482165063</id><published>2009-04-09T10:55:00.000+01:00</published><updated>2009-04-21T08:18:18.645+01:00</updated><title type='text'>Chapter 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 2... Suma inteligencji na naszej planecie jest stała, a liczba ludności wciąż rośnie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Agunia:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Najgorsze po wyburzaniu jest to, że jeszcze trzeba to posprzątać, posegregować (bo przecież dbamy o naszą Matuszkę Ziemię) i zdecydować, co jeszcze kiedyś może nam się przydać, a czego należy się bezwzględnie pozbyć... Mamy sobie dużo do opowiedzenia przy rodzynach, do zobaczenia...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Po każdej opaleniźnie schodzi naskórek, ale każda nowa skóra jest mocniejsza i mniej podatna na promienie słoneczne. A jeśli Ciebie już nic nie zdziwi, to chyba najlepiej płynąć... na biegun. Tam przynajmniej tak szybko się nie opalimy...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Monika:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Aż tak dobrze mnie znasz, że wiesz, kiedy piszę i mówię szczerze, a kiedy nie? Gratuluję, bo zakładając, że jesteś Tą o której właśnie myślę (a Twoje IP jest mi dziwnie znajome), nie poznałaś mnie wcale w trakcie naszej znajomości.  Co dobrego możesz powiedzieć o człowieku z którym spędziłaś kilka tygodni i który wyrządził Ci krzywdę? Niewiele poza bezlitosnym wyżyciem się i zmieszaniem go z błotem – co właśnie robisz. Śmiało, nie krępuj się, wiem, że laurowych wieńców za swoje dokonania nie dostanę. Jeśli zaś jesteś zupełnie obcą osobą, to tym bardziej nie masz podstaw sądzić, że w JAKIEJKOLWIEK materii mnie znasz. A jeśli tak twierdzisz, to nie o mojej arogancji wydajesz osąd, tylko o swojej. Poza tym... jeśli już krytykować to w jakiś konstruktywny sposób, a w tym komentarzu nie doszukałem się ŻADNEGO lekarstwa na moją "żałosność".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Malwi:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Pokolorować świat? Hm... czarny to też kolor, ale ku mojemu wielkiemu zdziwieniu brakuje go ostatnio w mojej palecie barw. Myślisz, że to dobry znak? Nie lubię strupów, uważam więc i staram się nie dorabiać sobie następnych, a tamten też z czasem odpadnie. Boga w nasze projekty nie mieszaj, uważam, że taki trójkącik, jaki tworzyliśmy z Agnieszką to już i tak wystarczająco niebezpieczna mieszanka. Mimo wszystko nie mogę się doczekać naszej reaktywacji...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do taka jedna:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;każdy jest Papieżem swojego własnego prywatnego Kościoła więc nie zgrzeszę mówiąc Ej-men Sister! Co do reszty Twojego komentarza, to nie będę się uzewnętrzniał, bo i tak spędzamy ze sobą tyle czasu, że na pewno wiesz, co chcę napisać. Jednakże na usta (klawisze) ciśnie mi się tylko jedno słowo - DZIĘKUJĘ :-)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No tak... tego należało się spodziewać. Wystarczyło tylko przez chwilę okazać skruchę i żal za popełnione czyny, by od razu stać się obiektem ataku i manipulacji. Nie wątpię, że sprawia to Wam wielką satysfakcję, bo w jakim innym celu mogłybyście to robić? Nie sądzę, aby w tej wojnie jaką prowadzimy, ktokolwiek mógł uznać się za wygranego lub przegranego, ale to już Wasza decyzja i Wasze widzenie świata. Jeśli ulgę przynosi Wam to, co robicie, to nie krępujcie się – w końcu zawsze trafi się ktoś, kto uprzykrzy Wam życie bardziej niż ja. Na brak pomysłów nie narzekacie, ale z ich realizacją macie wielkie problemy. Ktoś podsunął mi pomysł stworzenia “profilu psychologicznego” na podstawie samego tylko imienia. Pokuszę się o to, a same zainteresowane na pewno chętnie przeczytają, wyśmieją i zemszczą się jeszcze bardziej, co tylko utwierdzi mnie w przekonaniu, że się nie myliłem. Nasłuchałem się o sobie już wielu rzeczy, czasem prawdziwych, czasem fałszywych. Do tych pierwszych przyznawałem się z dumą bądź ze wstydem. Tych drugich nawet nie staram się zapamiętać, prostować i dowiadywać, kto tak mądrze się o mnie wypowiada. Szkoda na to czasu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Małgosia... w moim odczuciu osoba wręcz chorobliwie introwertyczna i wykazująca mało inicjatywy we wszelkich dziedzinach życia. Nigdy nie ma ochoty na jakąkolwiek aktywną formę spędzenia wolnego czasu, a szczytem możliwości jest wybranie się na dłuższy wspólny spacer. Ale jest też wspaniałą nauczycielką, szkoda tylko, że w tak dziwnej dziedzinie – nauczyła mnie bardzo szybko oglądać "Klaun", "M jak Mdłość" i temu podobne seriale, które ciągną się jak hemoroidy u staruszków. Im większe wykazywałem zainteresowanie Jej osobą, tym większą dawkę "Rysia z Klanu" dostawałem w zamian. Szkoda życia na "życiowe" seriale. Wyjdź w końcu na ulicę, a sama napiszesz sto razy lepszy scenariusz w ciągu jednego dnia... powodzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ania... nie ta sama, o której pisałem w ostatnim rozdziale. To Jej zupełnie przeciwieństwo. Ania sprzedałaby piasek na pustyni. Bardzo interesowna dziewczyna, bardzo inteligentna i skrupulatna. Można by śmiało rzec, że to typowy "piękny umysł", ale swój potencjał wykorzystuje w bardzo nieludzki sposób na innych osobach. W życiu codziennym narcystyczna i egoistyczna. Ciężko Ją zadowolić jakimkolwiek słowem lub upominkiem. Przy doborze ubrań, jedzenia, samochodu, faceta, telewizora, kosmetyków i wszelkich innych "przedmiotów" użytku patrzy najpierw na przysłowiową metkę, a dopiero później na to, za co przyjdzie płacić "sponsorowi" Jej wybujałych fanaberii. Lubi zwracać na siebie uwagę, ale nie umie tego robić w sposób, który faktycznie mógłby zainteresować potencjalnego partnera. Aniu nie manipuluj światem, manipuluj sobą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Asia... światełko w tunelu po tych jakże ekscytujących i nie do końca trafionych "przygodach". Wiecie, co najczęściej oznacza światło na końcu tunelu? To, że za chwilę nadjedzie pociąg i zrobi z Was COŚ (nawet nie wiem, jak to nazwać). W Jej obecności mój mózg (tak, tak, ja też go jednak posiadam) przypominał gąbkę z której wyciska się wodę. Z początku ciekawa i zabawna. Przy bliższym poznaniu zupełnie inna. Kiedy samica chce zwabić samca, najpierw kusi go czymś dobrym tylko po to, by na końcu go pożreć. W Twoim przypadku Asiu skusiłem się, ale wybacz... pożreć już się nie dam. To jedna za tych nielicznych dziewczyn, o której po pierwszym spotkaniu można powiedzieć: TO NA PEWNO NIE JEST TA OSOBA. I Asia takim ideałem NIE TEJ osoby była i jest nadal mimo, że początek znajomości był bardzo interesujący.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sylwia... jeśli marzycie o kupnie własnego telewizora albo pralki - wstrzymajcie się. Rozejrzyjcie się za Sylwią. Codziennie inny program, codziennie nowa niespodzianka, a najgorsze jest to, że za cholerę nie można znaleźć instrukcji obsługi albo chociaż pilota. Sylwia nie korzysta z prądu wiec niemożliwym jest nawet wyciągnięcie wtyczki z gniazdka, żeby choć na chwilę było cicho. Nigdy nie wiadomo, czym uraczy na "dzień dobry" nie mówiąc już o tym, że w ciągu godziny może 5 razy zmienić humor bez widocznej przyczyny i za wszystkie te zmiany odpowiadam oczywiście ja. Sądzę, że Jej okres trwa cały czas, bo ciężko być tak niezdecydowaną i rozchwianą emocjonalnie osobą na co dzień. Rewelacyjnie mi się z Nią rozmawiało bo nigdy nie usłyszałem od Niej standardowych słów w stylu "Będzie dobrze", "Dasz sobie radę", "Pomogę Ci". Umiała zaskoczyć mnie niesamowitym "Aha", albo w połowie rozmowy wstać i bez słowa wyjść do toalety albo na papierosa. No właśnie, papierosy... pali jak smok i tyko podczas tych 3 minut wydaje się najbardziej wiarygodną emocjonalnie osobą. Znajomość z Sylwią to sport ekstremalny na najwyższym szczeblu. Polecam wszystkim samobójcom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Monika... przykładna neofitka. Od samego początku naszej znajomości unosiła się honorem i broniła całego rodzaju żeńskiego przed takimi jak ja, próbując mnie "nawrócić" i "uczłowieczyć". Równocześnie nie wystraszyła się wcale tego, że eksperymentuję z Kobietami i wystarczył jeden wieczór szczerej rozmowy, abym przekonał się, którym potencjalnym facetem jestem na Jej liście zdobyczy. Na usta ciśnie mi się tylko jedno stwierdzenie: "Zapomniał wół, jak cielęciem był". Nie sztuka jest grać mądrego i uczyć innych o tym, co dobre i co złe. Za słowami powinny iść też czyny, a w to najbardziej wątpiłem, kiedy szliśmy razem przez miasto a Ty pozdrawiałaś co najmniej 5 lub 6 facetów w trakcie jednego spaceru. Każdy ma swój sposób na życie. Ty masz swój, ja mam swój. Na szczęście te sposoby bardzo różnią się od siebie. Z okazji zbliżających się Świąt... "słodkiego miłego życia..."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kasia... jeśli macie hurtownię albo sklep obuwniczy to Kasia będzie Waszą najlepsza inwestycją w biznes. Nikt nie jest bardziej poukładany i skrupulatny. Nie sądzę, aby był to tylko wymóg chwili, bo ta Kasia ma 24 lata a wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że codziennie może być tylko... gorzej. Zanim wybierzecie się z Kasią na spacer, zanim kupicie Jej lody, zanim będziecie chcieli zabrać Ją na wycieczkę lub zakupy, powiadomcie Ją o tym odpowiednio wcześniej – Ona musi mieć plan podróży, spaceru, koloru gałek, zrobiony remanent w szafie tylko po to, aby po kilku godzinach stwierdzić, że jedyne czego Jej brakuje w garderobie to żółta bluzeczka, albo czerwony stanik. Bez GPS ciężko wyciągnąć Ją dalej, niż 5 kilometrów od domu, co oczywiście przekłada się na ilość czasu spędzanego razem – który zresztą też ma dokładnie odliczony. Mało spontaniczna, ale bardzo praktyczna i pomocna osoba. Chcecie zbudować sobie dom na odludziu, mieć 5 dzieci i nie martwić się, że w najważniejszym momencie zabraknie Wam prezerwatywy, piwa lub benzyny – trzymajcie się Kasi. Satysfakcja gwarantowana, albo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;... albo zwrot pieniędzy. Zwłaszcza w sytuacji, która staje się prowokująco infantylna. Rozumiem wszystko, powagę, szaleństwo, ironię, zabawę, żal, radość. Nie rozumiem tylko tego, do czego można się posunąć, aby przypodobać się drugiemu człowiekowi. Wieszajcie na mnie psy, obruszajcie się, krzyczcie, ironizujcie, pukajcie się w czoło kiedy mnie widzicie, straszcie, śmiejcie się i uprzykrzajcie mi życie. Tak samo, jak Wy staracie się wytknąć mi prawdę i zmieszać z błotem, tak samo ktoś kiedyś zrobi to Wam. To nie będę ja, choć pewnie sądzicie, że po tym poście już nigdy nie wyjdę do miasta z obawy przed "odsieczą". Jeśli jeszcze nie zżarła Was całkowicie nienawiść do mnie, to pomyślcie choć przez chwilę – są osoby, które mimo wszystko umiały mi wybaczyć, bo naprawdę żałuję tego, co robiłem. Dziwnym zbiegiem okoliczności są to dziewczyny młodsze od Was, ale dużo bardziej "ucywilizowane" i dorosłe. Sprawdza się teraz moja teoria o tym, że nie metryka jest w człowieku najważniejsza tylko to, co ma w głowie. Nie jestem najmądrzejszy, nie jestem przystojny, genialny, nie jestem pewny wszystkiego co robię, nie jestem zarozumiały (no dobra, może trochę, ale to też powinno się zmienić) i nie szydzę z ludzi. Wy też nie... a jednak dziwnym trafem nie potrafimy choć raz ze sobą normalnie porozmawiać mimo, że już wiele razy chciałem to zrobić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytacie listy? Super, tylko po co? To tylko chore zapiski niezrównoważonego psychicznie dzieciaka, z których śmieje się co druga z Was. Po co więc wchodzicie na tą stronę? Co Was tak ciągnie do listów? Ciekawość? Chęć pośmiania się? Zapewniam Was dziewczyny, że w jednym na pewno się różnimy – ja umiem przyznać się do swoich niedoskonałości, do błędów, umiem przeprosić i być może nawet zmienić swoje podejście do życia. Macie do mnie żal za ostre słowa? Jestem pewny, że Wy nie przebieracie w epitetach pod moim adresem i to w towarzystwie. Miejcie więc na względzie to, że ja nie obgaduję Was publicznie, a jedynie napiszę kilka, które już niedługo będą zupełnie nieaktualne. Zagląda tu kilka osób więc nie jesteście "publicznie napiętnowane". Zrobiłem źle i przeprosiłem za to. Co jeszcze mam zrobić? Zniknąć z powierzchni ziemi? Co za różnica, czy będę mieszkał tutaj, w Krakowie czy w Nowym Jorku? Jeśli Waszą ideą jest ciągłe szydzenie ze mnie, to życzę powodzenia, ale znajdźcie sobie lepiej jakiś bardziej wartościowy cel w życiu. Wszyscy na tym skorzystają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Pamiętajcie, że rozległość urazu u pacjenta jest odwrotnie proporcjonalna do hałasu jaki wokół siebie robi.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-7720176812482165063?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/7720176812482165063/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/04/chapter-2.html#comment-form' title='Komentarze (11)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7720176812482165063'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7720176812482165063'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/04/chapter-2.html' title='Chapter 2'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>11</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-7555925693012567379</id><published>2009-04-06T10:21:00.000+01:00</published><updated>2009-04-06T10:49:15.992+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Niektóre rakiety startują we wszystkie strony naraz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Słowa wsiąkają w papier jak woda w gąbkę, a zaletą takiego pisania jest to, że gąbkę zawsze można wycisnąć. Chcesz używać argumentów do rozmowy z sumieniem? Jeśli chcesz polemizować z tak zdroworozsądkową teorią jak sumienie, to z definicji zakładasz, że wahasz się co do jego-swojej prawdziwości. Wschód wcale nie oznacza wzrostu, bo niby jak mam zakwitnąć na biegunie, gdzie nawet nie jestem w stanie zapuścić korzeni? Nawóz to takie roślinne solarium...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Podobno szczerość jest tym, czego tak bardzo nam dzis brakuje i zawsze jest w cenie. Jej zaletą jest to, że nikt oprócz mnie nie musi w nią wierzyć. Podobno chcąc zmieniać świat należy zacząć od siebie – niech więc moja wątpliwa (dla Ciebie) szczerość będzie pierwszym małym krokiem ku "czemuś lepszemu". Nie sądzę, nie osądzam, nie wydaję osądów – nie jestem do tego upoważniony.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Kto inny ma tyle odwagi? Chyba tylko ten, kto jest tym choć trochę zainteresowany. Należysz do nich? Czy to raczej zwykła ludzka ciekawosć każe Ci pożerać całe rozdziały w tak szalonym tempie? Cieszę się, że nie odstraszają Cię słowa, a szczerości uczmy się od zwierząt – one nie potrafią kłamać i zawsze okazują to, co naprawdę czują. Często nieźle im to wychodzi i mają przez to dużo łatwiejsze życie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Malwi:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Niedawno w windzie przeczytałem głupi napis: "Chcesz godnie żyć? Nie Rydzykuj". Nie przyjmuję już lekarstw, obawiam się lekomanii i coraz bardziej przekonuję się do teorii "Samo przyszło, samo pójdzie". Ale chętnie przeczytam ulotkę z Twoich medykamentów, bo zwykła ludzka ciekawość nie pozwala mi przejść obojętnie obok tej pani doktor, która nie boi się zarówno wypić mleka sojowego, jak i powiedzieć w środku koncertu: "Czy można prosić wokal w odsłuchy?"... do zobaczenia w Stolicy...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Tak... krótkie komentarze od osób, które nawet nie chcą się podpisać zawsze mnie pasjonują. Nie szkodzi, znam autorów większości komentarzy (również i tego), ale jeśli Oni nie chcą ujawniać swojej tożsamości, to muszę to uszanować. Również tym razem z wielką przyjemnością ustosunkuję się do tych kilku celnych (a jakże) słów: fakt, samochodu nie posiadam "NA WŁASNOŚĆ", ale czy to oznacza, że nie mogę jeździć jakimkolwiek innym? Poczytaj tekst dokładnie, skoro już tracisz swój cenny czas i ironicznie uśmiechasz się siedząc przed monitorem. A mi pozwól być jeszcze przez chwilę tym wrednym samcem z ciętym językiem i pomyśl sama – czy to, że nie masz stałego chłopaka ("NA WŁASNOŚĆ") obliguje Cię do tego, że nie powinnaś uprawiać sexu z innymi facetami? Kurtkę posiadam "NA WŁASNOŚĆ", a różowa sentencja pani Stein padająca z Twoich ust (klawiszy) utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że ten świat jest tak kruchy i nietrwały jak różane płatki. Na dodatek nigdy nie wiadomo, gdzie trafi się kolec. Pozdrawiam...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fanatyczny wielbiciel gorzkiej czekolady wyłącznie z Goplany, zielonej, mocnej, niesłodzonej herbaty, 2% zimnego mleka, Kurta Ellinga i Forresta Gumpa. Praktykant wywoływania wirusowego zapalenia serca i ludzkiego magnetyzmu siedzi na łóżku i z wielkiego kubka pije gorącą herbatę z cytryną i cukrem. Kołysze się autystycznie i słucha sąsiadki wyżywającej się bezlitośnie na swoich nastoletnich córkach, sikającego w kiblu sąsiada, szczekającego psa i parkującego gdzieś przez 20 minut trabanta. Tylko nieharmoniczne pipkanie zegarka daje mu znak, że mija właśnie kolejna godzina bezczynności. Jego myśli tam – jeszcze w tej kafejce, w tym sklepie, w tym pociągu, na tym zdjęciu. Jego ciało tu – już w tym domu, w tym pokoju, w tym łóżku. Jeszcze tydzień temu biłem się sam ze swoimi myślami. Zastanawiałem się, czy zgodnie z przyrzeczeniem poświecić coś pięknego w imię prawdy. Naprawdę piękna znajomość, naprawdę piękna dziewczyna, wobec której pierwszy raz od dawna byłem do bólu szczery. Mimo, że to koniec, nie żałuję. Albo staram się nie żałować. Oboje wiemy na czym stoimy, oboje wiemy, jak należy się zachować. Dziękuję Ci za to, że rozumiesz. Wiesz, kiedy piję gorącą herbatę z cukrem i cytryną? Wiesz... piję ją do teraz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co w głośnikach? Angel Gabriel... tak, to nam się nigdy nie znudzi, prawda? Zróbcie więc krok dalej i posłuchajcie Softly. Może też Was oczaruje. Od  kilkunastu dni rzucam się beznamiętnie po ścianach i suficie, próbując opisać to, co i tak gołym okiem widać. Wiosna w trawie, wiosna w powietrzu, wiosna w sercu. Może kwiaty w nim nie kwitną, ale przynajmniej stare mlecze i trawę można już skosić. Miniony weekend udowodnił mi, że nigdy nie jest za późno na zmiany, a wszystko, co ma się wydarzyć, w końcu się wydarzy. Ktoś dba o mnie i stara się koniecznie, abym choć przez chwilę zaznał ciepła i szczęścia. Niech będzie ono fałszywe, niech wiosenny zapach będzie tylko kostką, którą umieszcza się w kiblu, żeby przyjemnie się sikało, ale mimo wszystko słońce, wiatr, gwiazdy i wieczorne zwiedzanie miasta, które wydaje się tak nieodkryte tylko przez to, że w końcu pozbyło się śniegu... nagie miasto...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powoli staję się minimalistą. Życie, Kobiety, listy... wszystko staram się ograniczyć do niezbędnego minimum. Boję się, że zaczynam się cofać. "Trzeba przejść z ilości w jakość" toteż w sercu wraca mi spokój i (mam nadzieję) jaki rodzaj stabilizacji. Może musiałem przeżyć zimowy okres robiąc zawieruchy w swojej głowie i w głowach innych, może zimny i bezduszny czas kończy się wraz z pierwszymi promieniami wiosennego słońca, które mimo wszystko w jakiś sobie tylko wiadomy sposób roztapia lody, które spowiły moje wnętrzności. Zastanawiam się, dlaczego odzywają się Te, które tak bezdusznie traktowałem? Przez ostatnie tygodnie mój telefon milczał, a od kilkunastu dni mam przepełnioną skrzynkę. Obrywam od każdej z Nich, ale na to przecież zasłużyłem. Przynajmniej w ten sposób mogą odbić sobie to, jak je potraktowałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aniu... szkoda, że nie mieliśmy okazji porozmawiać spokojnie i szczerze, choć, czy z Tobą można pogadać "poważnie"? Kiedyś próbowaliśmy, ale to było takie sztuczne. Chciałem Cię przeprosić. Nie wiem, który to już raz i czy w ogóle uwierzysz, że od kogoś takiego jak ja możesz usłyszeć to słowo, ale kiedy dowiedziałem się, że jesteś w szpitalu, to... sam nie wiem, ale od razu wiedziałem, że muszę Cię choć na chwilę odwiedzić. Dobrze, że wszystko jest już dobrze i że czujesz się lepiej. Poczucie humoru Cię nie opuszcza i dalej jesteś tą samą osobą, którą poznałem kilka miesięcy temu. Odgryzasz się przy każdej okazji. Nie odbijam piłeczki bo wiem, że mi się należy. Nie ma sensu z Tobą walczyć bo wiem, że zasłużyłem sobie na o wiele gorsze traktowanie z Twojej strony. Jestem tylko ciekawy, jak bardzo musiałaś być zdesperowana, żeby napisać aż do mnie. Czy byłem ostatnią osobą na Twojej liście, o której odwiedzinach pomyślałaś? Spodziewałaś się, że jednak pojawię się w szpitalu? Nie wiem, ale cieszę się, że mogłem Cię choć przez chwilę zobaczyć. Wracaj do zdrowia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrycja... widzę Cię czasem pędzącą przez Przemyśl czerwonym numerem 41 i zastanawiam się, co według Ciebie jest bardziej nieprawdopodobne – zdać za 1 razem prawo jazdy, czy zjeść wafelka przez słomkę? Uśmiecham się do Ciebie, do siebie pod nosem i cieszę się tylko tym, że budzę się ze świadomością, że Ty również otwierasz pewnie oczka. Czekam na nasza kolejną rozmowę. Na jedną z tych rozmów, podczas których potrafimy się zapomnieć na kilka godzin i zatopić się w świecie, w którym wszystko jest piękne, proste i możliwe. W tym świecie każdy problem można jakoś rozwiązać, a niemożliwe z pozoru rzeczy, stają się dziecinnie proste i śmieszne. Przepraszam za szczerość i dziękuję za każdą chwilę, którą mi poświęciłaś. Dziękuję za najpyszniejszy omlet, za wyraz Twoich oczu, kiedy prosisz mnie o jakąś błahostkę. Dziękuję, że nauczyłaś mnie jeść wafelka przez słomkę i że nauczyłaś się jeździć pociągami. Nasze całodniowe lustrzane rozmowy bardzo mi pomogły. Trzymam za Ciebie kciuki każdego dnia i myślę często o Tobie. Dasz sobie radę, Stolica Cię nie pochłonie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Agnieszka... nie, nie lubisz tego. Aga, Aguśka, Agusia. Ile razy wymawiam to imię, tyle razy towarzyszy mi dreszcz emocji. Nie wiem, czego oczekuję delektując się tym brzmieniem, ale wiem, że samo słuchanie tego wyrazu i utożsamianie go z Twoją osobą, przynosi mi to, co dał nam ostatni weekend. Potrafisz przypomnieć sobie chwilę, kiedy się witaliśmy po raz pierwszy? Kiedy spacerowaliśmy przez pół dnia bez celu ciesząc się tylko swoim towarzystwem? Przypominasz sobie 2 godziny, które spędziliśmy pod "Twoim" domem rozmawiając i czekając na Twoje koleżanki? Ja pamiętam je bardzo dobrze i będą mi towarzyszyć tak, jak pierwsze promienie wiosennego słońca, jak widok Ciebie siedzącej na schodach i rozradowany, zaskoczony wzrok, kiedy siadam obok Ciebie i uśmiecham się. Dziękuję Ci za najbardziej niesamowity weekend, jaki mogliśmy sobie zafundować, za idealną pogodę i idealną osobę. Przepraszam za całe zło, które Ci wyrządziłem i dziękuję za dobro, które w zamian otrzymałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ewa... dalej czytasz? Niemożliwe, jesteś ostatnią osoba, której spodziewałbym się w tym hermetycznym towarzystwie. A jednak się pojawiłaś. Tłumaczę to tylko tym, że po prostu lubisz czytać. Cokolwiek, w jakiejkolwiek formie i od wszelkiej maści "autorów". Udam, że nie wiem, w jaki sposób dowiedziałaś się o tym. Udam zaskoczenie tym, że z dnia na dzień o listach wie więcej osób, niż jestem w stanie sobie wyobrazić. Jesteś wyjątkowa, wiesz? Nie znasz mnie, a to, co wiesz, to w większości negatywne wrażenia osób, które się na mnie zawiodły i mszczą się za to. Przeczytałaś listy – tu też niewiele przemawia za tym, że jestem na tyle ciekawym facetem, żeby ktoś taki jak Ty zwrócił na mnie uwagę, a jednak...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zdziwi mnie już nic włącznie z tym, że niedługo pół miasta będzie wiedziało zarówno o listach, jak i o ich autorze. Wiem, kto przyłożył do tego rękę i wiem, kim będą następne osoby, w których ręce trafi ten adres. Dziwnym trafem o listach dowiedzieli się Ci, którzy nie powinni mieć o nich pojęcia. Nic już nie zmienię więc po prostu... niech czyta kto chce, niech myśli co chce, niech mówi co chce. Wczoraj ktoś zupełnie obcy powiedział mi: "To nie ludzie są źli... to warunki do powstania dobra są czasem niesprzyjające. A my często właśnie wtedy oczekujemy cudu".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Kochajcie tak, jak świeci słońce.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-7555925693012567379?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/7555925693012567379/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/04/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7555925693012567379'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7555925693012567379'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/04/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-4475993319960100691</id><published>2009-03-09T08:46:00.000Z</published><updated>2009-03-09T14:55:41.603Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Życie to dożywotni wyrok śmierci.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jak to mawiał pewien znay polityk: "Nie chcem, ale muszem"...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do only:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Zrobiłbym to bo bez szczęśliwego dzieciństwa całe życie jest kalekie. Jeśli ostatnie 3 lata były moim dzieciństwem to wierzę, że "jak będę duży", to będę znów najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, co boli bardziej - taka miłość jak ta, czy brak jakiejkolwiek miłości. Przeczytałem niedawno na blogu bardzo mądrej osoby niezwykle kojące mnie słowa: "Bo nie chodzi o to z kim się żyje, a o to bez kogo nie można żyć". Nic więcej nie dodam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczęściary. Przez ostatnie kilka miesięcy bardzo często zapraszałem kogoś do swojego mieszkania. Żadna nie odmawiała. Wiem, wiem, moja samcza "skromność" powala Was na kolana. Czasem zastanawiałem się tylko, czy to jest aż tak banalnie proste? Czy jest gdzieś ukryta kamera i mikrofon, do którego Ona w ostatniej chwili krzyknie "Keep smilling!"? Przyznam, czasem mnie to krępowało, ale i niesamowicie podkręcało więc bardzo rzadko sypiałem sam w łóżku. Na początku związku dla większości Kobiet, jeśli facet potrafi je zaspokoić i jest ogólnie ciekawy, to nie ma znaczenia, czy ma mięśnie, czy mózg. Jest tolerowany jako samiec, jako dość przyjemny dodatek do codziennego życia. Odwracając sytuację... nawet, jeśli obejmujący Cię czule facet będzie zaprzeczał i bronił się rękami i nogami (a z pewnością będzie to robił), to i tak w pewnym momencie da o sobie znać jego samczy instynkt i to, na co zwraca najbaczniejszą uwagę – twarz, piersi, tyłek. Brzmi groteskowo? Podobno mam być szczery, więc nie odwracajcie ze wstydu głowy od monitora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najgorsze w umiejętności zdobywania kolejnych dziewczyn jest to, że również uczymy się bezdusznie i bezbłędnie z nimi rozstawać. Żadna z nich nie wiedziała, czym grozi przebywanie ze mną mimo, że z jednej strony ostrzegałem je przed sobą, a z drugiej przyciągałem. Zawsze dawałem im coś do zrozumienia między wierszami. Wytatuowałem sobie niewidzialny znak ostrzegawczy na czole: "Ja się już nie angażuję", ale żadna z nich nie wiedziała tego na początku znajomości. Po niedługim czasie każda chciała, abym dał z siebie coś więcej, niż mogłem dać. I wtedy zaczynała się ta najtrudniejsza część po polowaniu – "sprzątanie". Rodził się dzień, w którym budziłem się i pierwsza myśl, jaka przebiegała mi wtedy po głowie, to "czas na sztuczkę ze znikaniem". Dziwnie czuję się ze świadomością, że każda z nich chciała, abym się w końcu zaangażował. Nie płytko, nie powierzchownie. Kiedy udawałem głupka i pytałem, co im chodzi, tłumaczyły jak mama dziecku, że to nie zależy od kasy, samochodu, mieszkania, smsów, kwiatów. Większość z nich czytała listy i wie, do czego jestem zdolny. Czeski film. Ostatnio nawet okłamywanie samego siebie przychodzi mi z dziecinną łatwością. Jest w świecie ludzi taka jedna prosta zasada – kiedy facet poznaje piękną Kobietę, pamiętajcie, że jest gdzieś koleś, któremu już się znudziło rozpieszczanie jej, bzykanie jej i tolerowanie Jej wszystkich dziwactw. To pomoże otrząsnąć się po tym sławnym "pierwszym wrażeniu" i spojrzeć jeszcze raz na cel waszych łowów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piątek. 2 w nocy. Na ulicy żywej duszy. Tylko dwie przytulone osoby stojące gdzieś na środku chodnika. Mierzyłem im czas – ponad 10 minut stały praktycznie w bezruchu, wtulając się w siebie. Wydawało się, że padający śnieg omija ich twarze nie chcąc ingerować w rozmowę oczu. Łzy. To ostatnie, czego spodziewałbym się po Niej. Stojąc na tym zimnie, ocierając Jej łzy i tuląc Ją do siebie, zacząłem mieć wyrzuty sumienia. Chyba pierwszy raz, a przynajmniej dopiero wtedy zdałem sobie z nich sprawę. Zrobiło mi się przykro. Naprawdę przykro, ale... co jeszcze mogłem powiedzieć? Standardowe "przepraszam", które zawsze w takich sytuacjach jest najbardziej niepożądanym słowem? Już i tak za dużo się dowiedziała. Jak na ironię tylko to cisnęło mi się na usta. Wiem, że nikt wtedy nie wierzy w to słowo. "Prima aprilis", "obudź się, to tylko zły sen"... łatwiej byłoby powiedzieć coś takiego i znów choć na chwilę wrócić do świata, w którym tkwiliśmy przez ostatni czas. Dziwne... mimo, że zawsze wiedziałem, że musiało się to skończyć, kiedy się kończy, pozostaje nieunikniony dylemat wycieńczonego podejmowaniem ciągłych decyzji umysłu: czy tym razem na pewno postąpiłem słusznie? Teraz, kiedy wracam myślami do każdego dnia, w którym podejmowałem tą bolesną dla obu stron decyzję, próbuję przypomnieć sobie ostatnie spojrzenie, które zostało mi podarowane. Próbuję przypomnieć sobie moment, w którym chciałem spojrzeć im w oczy i choć przez chwilę zrozumieć, przez co one właśnie przechodzą. Chyba dopiero wtedy poznawałem prawdę, której unikałem przez cały wspólnie spędzony czas. Prawdę, do której nie chciałem przyznać się przed samym sobą więc standardowo nie mówiłem nic. Kłamałbym mówiąc, że wydarzenia ostatnich dni nie wybiły mnie z toru. Ona – ostatnia na niepożądanej i niepisanej liście "ofiar" wrednego, nietolerancyjnego, importowanego chuja... odważna, bardzo seksowna, nieco psotna, ale nie bezczelna. Ponad wszystko... słodka. Tak, słodka. A ja... po raz kolejny tłumaczę się sam przed sobą, że nigdy nie miałem zamiaru skrzywdzić kogokolwiek... ale to zrobiłem. Znowu. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnia. Ostatnia. Ostatnia. Naprawdę. Obiecuję. Tym razem mówię prawdę. I niech nie zaznam nigdy w życiu szczęścia, jeśli kłamię. Ile ich było? 11, 12, 13? Przestałem liczyć po 5, choć nie pamiętam nawet, kim była 5. Tym razem posunąłem się za daleko. Za każdym razem posuwałem się za daleko. Za każdym razem udawało się osiągnąć cel, którego nawet sobie nie stawiałem, bo nie miałem takiego zamiaru. Cel rodził się sam i sam umierał. Mam dość. Nie sądziłem, że to będzie boleć także mnie. Bolało trochę za każdym razem, ale ignorowałem to. Uodporniłem się do tego stopnia, że później już tylko odhaczałem kolejne, zastanawiając się, czy wymawiam właściwe imię. Mimo wszystko... każda z nich była wyjątkowa i niepowtarzalna jak płatek śniegu. Wystrzałowa i nowocześnie seksowna. Słodka i zabawna, oryginalna, zaskakująca i pełna niespodzianek. Przez ten czas dobrze wprawiłem się w polowaniach. Do tego stopnia, że samo wybieranie kolejnej "ofiary" i przygotowywanie się do ataku, sprawiało mi większą frajdę, niż cieszenie się i korzystanie ze zwycięstwa. To chyba 7 dno piekła. Tylko psychopatyczny morderca zabija dla samej rozkoszy zabijania, dla oglądania, jak ofiara błaga o życie i wykorzystuje całą swą siłę do zaczerpnięcia jeszcze jednego oddechu. Tylko maniak poluje dla samej idei polowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za każdym razem długo się zastanawiałem, co tak piękne i seksowne dziewczyny jak One, widzą w takiej mętnej płotce, jak ja. W Przemyślu na każdym kroku można spotkać tuziny przystojniejszych, lepiej ubranych, wysławiających się, pachnących lepszymi perfumami i jeżdżących lepszymi samochodami facetów. Każdy z nich z chęcią wpasuje się w kobiecy romantyczny i cukierkowy świat w większości tylko po to, aby dobrać się do stanika. Jestem całkiem zwyczajnym gościem w zwyczajnej kurtce i w zwyczajnym samochodzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nauczyłem się dobrze ukrywać swoje uczucia. Albo raczej ich brak. Ale z nimi jest tak, że nawet w swojej minimalnej dawce mają podłą zdolność wypływania na wierzch cichaczem wtedy, kiedy człowiek najmniej się tego spodziewa. Pomimo najszczerszych chęci, zaczynam odczuwać pewne niedoskonałości we mnie samym. Gdy patrzę wstecz na swoje ostatnie 9 miesięcy i na wszystkie Kobiety które poznałem, nie mogę przestać myśleć, jak wiele One dla mnie zrobiły, a jak mało ja zrobiłem dla Nich. Jak się o mnie troszczyły i dbały, a ja się im nigdy za to nie odwdzięczałem. Wydawało mi się, że jestem najlepszy i należy mi się to, co najlepsze. Co przez to zyskałem? Czy w ogóle coś zyskałem? Tak naprawdę... umiejętność dostrzegania bezinteresowności całkiem obcych ludzi, swój prywatny wschód słońca, kiedy obok mnie rano budziła się Piękność, która poprzedniego wieczora gotowała specjalnie dla mnie, wiarę w to, że na jednej dziewczynie świat się nie kończy, szczęście i uczucia, którymi byłem obdarowywany tak często, że wystarczyłoby ich dla kilku takich jak ja. Myślałem, że przez to co robię, zaznam w końcu choć na chwilę jakiś wewnętrzny spokój duszy, ale myliłem się. Jeśli nie mam czystego serca i czystych intencji, to nie mam niczego i jestem nikim. Więc... o co w tym wszystkim chodzi?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nauczcie się asertywności.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-4475993319960100691?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/4475993319960100691/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/03/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/4475993319960100691'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/4475993319960100691'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/03/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-7065140134747541422</id><published>2009-02-24T11:02:00.000Z</published><updated>2009-02-24T11:21:59.107Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Dziecko płacze, gdy się rodzi - czyżby wiedziało, co je czeka?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiatr jest zawsze życzliwy marynarzom, tylko nigdy nie wiadomo, kiedy zacznie i przestanie wiać. Całe ryzyko w byciu wilkiem morskim polega na tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy się wypłynie i czy się dopłynie...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Czytam "Forresta Gumpa" Winstona Grooma. Znowu. Polecam, ale tylko w oryginale, jeśli język nie jest dla Ciebie przeszkodą. Syndrom Sztokholmski? Solidarność z oprawcą? Coś sugerujesz?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do poproszę cokolwiek w odsłuch:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nic nie działa tak regenerująco na ciało i ducha, jak bagienne kąpiele...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Podobno można oddychać bez powietrza. Są bakterie beztlenowe, a zgodnie z teorią ewolucji kiedyś sami do nich należeliśmy. Chcesz poczuć ogień w swym podbiegunowym życiu? Zastanów się, gdzie wylądujesz, kiedy ogień stopi lód na którym żyjesz... Moje sumienie mnie nie lubi, może dlatego, że dużo z nim rozmawiam, ale nigdy go nie słucham. Życie jest procesem umierania, powie Ci to każdy chory, który żyje tylko do momentu, w którym nie zna swojej diagnozy - później już tylko odlicza dni.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do A.:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Czas... biedni mają go za dużo, bogaci - za mało, szczęsliwym biegnie szybciej, nieszczęśliwym - wolniej. Nie ma większego złośliwca, niż czas. Ale żadna sekunda, minuta czy godzina nie jest stracona. Może być tylko niewłaściwie spożytkowana. Czas to zjawisko progresywne, nie mamy na nie wpływu, ale możemy nauczyć się je wykorzystywać. A jeśli nie wiesz, od czego zacząć - zacznij od siebie. Następnie napisz o tym, co się zmieniło.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (AM):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nigdy nie mówiłem, że kogokolwiek posiadałem. Chciałem tylko uszczęśliwić kogoś, w kim pokładałem wielkie nadzieje i w kim widziałem niesamowity talent. Miłość za wszelką cenę nie jest miłością, a największymi populistami są pustelnicy, którzy nie chcą nimi być. Pustelniczy jest więc Coelho, Sapkowski, Lem, Mickiewicz, Słowacki, Dostojewski i Dumas... a populistyczny wyłącznie Listonosz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Rozczaruję Was wszystkich... nie ma "tego, co było dalej". Nie ma dalszego ciągu opowieści o Tomku i Patrycji. Skończyło się. Po prostu. Też nie mogłem w to przez jakiś czas uwierzyć, ale wiem, że przez ostatnie 2 lata w moim życiu było więcej przypadków niż trafnych decyzji. To nie mogło się udać, wiedziałem o tym od samego początku, a jednak zapadałem się w tym chorym związku w jedną stronę jak w ruchomych piaskach. Wiem, co czuli kamikadze wsiadając pierwszy i ostatni raz do samolotów i lecąc do celu, który witał ich śmiercią. Czułem podobnie, ale nie słuchałem sam siebie łudząc się ślepo, że być może przeżyję. Znam się trochę na ludziach. Co wyczytałem z Jej wzroku? W chwilach największej radości zaledwie... obojętność.&lt;/span&gt; To chcieliście usłyszeć? Mój rachunek sumienia i przyznanie się do tego, że popełniałem błąd za błędem? Że robiłem głupstwa wierząc, że świat jest tak idealny, jak sobie go wyobraziłem? No to macie, ale zaręczam, że te słowa są tak nieszczere, jak Wasze intencje, próby współczucia i pomocy mi w "trudnych chwilach". Jestem dumny ze swojej głupoty i szczęśliwy jak głupiec. Wiem, że Was to gniecie, ale dajcie mi spokój. Rozkoszujcie się dalej waszymi oratorskimi wywodami o swojej wyższości i mądrości nieświadomi tego, że przyczyniacie się tym samym do spadku poziomu IQ reszty Polaków. I w swej górnolotnej mądrości nie popełnijcie takich błędów, jakie popełniłem ja. Co ja mówię? Nie popełnijcie ŻADNYCH błędów. Nigdy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co mam jeszcze napisać? Moje ostatnie 2 lata przypominały samobójczy lot w stronę (jak mi się wtedy wydawało) zaprzyjaźnionego statku. Kiedy tylko zaczynam o tym myśleć, mój żołądek ma wielką ochotę pokazać mi, co jadłem tydzień temu... Rozbiłem się. Bolało. Posprzątałem po sobie, bo dziwnym sposobem jako jeden z niewielu kamikadze przeżyłem. Niestety. Posprzątałem grzecznie, przeprosiłem, że ośmieliłem się zakłócić Jej kolorowy żywot i wtargnąć z buciorami w Jej bujne nastoletnie życie. Jeszcze wielu będzie tak bezcelowo przepraszać. Przeprosiłem i poszedłem opatrzyć rany. Bo co kurwa niby innego miałem zrobić? Rozbić namiot i czekać, aż łaskawie będę mógł być może kiedyś ponownie przekroczyć próg Jej serca? Za mną, przede mną... dzikie tłumy w podobnych namiotach, jak na wyprzedaży w Biedronce. Godne pożałowania, ale... życzę Jej jak najlepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadziwiająca jest chęć bezinteresownej pomocy ludzi, którzy nigdy mnie nie widzieli, nie znali i nie wiedziały nawet, czy mnie lubią, czy nie. W przeprowadzce tutaj pomogło mi kilka osób, które mimo, że były oddalone ode mnie o setki kilometrów, postawiły swój świat na baczność i przyczyniły się do mojego sukcesu. Dziękuję Wam z całego (o dziwo) żyjącego jeszcze serca. Każda moja "nowa-stara" znajomość odżywa. Wszyscy Ci, którzy przez ostatnie 2 lata byli gdzieś daleko ode mnie, znów do mnie przychodzą. Nagle okazuje się, że przez cały czas byli bliżej mnie, niż mogłem przypuszczać. Każdy z nich mówi, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Że dobrze zrobiłem. Nie dlatego, że udowodniłem coś Patrycji, tylko dlatego, że udowodniłem coś sobie. Mają rację. Wciąż czekają i zżera Ich ciekawość... czekają na kolejną moją decyzję, na mój zaskakujący ruch. Przed wjazdem do Przemyśla na stałe, oprócz setek miłych i silnych słów, dostałem również list. List, który pomógł mi bardziej niż cokolwiek innego i ktokolwiek inny. Kilka prostych i jakże szczerych słów, które upewniły mnie, że nigdy nie będę tutaj sam. Napisała go całkiem obca-nieobca osoba z drugiego końca świata. Napisała wiedząc, po co jadę, co ryzykuję, co mogę zyskać i stracić.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, że Cię już nie będzie. Ale z drugiej strony cieszę się, że będziesz z Nią w końcu szczęśliwy. Mam nadzieję, że się Wam uda, że od listopada będziemy również czasem spotykali się na "wspólnych wagarach" i spowiadali się sobie wyłącznie z naszych związkowych sukcesów. Gdy sobie tak "gdybam", to wszystko wydaje się różowe i chociaż oboje wiemy, że tak kolorowo na pewno nie będzie, to chcę, żebyś nauczył się optymizmu i nie usprawiedliwiał różnymi wymówkami, że jesteś starszy, może mądrzejszy, bardziej lub mniej doświadczony i z dystansowany do różnych rzeczy. Przecież nie o to chodzi. Nie możesz sobie powtarzać "to się nie uda, nie dam rady, nie mam siły, nie potrafię, po co mi to skoro nic z tego dobrego nie wyjdzie, odpuszczę, dam spokój, nie będę próbował, bo nie warto". Zawsze, gdy istnieje chociaż malutka iskierka nadziei (a istnieje zawsze) na lepsze jutro, to ja wierzę, że będzie lepiej. Zamykam oczy z nadzieją i chociaż czasem się budzę i pytam "po co otworzyłam znowu oczy?", to wmawiam sobie, że dzisiaj musi być lepiej, że zrobię wszystko, żeby było lepiej. Już Ci mówiłam, że zawsze sobie sama ze wszystkim radzę... tak jest naprawdę. Chciałabym mieć kogoś, komu mogłabym o wszystkim powiedzieć na jednym oddechu, ale jest jeden mankament: takiego kogoś przy mnie niestety nie ma. Ty będziesz miał Patrycję na wyciągnięcie ręki, nie zmarnuj tego, nie pozwól żeby Ona to zmarnowała. Niektórzy są w stanie oddać wszystko za spędzenie kilku wspólnych chwil z tak niesamowitą osobą, jak Ty. Z ukochaną osobą. Nie musisz już inwestować w takie plany, bo Twoje właśnie się spełniają. Zanurz się w tym. Daj się ponieść. Musisz akceptować Jej górę trudnych nawyków, ale zrozum, że Ona też codziennie boryka się z Twoją niedoskonałością. Masz rację mówiąc, że Cię nieraz zraniła, ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo. Naucz się podchodzić do różnych rzeczy w inny, nowy sposób. Musisz się jeszcze dużo nauczyć, mimo, że umiesz już dużo więcej niż przeciętny mieszkaniec tej planety. Co prawda będzie mi brakowało banalnych rozmów o Patryku, aktorach czy kolorze włosów, będziesz niby bliżej a mi się wydaje, że wyjeżdżasz na drugi koniec świata. Czuję taką pustkę, jak byśmy mieli się już nigdy nie zobaczyć, nie usłyszeć. Przez cały czas pomagałeś mi tylko słowem, teraz moja kolej. Mam się żegnać czy wręcz przeciwnie: wywiesić transparent WITAMY NA PODKARPACIU? Zabawne i zarazem smutne. Mieszkaliście w osobistych trumnach i w końcu unieśliście swoje wieka. To musi być cudowne uczucie – ujrzeć w końcu światło. Wiec obiecaj mi jedno – NIGDY nie będziesz żałował tego, co właśnie robisz i będziesz szczęśliwy. Obiecaj mi, proszę Cię!!!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obiecuję... mogę Ci to obiecywać codziennie. Szczerze, od serca i z pełną świadomością. Z jakiegoś dziwnego powodu jestem bardzo szczęśliwy. Może dlatego, że dopiero teraz zaczynam realizować swoje marzenia, które do tej pory usilnie dopasowywałem pod Jej wymagania. Ona - cel, do którego dążyłem, może okazał się tylko fatamorganą, ale droga do niego już nie. Najciekawsza jest zawsze trasa, którą się pokonuje, a nie marzenie, które jest na jej końcu. Mimo tego, co się wydarzyło, jestem szczęśliwy. Silniejszy. Pewniejszy siebie i swoich możliwości. Nauczyłem się więcej przez ból i krzywdę, niż przez sielankowe i słodkie życie. Sądzę, że w naszym przypadku nie było to konieczne, ale jak widać było nieuniknione, przeznaczone – zwłaszcza z Jej punktu widzenia. W pewnym stopniu jestem Jej za to wdzięczny, wiesz? Choćby tylko dlatego, że teraz bardziej rozumiem nie tylko Ciebie, ale każdego, któremu coś się w życiu nie udało. Pamiętaj, że najlepszym przyjacielem jest ten, kto nie pytając o powód Twego smutku, potrafi sprawić, że znów wraca radość. Do wczoraj nie sądziłem, że znam kogoś takiego... Pomogłem Ci tylko słowem? Uwierz mi, że Ty raz na pół roku w ciągu kilku godzin pomagasz mi bardziej, niż większość ludzi pomogła przez ostatnie 2 lata. Jako jedna z niewielu osób udowadniasz mi, że nie ma rzeczy niemożliwych. Nigdy Ci tego nie mówiłem (choć przegadaliśmy niejeden dzień i niejedną noc), ale również ze względu na Ciebie i nasze rozmowy, byłem zdolny do przeprowadzki na drugi koniec Polski. Jeśli coś jest niemożliwe, to takim osobom jak my na pewno się to uda – nawet coś tak absurdalnego, jak zjedzenie wafelka przez słomkę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeznaczenie... wczoraj pierwszy raz od bardzo dawna usłyszałem to słowo. Dlaczego akurat od Ciebie? Użyte w dość ciekawym kontekście, ale dające mi do myślenia więcej, niż zwykle. Słowo, którego starałem się unikać jak ognia, bo przecież każdy jest kowalem własnego losu. Wiem, że nie możemy być odpowiedzialni za wszystko, co dzieje się wokół nas, ale wiem również, że mamy decydujący wpływ na większość decyzji i konsekwencji, z którymi codziennie się mierzymy. Wierzysz w przeznaczenie? Pytanie o jakąkolwiek formę wiary jest pytaniem tak głębokim, że często nie wystarcza nam życia, żeby zweryfikować poprawność odpowiedzi, której z taką łatwością udzielamy. Pytanie o przeznaczenie to pytanie o naszą istotę. Trąci trochę mistyką, religijnością i innymi śliskimi tematami, o których raczej się nie rozmawia, ale zastanówmy się, w co tak naprawdę wierzymy. Czy często nie usprawiedliwiamy się przed wszystkimi z nielogicznych lub spontanicznych decyzji (zwłaszcza interpersonalnych), zrzucając je na karb przeznaczenia? Biedne Istniejące-Lub-Nie przeznaczenie... Osobiście sądzę, że w jakimś sensie przeznaczenie jednak musi istnieć, ale postrzegamy je wyłącznie jako wygodny środek tłumaczenia sobie pewnych spraw. Istnieje i ma się dobrze, choć tak często wykorzystujemy tylko to, że "jest" do zaspokajania własnych potrzeb. To nie przeznaczenie determinuje nasze życie, tylko nasze wybory rodzą przeznaczenie. Brzmi to paradoksalnie, ale najpierw to my decydujemy o tym, co zrobimy, a później wrzucamy to do worka z napisem "destination to...". Chcecie wierzyć w przeznaczenie? Stwórzcie świat, w którym się ono urodzi. Ja już zacząłem i mam nadzieję, że kiedyś będę mógł się tym pochwalić. Magicznie, prawda?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Znajdźcie w sobie siłę na uśmiech po wielkiej stracie, bo nieobecność pewnych ludzi oznacza czasami prawdziwy triumf.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-7065140134747541422?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/7065140134747541422/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/02/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7065140134747541422'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7065140134747541422'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/02/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-909110889669193400</id><published>2009-01-28T11:34:00.000Z</published><updated>2009-04-09T10:29:15.064+01:00</updated><title type='text'>Chapter 3</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 3... Lubię tych, co siebie nie lubią. Nie lubię tych, co siebie lubią. Czy lubię siebie?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Martwe słowa, żywe słowa... co bardziej rani? To, co jeszcze dobija Twoje konające już serce, czy to, co nie wywiera już na nie żadnego wpływu? Chcesz być wolna? Wolność za wszelką cenę nie jest wolnością. Nie żądaj więc od siebie spokoju, bo go nie zaznasz. Tylko żyjąc w tym absurdalnym świecie można wyłamać się z absurdalności dnia codziennego. Skoro więc Twój statek zatonął, to daj się ponieść fali bo w końcu zawsze gdzieś jest suchy ląd. Nawet, jeśli to będzie bezludna "wyspa szczęścia, samotności i spokoju". Na takiej wyspie sam chciałbym się znaleźć... Kształt bez kształtu? To jak rozmowa z ateistą o Bogu - niby każdy może to sobie wyobrazić, ale jakże trudno to zaakceptować...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (AM):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Paulo Coelho... czasem myślę, że jest bardziej przereklamowany niż Harry Potter niezależnie od treści, jakie niosą jego książki. Ale ta jest faktycznie dobra. Czytałem. Ale na jego słowa: "Każdy człowiek na kuli ziemskiej ma skarb, który gdzieś na niego czeka", odpowiadam: czy to znaczy, że mamy przywłaszczać go sobie tylko przez wzgląd na naszą wrodzoną chęć "posiadania"?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Temat rzeka... widzę, że woda staje się naszym żywiołem i prześladuje nas na każdym kroku. Zastanawiam się nad zmianą, może przeniosę się w powietrze, bo upadek z wysokości zabija w ciągu sekundy i przynajmniej nie czuć bólu... myślałaś o tym?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozmowy o Patrycji mnie dobijają, mogę sobie już tylko z nich żartować i zbywać dowcipami bo co kogo to obchodzi. Wczoraj pojawiła się dosłownie przez chwilę na ustach całego mojego zespołu tylko po to, żeby poprawić nam wszystkim humor. Dziękuję Patrycjo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po Patrycji... Gosia, Ania, Agnieszka, Asia, Sylwia, Paula, Ania, Ewa, Patrycja, Agnieszka, Monika, Kasia, Kasia i Ania. I Ta ostatnia... Olifia... nie należąca do wymienionej przez mnie grupy, a będąca już dużo dalej niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Imponująca półroczna średnia jak na monogamistę. Podobno człowiek czuje się na tyle młodo, jak towarzystwo w którym przebywa. Moi znajomi są w różnym wieku. Taka praca, tacy ludzie. Nikogo za to nie winię, wręcz przeciwnie. Zbyt dużo już widziałem żeby dyskwalifikować ludzi tylko dlatego, że mają 17 lub 70 lat. Nie uważałem na pierwszej lekcji życia, może dlatego teraz wręcz rozpaczliwie dokładnie słucham wszystkich, którzy mają cokolwiek do powiedzenia na tematy damsko-męskie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każda chciałaby być choć przez chwilę Patrycją. Każda o tym marzy. Przynajmniej na jakiś czas. Bo to cudowne uczucie wiedzieć, że komuś zależy, że ktoś się stara. Bo dziś tak trudno znaleźć człowieka między ludźmi. Zaczynam wierzyć, że nim jestem mimo, że choroba jaką roznoszę jest dużo bardziej bolesna niż większość zakażeń którymi raczymy się między sobą. Od braku miłości gorszy jest tylko jej nadmiar a tym właśnie zarażam. Nieumiejętnie dawkuję zainteresowanie tym, które się o nie dopraszają a przecież w życiu nie ma nic za darmo. Czy kiedykolwiek wypalę się uczuciowo? Każda z nich chciałaby być na miejscu Patrycji nie znając nawet mojej historii i nie wiedząc pewnie, skąd się tu wziąłem. Po co te znajomości? Bo przecież trzeba "otworzyć się na ludzi". Trzeba spotykać się z innymi dziewczynami, trzeba mieć "materiał porównawczy", trzeba "korzystać z życia". Z nieukrywanym obrzydzeniem i niechęcią do samego siebie wkroczyłem na chwilę w ten świat. Robienie czegoś wbrew sobie jest dużo bardziej uciążliwe, niż działanie na nerwy innym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie z każdą łączy mnie sex. Może to trudne do pojęcia, ale z ŻADNĄ nie łączy mnie sex. Sam nie wiem, po co zwodzę każdą z nich choć tak na prawdę nie robię nic. Nie narzucam się, nie walczę, nie zachowuję się w najmniejszym stopniu tak, jak zachowywałem się będąc z Patrycją. Niczego nie obiecuję, niczym nie przyciągam. Nie mam wielkich pieniędzy, dobrego samochodu, nie jestem super przystojnym gościem z okładki Men's Health. Rozmawiam z nimi mimo, że nie mają dużo do powiedzenia. Słucham. O sobie nie chcę mówić bo to nie ma znaczenia. Mimo wszystko one doskonale wiedzą, kim jestem i skąd się wziąłem w Przemyślu nie czytając nawet listów. Ja się tym nie chwaliłem, kto więc to zrobił? I ciągle, dorośleję podczas, gdy one są cały czas w tym samym wieku. Mimo, że coraz lepiej się znamy, różnica między nami sukcesywnie wzrasta. Nie rosną, nie rozwijają się, nie starzeją, nie brzydną. Zatrzymały czas i korzystają ze swojej 17-18-19-20-letniej urody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Olifia... celowo napisane z błędem? Na pewno tak, bo średnia ocen 5,14 dyskwalifikuje jakąkolwiek przypadkowość w Jej słowach choć moja mania dostrzegania ukrytych spacji i literówek daje o sobie znać nawet na Jej blogu i czasem znajdę mały błąd. Czuję, jakby historia się powtarzała. Ta sama paskudna historia o której tak bardzo staram się zapomnieć. Znów udający dorosłego faceta gość spotyka Kobietę, która tylko aktem urodzenia daje znać, że jest jeszcze dziewczyną. Długo się znamy. Były lepsze i gorsze okresy. Czasem długie godziny w oczekiwaniu na 15-minutową rozmowę przeciągały się w nieskończoność. Później wytrzymywaliśmy bez rozmów miesiąc lub dwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio pierwsze spotkanie i... o jedno za dużo mimo, że przekładane i oczekiwane przez nas od długiego czasu. O jedno za dużo, bo godziny rozmów, zdjęcia i staż naszej znajomości nie przesądzały do końca o tym, co przyniesie nam kilkugodzinne widzenie. Uważnie dobieram słowa żeby... nie zranić? Nie zbliżyć się, nie oddalić? Jednocześnie wciągam się na własną prośbę w to, od czego tyle uciekam. Zarażam sam siebie chorobą, którą niechcący zarażałem pozostałe "kandydatki". Aż tak lubię sam siebie okaleczać? Co w tym dobrego, że ginę od własnej broni. I przy okazji zabijam również Olifię. Może lepiej, żeby nasze kontakty pozostały wyłącznie czysto zawodowe. Jeszcze dobrze nie wyleczyłem się z poprzedniej "wycieczki balonem", a już przesiadam się na następną nie pytając nikogo o zdanie. Nawet Jej. Zwłaszcza Jej. Już raz udowodniłem, że żadne granice nie istnieją. Dla Niej mógłbym to powtórzyć. Ale tego nie zrobię. Nie powinienem, bo... mimo wszystko byłem z Patrycją szczęśliwy i wiele rzeczy udało mi się załatwić zarówno z Nią, jak i z Jej rodzicami, to drugi raz tyle szczęścia nikomu się nie należy. Zwłaszcza mi. I robię to wbrew sobie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ty jesteś "Jedną z tych Dwóch"... niestety...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Nauczmy się uczyć na własnych błędach.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-909110889669193400?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/909110889669193400/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/01/chapter-3.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/909110889669193400'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/909110889669193400'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/01/chapter-3.html' title='Chapter 3'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-2267706404788134352</id><published>2009-01-19T11:52:00.000Z</published><updated>2009-01-19T12:10:13.350Z</updated><title type='text'>Chapter 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 2... E=mc2.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do poproszę cokolwiek w odsłuch:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Rodzynkę? Poproszę, odwdzięczę się sokiem z atomówki. W mailu napisałem Ci, co sądzę o Twojej sytuacji i mam nadzieję, że w jakimś sensie przysłużyłem się Waszemu związkowi bo stałość i mądrość cenię w Tobie najbardziej. U mnie nie ma pozytywnych uczuć i odbierania na tych samych falach. Skończyło się. Koniec. Pierwszy raz może być tylko raz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (AM):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiesz, jest takie powiedzenie - umiesz liczyć, licz na siebie. Nie liczę od dawna, czasem tylko głupie myśli i schematyzm pewnych sytuacji daje znać o przeszłości. Daty, daty, daty... reakcje, smaki, zapachy. Czasem odwrócę się na ulicy za kimś, kto nosi ten sam zapach, kto ma podobny płaszcz. Żyję tym... kilka minut, godzin. Po amputacji ręki można ruszać już tylko kikutem. Po amputacji serca... Nowy Rok... każdy dzień jest pierwszym dniem reszty Twojego życia. Próbuję odciąć się od dat, nie katalogować ich według ważności wspomnień, dlatego też Nowy Rok nie jest dla mnie wyznacznikiem tego, kiedy wstanę na nogi. A dni do kolejnego spotkania już odliczam i mam nadzieję, że choć jestem jeszcze "niepełnosprawnym uczuciowo", to zadowolę się przez pewien czas "szczerozłotym wózkiem inwalidzkim" który jest mi oferowany. Dzięki temu zacznę kiedyś chodzić.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (Sławek):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Odrabiając zadanie domowe z tej lekcji życia powinienem odpowiedzieć krótko aczkolwiek stanowczo: "Nigdy w życiu w podobne gówno się nie wpierdolę. Facet to nie krowi ogon, żeby całe życie przy jednej dupie wisiał". Niestety ja zawsze zadania domowe olewałem, a eksponowane gdzieniegdzie chujostwo słabo mi wychodzi, bo są jednak osoby, które znają mnie na tyle dobrze, że w to nie uwierzą. Pytasz o emocje... najpierw trzeba je mieć. Mam. Teraz trzeba zrobić z nich użytek. Zrobiłem. Jest mi lepiej ze świadomością, że Ona nie istnieje i nie mam zamiaru zastanawiać sie, czy żyję w błędzie, czy w prawdzie. Zamiast zastanawiać się nad emocjami, czy nie lepiej je schować i poczekać aż spleśnieją, zzielenieją i zaczną cuchnąć, a następnie wchłoną się w dno szuflady którą za kilka porąbię na opał do kominka?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego sądzisz, że los decyduje? Człowiek jest kowalem własnego losu. To ludzkie postanowienia determinują czyny i zdarzenia, które przytrafiają się w życiu, a nie na odwrót. Nie mamy wpływu na wszystko, bo nie dysponujemy monopolem na zachowania innych, ale czasem zastanawiam się, czy nie warto byłoby skończyć podróży tak, jak sławny Titanic. Choć czy w pewnym sensie już nie jesteśmy takim zatopionym stateczkiem, którego kapitanowi wydawało się, że jest najsilniejszy na świecie? Najmniejszy włos rzuca swój cień, czasem to przesądza o tym, czy statek dopłynie, czy zatonie. Nigdy nie kocha się drugi raz tak samo. Nigdy nie kocha się tak, jak za pierwszym razem. Wspomnienia są tym, co pozostało nam z języka Raju. Swojej genezy się nie wyprzemy. A puzzle... jestem ścisłowcem, powinienem bawić się w sudoku, ale mi nie wychodzi. Wolę więc fortepian - kolejny paradoks, nieprawdaż?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obok mnie żyje facet, który był bardziej pracowity i dał w łapę komisji...&lt;br /&gt;Obok mnie żyje facet, który ukończył najlepszą Akademię w Polsce...&lt;br /&gt;Obok mnie żyje facet, który teraz śpi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obok niego żyje facet, który nie ukończył żadnej renomowanej uczelni...&lt;br /&gt;Obok niego żyje facet, który myśli, że jest dorosły...&lt;br /&gt;Obok niego żyje facet, który gówno wie o życiu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Którym z nich jestem? Pierwszym i drugim. I trzecim - tym, co wyjechał do Londynu. I czwartym - tym, który zabił się w drodze do domu, bo za szybko jechał. I piątym - któremu się udało, i szóstym, tym, który leży teraz gdzieś w rowie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żyjemy obok siebie nie zdając sobie sprawy, że ten obok ma więcej szczęścia niż rozumu. Że jeden całe życie pracuje na to, aby pozostali mieli lepiej. Aby ten, który leży w rowie mógł po raz kolejny wyciągnąć "ostatnie pieniądze" i zadowolić się tanim winem. Znacie teorię wszechświatów potomnych? Pan Einstein wpadł na genialny pomysł usprawiedliwiając swoją niekompetencję w pewnych dziedzinach i wychwalając swój geniusz w innych. "Tu i teraz" jest sławnym fizykiem, ale "tam" jest zaledwie jednym z wielu polonistów, muzyków i pijaków. "Tu i teraz" wysypałem się na zakręcie, ale "tam" pewnie nawet go nie poczułem i pojechałem dalej. Codziennie spotykam nowych ludzi. Boję się o nich bardziej, niż o siebie, bo ze swoją głupotą jakoś sobie poradzę, ale z ich głupotą już nie. Staram się więc unikać niepotrzebnych spotkań i rozmów. Szukam osób, które przybliżą mi świat, w którym żyję "inny" ja. Szukam osób, które pokazują mi świat geniusza, pijaka, polonisty... poznaję osoby, które już znam. Czasem jedno słowo, jedno spotkanie, jeden dotyk zmienia na zawsze życie. Czasem na ułamek sekundy trafiamy tam, gdzie nie dane nam było się urodzić, a gdzie prym wiedzie nasz sobowtór. Osoby, które dobrze znamy, nagle stają się nam obce, relacje z nimi uległy "kiedyś gdzieś" gwałtownemu ochłodzeniu lub ociepleniu. Niektórych w ogóle nie ma, inni natomiast sądzą, że dobrze nas znają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sobotę poznałem osobę, którą znałem dużo wcześniej. Poznałem kogoś, kto zna mnie od prawie 2 lat. Godziny rozmów, setki smsów i telefonów. Niby bardzo dobrze się znamy. Niby na wiele tematów rozmawiamy. W jakimś dziwnym sensie ufamy sobie na tyle, że jako jedna z niewielu osób dowiedziała się, co naprawdę robię w tej części Polski. Z listów, z rozmów, z smsów. Ostatnio również z pierwszej rozmowy w cztery oczy. Wybierałem się do Niej od dawna. Uwielbiam z Nią pisać i gadać przez  telefon, ale tylko na tyle mogłem sobie pozwolić. Do soboty. Pierwsza krótka wizyta. Zdecydowanie za krótka, ale owocna i bardzo przyjemna. W dobrym towarzystwie czas zawsze szybko mija. Nawet nie wiem kiedy upłynęły 2 godziny choć harmonogram miałem dość napięty i musiałem szybko wrócić do domu. Napisanym na boku smsem odwołałem wszystkie spotkania do końca dnia. I wtedy znajomy, z którym przyjechałem powiedział, że wraca. Nie chciałem ryzykować powrotu wieczornym autobusem, ale kusiło, żeby zostać jeszcze trochę dłużej. Było sporo do opowiedzenia, zarówno w kwestii zawodowej, jak i prywatnej. To zupełnie jak spotkanie z jakimś znanym aktorem czy wokalistą. Niby znamy osobę, jej życiorys, widzieliśmy ją setki razy na fotografiach, ale... zawsze jest to coś nowego, niesamowitego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem ciekawy, czy Ona odebrała to spotkanie równie ciepło jak ja. Czy i Jej brakowało czasu. To naprawdę jedna z najprzyjemniejszych chwil, które mnie spotkały, od bardzo dawna. Warto inwestować w talent... warto inwestować w osoby, które nie są świadome tego, jak wielki dar posiadają. Myślę, że Ona jeszcze nieraz usłyszy słowa krytyki zarówno pozytywnej, jak i negatywnej od wielu profesjonalistów. Oby żadna krytyka nie podcięła Jej skrzydeł... Nie mogę się doczekać wernisażu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez chwilę w innym świecie. Przez chwilę w świecie mojego sobowtóra. Przez chwilę w świecie, który wydawał się dużo bardziej przyjazny niż ten, do którego mnie "przydzielono". Przez chwilę spokój, cisza, inspiracja i umiejętność przebywania z kimś, kto w żaden sposób nie jest związany z moim matczynym, wrogim światem. Mówi się, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Czy więc nie jest dobrze tam, gdzie jesteśmy? Na pewno jeszcze wybiorę się do tej odciętej od świata, pięknej miejscowości, która, jak się okazuje, leży całkiem niedaleko stąd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzadko kiedy jedna osoba, tak daleka i tak bliska zarazem, motywuje mnie do napisania nowego rozdziału. Tym razem ta wyjątkowa Osóbka sprawiła, że jakimś dziwnym trafem odzyskuję wiarę w ludzi utalentowanych, którym nie przewróciło się w głowie... Sama jest na to najlepszym przykładem. Dziękuję za inspirację Panno Olifio:-*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Dajcie komuś to, co macie w sobie najpiękniejszego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-2267706404788134352?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/2267706404788134352/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/01/chapter-2.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/2267706404788134352'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/2267706404788134352'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/01/chapter-2.html' title='Chapter 2'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-9148763362986563086</id><published>2009-01-05T07:47:00.000Z</published><updated>2009-07-21T12:34:13.487+01:00</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Upieczmy sobie miłość, pokroimy ją jak tort.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy (bezimienna):&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;To, co było wcześniej, zawsze będzie w nas. Czas znieczula, dlatego chciałbym już mieć o kilka lat więcej. Możemy nauczyć się z tym żyć. Ja właśnie próbuję to zrobić mimo, że sekundy wciąż trwają tyle samo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do poproszę cokolwiek w odsłuch:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Dosadność też jest środkiem wyrazu. Dosadnie zachowywałem się w stosunku do Niej, teraz to wiem, rozumiem i na pewno wiele bym zmienił już wcześniej, gdybym wiedział, czym to grozi. Znasz mnie od kilku lat i wiesz, kim jestem - więc wiesz także, że byłbym do tego zdolny.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Z chęcią czytam Twoje wypowiedzi. Nie wchodzić z ten sam zakręt? Każdy jest inny, każdy jest możliwy do przejechania, czasem na najłatwiejszym można się wywrócić. Ciężko ocenić co jest teraz dobre. Po prostu jadę, choć kiepską mam przyjemność z takiej podróży...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Z tego prosty wniosek, że śmierć jest wolnością. Niezła dedukcja, dobra jesteś...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień jak dzień, tylko dla kilku zainteresowanych osób data jest znacząca. Zainteresowanych z przyjemności lub z przymusu. Choć czy z przymusu można się czymś interesować? "Zdrowia, szczęścia, życzliwości" i paru innych pierdół, które szablonowo i anonimowo wysyła się do kogoś, po co? Z grzeczności, z udawanej uprzejmości? Dziękuję, za nieszczerość. Równie nieszczerze "Dziękuję".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dostałem cudowny prezent. Niby nic, a cieszy. Dlaczego? Bo z serca? Bo jest tak niesamowicie prosty i śmieszny, że Patrycji zajęłoby całe wieki wymyślenie równie spontanicznego upominku? Dostałem żel na stłuczenia - bo kilka dni wcześniej miałem mały wypadek i moja prawa ręka nieźle na tym ucierpiała. Przyniosła mi go do pracy. Po raz kolejny odwiedziny w tym miejscu, które nie wiem, czy działa na każdą z Nich kojąco, czy wręcz odstraszająco. Coś niesamowitego. Znów choć przez chwilę czuć się dla kogoś ważnym i mieć przy sobie kogoś ważnego. Spędzam dzień w oczekiwaniu na telefon, czy smsa, choć piszemy do siebie praktycznie bez przerwy. Czego po nich oczekuję? Że pewnego dnia jednak się przełamię? Nikt nie kazał mi zakochać się w smsowej znajomości z drugiego końca Polski a jednak to uczyniłem. Teraz czuję, jakby sytuacja się powtarzała. Pewnie stąd moje wszelkie obawy co do jakiejkolwiek wspólnej znajomości w przyszłości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego ja? Dlaczego ja obrywam. Wiem, jak się czuje Patrycja, która nawet jeśli by chciała, to nie może zaoferować mi tego, co ja daję Jej. Wiem, rozumiem, poznałem to na własnej skórze i już sam nie wiem, co jest gorsze. Decydować o uczuciach innych, czy pogrążać się samemu w bezkresie bólu i tęsknoty. Jestem ciekawy, czy i moja Ex poczuła choć namiastkę tego, co ja czułem rozstając się z Nią. Nie, chyba za wcześnie na to, żeby naprawdę pogrążyła się w uczuciach, ale zapewne kiedyś jeszcze tego doświadczy. A ja znów zastanawiam się, co jest dobre, jak długo człowiek musi przekonywać człowieka, że jesteśmy aż ludźmi, a nie tylko ludźmi.I celowo zachowuję się czasem bezdusznie. Co jakiś czas wychodzi moje chujostwo, samcza niekompetencja i udawane chamstwo, a sejf, w którym schowałem swoje podeptane i martwe serce, dzielnie broni dostępu do swojego wnętrza. Tylko że każdy sejf prędzej czy później doczeka się złodzieja, który się do niego włamie. Czyżby tak szybko? Krowa, która dużo muczy, mało mleka daje - stąd Ci, którzy choć trochę mnie znają, wiedzą, kiedy i jak umiem się zachować. Ona też wie, dlatego wiele z tego, co mówię, obracamy we wspólne żarty. I dobrze, bo nie mówię tego szczerze, przynajmniej w stosunku do Niej. Mamy tyle tematów, że gadamy jak najęci mimo, ze brak nam wspólnych zainteresowań. Kim możemy dla siebie być, skoro nie znalazłem pasji, w której oboje moglibyśmy się realizować i zdrowo rywalizować? I skąd w nas tyle słów, które wyrzucamy z siebie podczas spotkania i smsów? Nasz śmiech jest zaraźliwy, jedno z nas zaczyna się uśmiechać, a drugie jak na rozkaz również wybucha szczerym śmiechem. Nie ma dnia, nie ma smsa, żebyś nie powiedzieli czegoś razem, spontanicznie wpadając na ten sam pomysł w tym samym momencie. I mówimy to tymi samymi słowami, patrząc na siebie ze śmiechem, bo oboje już wiemy, czym "grozi" wspólne przybywanie w swoim towarzystwie. Nie odzywajmy się więc, bo i tak wiemy, co chcemy sobie powiedzieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko jest dobrze, póki nie spojrzymy sobie w oczy. Ale nie przez przypadek podczas rozmowy. Są takie momenty, że spojrzymy na siebie inaczej. I boimy się oboje tego wzroku, bo wiemy, do czego może ona nas doprowadzić. Niby przypadkowe muśnięcia, dotknięcia dłoni, urocze klapsy w tyłek i masaże. Za dużo tego, za szybko. Mimo, że tak za tym tęsknię, że kiedy Ona patrzy, nabieram siły i wiary w ludzi, nie jestem w stanie się przełamać. Chciałbym. To już postęp. Wiem, że teraz nie poradzę sobie z tym, a nie chcę Jej zwodzić. Ona na to nie zasługuje. Nie mógłbym po miesiącu czy roku powiedzieć, że działam na siłę. Zraniłbym Ją. Teraz na to za wcześnie. Szkoda, bo drugi raz nikt taki mi się nie trafi. Szkoda...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aniu być może widziałaś moje serce, być może nawet go dotknęłaś, ale nie ożywiłaś. Nie mam Ci tego za złe, bo przede wszystkim ja decyduję o tym, jak długo trwa mój okres rekonwalescencji, a dopóki nie będe pewny swojej siły i uczucia, dopóty nie mogę nikogo innego angażować w swoje życie. Zwłaszcza w życie uczuciowe i zwłaszcza Ciebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja czarna koszula i żółty krawat...&lt;br /&gt;Twoja zupa ogórkowa i najlepsza jajecznica, jaka jadłem...&lt;br /&gt;Nasze bounty, wodne wojny i standardowa trasa wieczornych spacerków...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziękuję Ci za wszystko, Szczęśliwego Nowego Roku:-*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Kupcie sobie Marsa - bo po Snickersie...:)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-9148763362986563086?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/9148763362986563086/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/01/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/9148763362986563086'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/9148763362986563086'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2009/01/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-7581679671779348677</id><published>2008-11-21T16:11:00.000Z</published><updated>2008-11-21T16:14:58.164Z</updated><title type='text'>Chapter 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 1... Świadomość zabija.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie boli miłość tylko jej brak, tak samo, jak nie boimy się lęku tylko ryzyka jego przezwyciężenia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do bezimienna:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nieważne, co będzie kiedyś. Ważne, co jest teraz, a teraz jest się młodym i ma się czas na zabawę. O starość martwimy się na starość, o młodość – w młodości. Człowiek jest stworzeniem niedoskonałym i radzi sobie z tym doskonale...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do Anonimowy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Miłość jest partią w pokera. Kobiety grają tak, żeby nie przegrać, mężczyźni – żeby wygrać. A ja... cóż, ja chyba chciałem i wygrać i nie przegrać, bo Swojej Pani pokazywałem swoje karty licząc na grę w duecie. A Ona ograła mnie już przy pierwszym rozdaniu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawno temu zgasiłem nasze 1000 świec. Niektóre dużo wcześniej wypaliły się same. Nie chcę do tego wracać, każdemu wydaje się, że jego problemy są największe i najbardziej bolesne, kiedy nie może ich rozwiązać. Nie oczekuję wiec, że ktokolwiek zrozumie, co czułem. Tak, przyznaję się, byłem w czarnej dupie. Byłem tam, gdzie większość trafi dopiero u schyłku swojego życia, gdy ta „druga połówka” umrze prędzej. Drastyczna perspektywa, ale niestety musimy się jej poddać. Szkoda, że nie wiemy, czy najpierw umrzemy my, czy Oni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tego czasu minęło 5 miesięcy. Wierzyć mi się nie chce. Nadal żyję. Nie pociąłem się, nie przedawkowałem Aviomarinu i nie popiłem tego alkoholem. Nie skoczyłem z mostu, chociaż rzeka z tak wysokiej perspektywy jest zachwycająca. Kusi swoim płytkim i kamienistym dnem. Kurwa, nie zrobiłem tego, a tak wzniośle i romantycznie by to wyglądało. Kiedyś obiecałem Jej, że jest sposób, aby udowodnić Jej, jak bardzo mężczyzna może kochać Kobietę. Powiedziała wtedy, że jestem największym głuptasem na świecie i żebym obiecał, że nigdy w życiu nie udowodnię tego jakiejkolwiek Kobiecie. Obiecałem, więc… nie, aż tak głupi nie jestem. Dużo więcej wniosłem do Jej życia będąc samemu przy życiu a nie udowadniając, jak wielkim Romeo mogę być. Poza tym chyba mam klaustrofobię i perspektywa zamknięcia się na wieczność w M–1 trochę mnie przeraża. Słyszałem od wielu osób podobne opinie: „Nie spotkałam nigdy w życiu mężczyzny, który by tak bardzo kochał swoją Kobietę”, „Mam już 45 lat, ale Ty zrobiłeś dla Niej więcej przez 2 lata, niż ja dla swojej żony przez 20 wspólnych lat”. I wiele innych… co mi po nich?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Domyślam się, jak się czuła. Domyślam, jak się czuje teraz. Wiem, co będzie czuła. Skąd we mnie tyle pewności? Czuję podobnie. Przez te 5 miesięcy zrobiłem to samo, co Ona. Poczułem się jak pies spuszczony ze smyczy pierwszy raz. Poznałem tu więcej Kobiet w ciągu pół roku, niż przez ostatnie 5 lat. Nie ukrywam, że dużo pomógł znajomy, który jest jeszcze dość znaną i barwną postacią w Przemyślu. Zamknąłem się emocjonalnie, ale zdążyłem przyzwyczaić się do częstych odwiedzin w moim mieszkaniu Kobiet i przyznam teraz, że dość niezręcznie czuję się spędzając w samotności 3 wieczór z rzędu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna rada od niego, do której wręcz zostałem zmuszony: „Masz własne mieszkanie, samochód i pracę. Jesteś niezależny, masz pieniądze i na tyle ikry, żeby wykończyć co najmniej 3 dziewczyny w ciągu jednego wieczora”. On zawsze umiał nazwać rzeczy po imieniu… Długo nie mogłem się do tego przekonać. Dalej nie mogę, ale (i tu znów jego cytat) „nie zawiążę się na supeł”… każdy ma swoje potrzeby, zarówno faceci, jak i Kobiety. On ma Kobietę od 3 lat, są szczęśliwi. Kłócą się czasem, jak wszyscy. W ciągu naszej kilkumiesięcznej znajomości był 2 razy o krok od zerwania z Nią. A jednak coś ich do siebie ciągnie i walczą. Cały czas. Widać efekty. Przed Nią miał wiele Kobiet. Gdyby z każdą miał choć jedno dziecko, po kilku latach mielibyśmy kilkunastoprocentowy wyż demograficzny. Lubi sex i nie rezygnuje z takiego trybu życia pomimo tego, że jest w związku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrzyłem, jak używa sobie życia, mówiąc, że to go wzmacnia. Że to daje mu siłę do prowadzenia związku. I nie rozumiał za cholerę, jak ja mogę czegoś takiego nie tolerować. Jak mogłem ograniczać się tylko do jednej Kobiety. Denerwowało go, że jeszcze długo po rozstaniu z Patrycją ignorowałem jego komentarze w stylu: „Patrz, jaka fajna dupcia idzie”. „Niech sobie idzie.” – odpowiadałem, nawet nie podnosząc wzroku i nie będąc kolejnym naocznym gwałcicielem. Sex to nie powietrze, da się żyć bez niego, da się żyć z nim. Ale czy wszystko musie się kręcić wokół tego? Pomyślcie o sexie, kiedy padacie wykończeni po 5 orgazmie. O czym wtedy myślicie? Na pewno nie o tym, żeby próbować 6 raz. Ja właśnie tak się czułem. Nie miałem na niego najmniejszej ochoty przez długi czas. Ale wszystko się zmienia…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;On mnie zmienił. Tym, jak traktuje związek i swoje życie. Nie rzucam się tak jak on na każdą, która wykaże choć minimum zainteresowania moją osobą, ale psychicznie jest coraz lepiej. Poznałem Kobietę, o którą chcę walczyć z równą siłą i determinacją, z jaką walczyłem o Patrycję. Poznałem Kobietę, o której umiem myśleć w kategoriach Mojej Dziewczyny. Poznałem taką, z którą mógłbym uprawiać sex. Nie pieprzyć się beznamiętnie i machinalnie. Myślę, że poznałem Kobietę, której mógłbym dać jeszcze to, co zostało mi z poprzedniego związku. I wiem, że też będzie szczęśliwa. Nie wiem na jak długo, ale na pewno nie jest to krótkodystansowa przygoda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznałem też Kobietę, która udowodniła mi, że Patrycji również było trudno. Poznałem taką, która chce walczyć o mnie, bo nie miała nigdy nawet cząstki tego, co miała Patrycja. Ciekawi ją to, fascynuje. Każda Kobieta chce choć przez chwilę poczuć się księżniczką. Skoro ona wie, że ja mogę to sprawić, to jej reakcja na mnie jest całkiem zrozumiała. Nasza znajomość nie zaczęła się dobrze. Nie tak, jak powinna. Wystarczyło kilka tygodni, żeby ona straciła kontrolę nad uczuciami. Zna moją historię, wie, dlaczego znalazłem się w Przemyślu. To jej nie przeraża. Ani to, że nie czuję do niej absolutnie nic poza chęcią spotkania się i pogadania od czasu do czasu. Choćbym chciał, to nie jestem w stanie dać jej niczego więcej. Przynajmniej teraz. Chcę dać sobie jak najwięcej czasu na odpoczynek. Z drugiej strony jednak mam w sobie siłę, aby walczyć o Kobietę, która jest absolutnie obca dla wszystkich moich „starych” znajomych. Wiem, że nie jest „koleżanką koleżanki”, lepsza lub gorszą znajomą. Jest zupełnie „czysta” i myślę, że mógłbym napisać jeszcze raz piękną historię na tej białej tablicy. Dokładnie na tej, na żadnej innej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dużo rozmawiamy. Widujemy się. Jest zupełnym zaprzeczeniem Patrycji. Jest jakimś niedojrzałym wyobrażeniem idealnej Kobiety z dzieciństwa. Zawsze podobały mi się brunetki, a spędziłem ponad 2 lata z blondynką sam nie wiem dlaczego. Głupota? Zawsze można coś zrobić z włosami. Szczegół? Pamiętajcie, że to szczegóły kształtują naszą osobowość. Z wierzchu wiele rzeczy Mozę wydawać się dobre, ale dopiero po bliższym przyjrzeniu się widzimy ich prawdziwą istotę. Jak na ironię, z Patrycją łączy ją tylko jedno – IMIĘ. Ręce opadają? Niekoniecznie. Najlepiej skomentował to ojciec Ex-Patrycji – „Tomek, przynajmniej imiona nie będą Ci się mylić”… Nowa Patrycja wie o poprzedniej i śmieje się z tego zbiegu okoliczności. W końcu na swoje imię wielkiego wpływu nie miała, ale faceta jeszcze może sobie wybrać. A te pół miliona zdrobnień, które wyszukiwałem przez 2 lata będę mógł przynajmniej dobrze spożytkować. Wiem, że z nią będę szczęśliwy. To zupełnie inny rodzaj szczęścia, ale również bardzo satysfakcjonujący. To pomoże mi się odbić i „zapomnieć”. Nie twierdzę, że tym razem mi się uda, ale z taką samą pewnością, z jaką Ex-Patrycja zerwała ze mną, mogę stwierdzić, że ten związek będzie lepszy od mojego poprzedniego. Niezależnie od tego, ile będzie trwał. Tym razem dzieli nas tylko niecałe 10 km a nie 700, tym razem mam samochód, tym razem jestem trochę mądrzejszy. Tylko trochę, ale mam nadzieję, że to mi pomoże. Poczekam z tym jeszcze trochę, żeby całkowicie stanąć na nogi, ale na Boże Narodzenie sprawię sobie prezent, jakiego już dawno nie miałem. Myślę, że to tak jak z Sylwestrem – niby żegnam coś „starego”, a witam coś „nowego”, które w rezultacie okazuje się być tym samym…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;We wtorek (25.listopada) kończę kolejny roczek (nie pamiętam już który, bo zawsze mam problemy z liczeniem), szykuje się więc duża impreza. każda okazja jest dobra, aby odreagować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie domowe:&lt;br /&gt;Bierz co chcesz – i płać za to...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/783672727434923919-7581679671779348677?l=listyniedostarczone.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/feeds/7581679671779348677/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2008/11/chapter-1.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7581679671779348677'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/783672727434923919/posts/default/7581679671779348677'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://listyniedostarczone.blogspot.com/2008/11/chapter-1.html' title='Chapter 1'/><author><name>Listonosz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06193514769715411514</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_y2mDTdoAeYE/TU1AtpKlZPI/AAAAAAAAAAs/7elUvA-nJdA/s220/kontakt.png'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-783672727434923919.post-3288567947959718409</id><published>2008-06-18T17:44:00.000+01:00</published><updated>2009-07-21T12:28:32.087+01:00</updated><title type='text'>Chapter 4</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;" align="justify"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 204, 51);"&gt;Paradoks 4... Ja zdobyłem duszę. Inni mogą zdobywać ciało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(170, 213, 170);"&gt;&lt;span style="color: rgb(153, 170, 221);"&gt;Do SabineS:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wydaje mi się, że wiem co muszę. Najtrudniej jest to zrobić, bo albo się nie chce, albo nie można. Tak czy inaczej, zazdroszczę niedźwiedziom zimowego snu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo to taki charakter... Bo Ona jest taka, a ja mam zupełnie inne wymagania. Okazuje się, że oboje liczyliśmy na całkiem co innego, niż potrafimy sobie zaoferować. Dziwne. Ale lepiej wiedzieć to teraz, niż później. Teraz, czyli kiedy? Po miesiącu, po roku, po 2 latach, czy po 25, kiedy ma się wspólne konto, dzieci i "majątek" do podziału? Pary tak samo, jak się ze sobą schodzą, tak się rozchodzą. I choć nie wierzę w ślepy los, który "każe" robić nam pewne rzeczy, to czasem zastanawiam się, czy nasze uczynki i wybory nie zostały już gdzieś odgórnie spisane, a my tylko gramy wedle ściśle ustalonego scenariusza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda. Tylko tyle mogę powiedzieć. Bo cóż jeszcze innego mogę dodać? Nie będę po raz kolejny wypominał naszych wad i zalet, przyrównywał nas do siebie, bo to jest nudne i nieaktualne. Zastanawiam się tylko nad jednym... co dalej? Poświęciłem dla Niej wszystko. Pracę, finanse, zdrowie, szkołę, znajomych, rodzinę... co teraz? Co opłaca się odbudowywać, ratować, a do czego już nie warto wracać?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzie jest teraz moje miejsce? Perspektywa życia dniem codziennym przeraża mnie do tego stopnia, że boję się zamykać wieczorem oczy. Nie chcę beznamiętnie budzić się, udawać radość, ulgę, wypadać „spontanicznie” ze znajomymi. Bo to do niczego nie prowadzi. To nie rozwija. To nie jest życie pełną piersią. To nie jest szczęście, które należy się każdemu z nas. To tylko złudne poczucie niezależności. Śmieszą mnie Jej poglądy i zachowanie tak samo, jak Ją śmieszy mój widok. Śmieszy mnie to, że kłamie już nie tylko mnie, ale i swoją rodzinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chciałem rozmawiać o tym z jej mamą, więc powiedziałem tylko jedno zdanie: „Kocham Pani córkę, jest dla mnie największym Skarbem, jaki dostałem od Boga
